zamień korporację na kooperację

I jak? Robicie już zawodowo tylko to, co kochacie? Jak dla mnie jedna z największych ściem naszych czasów. Że trzeba kochać pracę. To chyba bardziej jest manipulacja – masz zasuwać, ale jednocześnie być z tego powodu mega zadowolona/zadowolony. A już na pewno nie wolno narzekać. Owszem, są pewne kreatywne zajęcia, kiedy powstaje coś zupełnie nowego,  jest wtedy  przypływ endorfin i  ten „twórca” może czuć się naprawdę szczęśliwy. Czasem udaje się też zakończyć jakiś projekt, towarzyszy temu poczucie spełnienia, może duma, rośnie poczucie własnej wartości, a do tego udaje się zarobić. Super. Są też zawody, których wykonywanie ma głęboki sens, ponieważ od dobrze wykonanej pracy zależy zdrowie i życie drugiej osoby – jak w przypadku lekarzy, ale też strażaków, ratowników itd.  Z kolei od podejścia np. nauczyciela do swojej pracy może zależeć przyszłość młodego człowieka, ponieważ nauczyciel zarazi go jakąś pasją, zainspiruje i odpowiednio ukierunkuje. Przykłady można by mnożyć. Czyli generalnie praca ma sens. Ale nie oszukujmy się – wzniosłych momentów w pracy jest raczej mało. Może 10 – 15%? Reszta to rzemiosło. Praca pochłania oczywiście mnóstwo naszej energii i czasu. O ile energię można jeszcze trochę odbudować, to ten czas przeznaczony na pracę jest niemożliwy do odzyskania. Dlatego dobrze byłoby chyba spojrzeć na sprawę w ten sposób, że pracodawca płaci nie tylko za wykonaną pracę, ale też za kawałek życia swoich pracowników. Ponieważ to młodych ludzi zatrudnia się do tzw. orki, ponieważ mają oni jeszcze siły i potrzebują pieniędzy – praca niestety bardzo często zabiera też młodość. Można powiedzieć – jeżeli ktoś na to pozwoli – to jemu zabierze. Ale system jest jaki jest. Jego założenia bardzo często są sprzeczne – z jednej strony odjechane w kosmos oczekiwania i presja na wyniki, a z drugiej kąśliwe uwagi – zwłaszcza w stosunku do kobiet, które się w tę pracę zaangażowały i ileś lat na nią poświęciły – że jest już stara. Przy czym  ta kobieta ma ok. 35 lat! Rzeczywiście bardzo stara.

I żeby nie było, że tylko narzekam. Mojej pracy nie kocham, bo to jest po prostu za duże słowo, zarezerwowane też chyba dla innych dziedzin życia. Ale w miarę ją lubię, bo mam już opanowany warsztat, mogę moją wiedzą i doświadczeniem wymiernie komuś pomóc, a nawet usłyszałam kilka razy – uratowała nas Pani.  Piękne kwiaty dostałam też parę razy w podziękowaniu i to są te momenty, które dają siłę, żeby robić dalej to, co się robi. Ale jak najbardziej mam też chwile zwątpienia, zmęczenia i takiej niechęci do pracy, że wolę już chyba depilować nogi. I rzeczywiście wybieram czasem tę depilację, a praca sobie czeka.

Dlatego trochę wkurzają mnie złote rady typu – odkryj dziedzinę, którą kochasz, potem znajdź kogoś kto Ci za to zapłaci. I dalej – w ten sposób ani dnia nie spędzisz w pracy, za to każdy dzień będzie  realizacją Twojej pasji.

Jakoś dziwnym trafem te nowe zajęcia, które ktoś odnalazł  i które tak kocha, są takie … niemerytoryczne. To może być założenie agroturystyki, szycie lalek czy misiów, jakieś inne rękodzieło itp. Do wykonywania tych zajęć bardziej potrzeba talentu, jakiegoś zmysłu niż gruntownego wykształcenia. Z jednej strony fajnie, że się komuś udało.  Pokazywałoby to też, że ta cała merytokracja rzeczywiście jest takim oszustwem, na które miliony ambitnych osób na świecie dało się nabrać. W rzeczywistości, aby się realizować, żadne studia nie są potrzebne. Z drugiej strony – no ktoś musi te merytoryczne prace wykonywać. Co by było, gdyby wszyscy porzucili np. mało uwzniośloną księgowość? I jeszcze taki mały szczegół, że do założenia konkretnego własnego biznesu potrzebne są na początek konkretne pieniądze. O tym też często podczas udzielania złotych rad jakoś się  zapomina.

Drugą grupką osób, które zostawiły za sobą korpo i robią już tylko to, co kochają, są ci wszyscy „nauczyciele życia”. Tylko ilu może być nauczycieli jogi, trenerów, coachów i szkoleniowców od wszystkiego i niczego?

I tu pytanie – czy jeżeli ktoś jest specjalistą w swojej dziedzinie, poświęcił rozwojowi zawodowemu ileś tam lat i jest naprawdę dobry w tym, co robi – powinien to całkowicie rzucić, jechać w Bieszczady i produkować ser? Nie szkoda jednak trochę tej całej wieloletniej inwestycji w siebie? Tego całego włożonego wysiłku? Stopniowo dochodzę do konkluzji, że najczęściej nie praca sama w sobie jest zła,  ale zasady, na jakich trzeba ją wykonywać. Bo są idiotyczne procedury, bo jest hierarchia, bo są za krótkie terminy, bo szef idiota a koleżanka/ kolega kopie dołki pod współpracownikami.

Lekarstwem może być w mojej opinii przejście na freelance,  zajmowanie się jednak w dalszym ciągu tym, na czym się znamy. Oczywiście – są plusy i minusy takiego rozwiązania. Po iluś latach takiego funkcjonowania mogę powiedzieć, że największą zaletą dla mnie jest to, że sama ustalam zasady. Generalnie pracuję trochę mniej niż na etacie. Mogę też odmówić przyjęcia  zlecenia, jeżeli mi ono nie pasuje. W korporacji raczej jest to trudne do wyobrażenia, o ile ktoś dostaje polecenie od przełożonego.  Dużą zaletą własnej działalności jest także dywersyfikacja klientów, czyli to, że nasz los nie jest zależny od jednej osoby – od jej dobrego lub złego humoru.

Zanim postawimy wszystko na jedną kartę, zagramy va banque i spalimy za sobą wszystkie mosty – pomyślmy. Na skutek splotu różnych okoliczności oraz dokonanych wyborów na różnych etapach życia – wpadliśmy w dziedzinę, którą się zajmujemy, trochę jak śliwka w kompot. Ale może ta dziedzina wcale nie jest taka zła, a przede wszystkim – nauczyliśmy się już w tym kompocie bardzo dobrze pływać. Czasem wystarczy zmienić tylko kilka elementów układanki, zamiast rozwalać wszystkie klocki i budować wszystko całkowicie od nowa. Z jednej strony podziwiam odwagę tych, którzy potrafili zagrać va banque. Wiem jednak o sobie, że ja takiej odwagi nie mam. Zamiana korporacji na kooperację, czyli pracy na współpracę, to też jest jakaś opcja. Naprawdę nie jest najgorsza. Wiem, wiem – strefa komfortu. Ale sprawa też nie może być postawiona w ten sposób, że trzeba zaryzykować wszystko. Bo nie łudźmy się – ci, którzy tak bardzo namawiają do rzucenia wszystkiego, oddychania pełną piersią i realizacji wyłącznie własnych pasji – oni nam nie pomogą, jeżeli nam się nie uda. Ważne jest, żeby zasady według których funkcjonuję,  mi odpowiadały.

Jak już przejdę na ten freelance, to na pewno powstaje bardzo zasadne pytanie – ale skąd wezmę klientów? Nie, nie, nie, nie. Nie podbieramy klientów swojemu byłemu pracodawcy. Bardzo się cieszę, że mam czyste sumienie w tym zakresie. Ja akurat wierzę w zasadę systemu czyli tego, że wszystko dąży do równowagi. Jeżeli naprawdę coś potrafimy i mamy coś do zaoferowania, do tego można to zobaczyć w profesjonalnych portalach społecznościowych typu linkedin – klienci wcześniej czy później nas znajdą. Możemy też odpowiadać na ogłoszenia o pracę, zaznaczając jednak od razu, że możliwa jest forma współpracy wyłącznie  w formie B2B.

Myślę, że ten freelance’owy model będzie coraz częściej występował. Duża część informatyków funkcjonuje już w ten sposób. Także czas epidemii pokazał, że możliwych jest wiele rzeczy, których wcześniej nawet się nie rozważało. Czytałam np., że wiele osób (nie tylko freeelancerów, ale także osób zatrudnionych na etat, pracujących zdalnie) rozważa wyjazd na 1-2 miesiące np. do Grecji czy Hiszpanii, wynajęcie tam apartamentu i wykonywanie stamtąd pracy. Żeby po prostu sobie pożyć w innym kraju, a nie jechać tam wyłącznie z biurem podróży na wakacje. Generalnie  super pomysł i zamierzam go kiedyś zrealizować, poczekam jednak trochę, aż wirus  się uspokoi.