produktywność- hit czy kit

idea-3085367_1920

Zawsze byłam w tym kiepska. W szczegółowym planowaniu, co muszę zrobić i  upakowywaniu wielu rzeczy do wykonania w krótkim czasie. Co więcej – nigdy nie prowadziłam nawet kalendarza, w sensie planera. Ani w formie notesu ani w outlooku. Najważniejsze terminy mam wryte w głowie tak mocno, że po prostu ich nie zapomnę. Na spotkania umawiam się zazwyczaj mailowo, więc zawsze mogę ten termin spotkania sprawdzić. Wyjątkowo zdarza mi się zaznaczyć na czerwono jakąś datę na takim zwykłym kalendarzu ściennym. Zapomnieć o terminie zdarzyło mi się tylko raz, jak na 13 lat pracy uważam, że to wcale nie najgorszy wynik. Konsekwencji tego zapomnienia nie było, był za to trochę wstyd, ponieważ na spotkanie przyszli panowie ze spinkami przy mankietach, ja za to wyglądałam, jak bym wybierała się raczej nad jezioro. Akurat był upał i piątek do tego. Z perspektywy kilku lat bardziej się z tego śmieję, niż tym przejmuję.

Moja praca polega jednak zazwyczaj na robieniu większych rzeczy, za to nie jest ich znowu jakoś bardzo dużo. To są takie zlecenia, które robię przez kilka dni jedno. Muszą być wykonane porządnie. Jak mogłabym o nich zapomnieć? Oczywiście w międzyczasie muszę napisać jakieś maile itd., ale też nie są to setki wiadomości, jakoś ogarniam. Jak widać – nie do końca chyba kumam, o co chodzi z tym planowaniem. Kompletnie nie rozumiem, po co np. korzystać z dostępnych na rynku aplikacji do organizacji pracy i zwiększania produktywności. No OK, mogę sobie wyobrazić, że  charakter czyjejś pracy jest diametralnie różny od mojej i ten ktoś musi mieć na uwadze mnóstwo spraw do załatwienia. Żeby te sprawy nie uciekły lepiej jest je zapisać. Ale już to zwiększanie produktywności to dla mnie taka lekka ściema. Takie po prostu kolejne narzędzie do sterowania ludźmi, żeby chciało im się jeszcze więcej zasuwać ku chwale nie wiadomo kogo lub czego. Bo w większości firm wcale nie wygląda to tak, że jak zrobi się X zadań w krótszym czasie, to można iść do domu i myśleć o niebieskich migdałach. I to zupełnie niezależnie od tego, czy jest się pracownikiem, czy pracuje się na swoim. Robota zawsze się znajduje, więc w tym „zaoszczędzonym” czasie po prostu wskakują nowe zadania. Z pracą jest trochę jak z wodą – wlewa się tam gdzie może, gdzie jeszcze się zmieści. Czyli w produktywności chodzi po prostu o to, żeby więcej zadań było wykonanych, załatwionych, odhaczonych, zafakturowanych, zapłaconych. Jak  zawsze chodzi o to samo …  Jeżeli na koniec miesiąca/ kwartału/ roku jest za tę produktywność przynajmniej jakaś konkretna premia – to jeszcze uczestniczenie w takim wyścigu przez określony czas mogę trochę zrozumieć. Ale jeżeli nagrodą jest … pochwała, dyplom lub medal no to sorry niestety nie ogarniam. Bycie stachanowcem podnieca mnie tak średnio. Ludzie są bardzo łasi na pochwały, docenienie swojej pracy przez innych, ale gdzie jest poczucie własnej wartości i  realna ocena sytuacji, jak naprawdę jesteśmy traktowani. Jako prawdziwa wartość w ramach tzw. kapitału ludzkiego czy jako zasób?

I wcale nie mam na myśli tego, że powinno się w pracy opindalać, raczej to, że praca powinna być wykonywana z taką starannością i w takim tempie, jakich wymaga.  Jeżeli praca jest robiona szybko, raczej nie będzie zrobiona dobrze. A nawet jeżeli jest zrobiona dobrze – najczęściej ukryty koszt ponosi jej wykonawca, bo praca pod presją czasu, ale przy wzmożonej uwadze kosztuje po prostu więcej energii. I szybciej się ten życiowy rezerwuar energii wyczerpuje.  Czy ktoś się tym martwi? Przykro mi, nie sądzę.  Od pracowników wymaga się sprintu, ale za to na długim dystansie.  Albo ktoś wymaga tego sam od siebie. Czy jest to wykonalne bez poniesienia konsekwencji zdrowotnych, społecznych itd.? No chyba nie bardzo.

Jest jednak jakaś fiksacja na punkcie tej produktywności. Normalni ludzie stawiają sobie za wzór Marka Zuckerberga czy Elona Muska. Pierwszy ubiera się codziennie tak samo, żeby nie trwonić cennej energii na błahe decyzje, bo przecież ma do podejmowania ważniejsze. Drugi śpi pięć godzin (w dodatku często w firmie), swój dzień dzieli na pięciominutowe takty i je posiłki w ciągu 15 minut, omawiając przy tym biznesowe sprawy. No i co? No i pstro. Po pierwsze zostanie Markiem Zuckerbergiem czy Elonem Muskiem przez tzw. normalsa jest raczej mało prawdopodobne.  Po drugie – nawet Elon Musk się zmęczył i obecnie ma kłopoty. Nawet on jest tylko człowiekiem, a chyba chciał się oszukać, że nie jest 😦

Tak sobie myślę – jeżeli ktoś ma kalendarz wypełniony po brzegi i zaplanowane każde pięć minut dnia – gdzie jest miejsce na myślenie, refleksje, na otwarcie na to, co przyniesie nam życie. Bo ono i tak przyniesie i wtedy jest zdziwienie. To jest takie trochę stawianie siebie w pozycji – to ja jestem panem/ panią wszystkiego i decyduję o wszystkim. Oj oj oj. Życie weryfikuje takie postawy …

Już kiedyś pisałam tutaj, że jestem typem merytorycznego żuczka, do wykonywania niektórych prac – np. w sprzedaży czy marketingu kompletnie bym się nie nadawała, bo niczego bym nie sprzedała.  Już widzę mój – pożal się Boże – wynik. No i z tą produktywnością też chyba po prostu nie łapię. Trudno, jakoś muszę z tym żyć 😉

 

 

Sposoby na S na Stres

girl-1245773_1920

Miałam w tym tygodniu stresującą sytuację. Popsuł mi się komputer, a następnego dnia przypadał termin wysłania bardzo ważnego pisma. Termin był zawity, czyli taki, którego przekroczenie może spowodować skutki, że  ojojoj 😦  Prawie przygotowane 15-sto stronicowe pisemko, nad którym naprawdę się napracowałam,  siedziało sobie w tym komputerze, a on mimo próśb i gróźb nie chciał odpalić. Kopii nie miałam, bo po co, a wizja tzw. nocki na napisanie tego pisma od nowa tak średnio mi się uśmiechała. Skończyło się na strachu, bo przyjechał mój kochany informatyk i  naprawił ten komputer.  Stres potrwał jednak około pięciu godzin i  aż sama byłam zdziwiona, jak silnie zareagował na niego mój organizm. Zjadłam od razu całą czekoladę. To taki standard na początek. Potem zaczął boleć mnie brzuch, to też standard, zresztą konsekwencja standardu nr 1. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca, nie potrafiłam robić nic innego.  No i to uczucie napięcia w zasadzie w całym ciele. To napięcie czasem boli. Stres boli.

Moje zdarzenie w tym tygodniu to był techniczny incydent. Ludziom zdarzają się przecież o wiele gorsze rzeczy niż to, co opisałam powyżej. Od około trzech lat nie stresuję się zresztą wcale aż tak  bardzo na co dzień, bo po prostu mniej pracuję, podjęłam taką decyzję.  Dzięki temu jestem spokojniejsza. Ale tak jakoś mi się przypomniało, że kiedyś tak właśnie się czułam prawie cały czas. Ten stan wydał mi się dziwnie znajomy, moje ciało go pamiętało i pewnie dlatego tak natychmiast przełączyło się na ten stresowy tryb. I aż zrobiło mi się samej siebie żal…

Nie chcę tu jednak wylewać żali tylko nad sobą. Nie tylko ja dużo pracuję/ pracowałam. W taki sposób funkcjonują w Polsce tysiące, jeżeli nie miliony osób. Tak sobie myślę, czy zasłużyliśmy na coś takiego. Ja akurat robię w podatkach, to trudna praca. Bywa trudna. Ale inni też mają trudną pracę, czasami odpowiedzialną o wiele bardziej niż moja. To zazwyczaj osoby, które były ambitne i zostały od dzieciaka odpowiednio pokierowane, żeby właśnie te trudniejsze prace w przyszłości wykonywać. No i co? No i pstro. Zamiast wielkiej satysfakcji i spełnienia jest tyrka, zmęczenie i ból. Jeszcze bezsenność na dokładkę. Co jest w zamian? Pieniądze? Owszem, są jakieś, ale nie wiem, czy rekompensują pakiet wymieniony powyżej. Zresztą – jakie pieniądze by zrekompensowały, nie wszystko da się na nie przeliczyć.

W międzyczasie sporo sobie poczytałam, no i generalnie na stres zalecana jest taka triada: sport, sen, seks. Kolejność jak kto woli. No cóż – skoro eksperci tak radzą, chyba coś w tym jest. Ponieważ lubię bawić się słowami, zaczęłam wymyślać sobie, jakie sposoby mogłabym dołożyć. Na S oczywiście. No to tak:

– SENS – jeżeli Twoja praca nie ma sensu dla Ciebie lub nie ma sensu w ogóle, wcześniej czy później stres z powodu jej wykonywania będzie gigantyczny

– SPÓJNOŚĆ – to bardzo ważne, żeby to, co robimy było zgodne z całą naszą osobą, z naszymi przekonaniami, z wartościami, które reprezentujemy. Wegetarianin nie powinien podejmować pracy w sklepie mięsnym, bo zwariuje. Wegetarianina w rzeźni nie chcę sobie nawet wyobrażać. Zresztą mi samej zdarzyło się odmówić współpracy z fermą norek, czułam, że muszę odmówić. Ciekawym pytaniem w kontekście zgody z własnymi wartościami jest praca minimalisty, czyli osoby kwestionującej nadmierną konsumpcję, w dziale marketingu.

– SYSTEM – a raczej działania systemowe. W moim przypadku wystarczyłoby przecież zrobić kopię na dysku zewnętrznym, czy nawet przesłać wstępną wersję mailem i byłabym dostatecznie przed całym stresem zabezpieczona. No cóż, jak zawsze się myśli, że się nic nie stanie. Podobnie jest w innych sytuacjach – niewielkie działania podjęte zawczasu pozwalają zazwyczaj uniknąć bardzo dużej części problemów. Jest taka biblijna przypowieść o pannach mądrych i głupich, choć w innym tłumaczeniu byli bardziej dyplomatyczni i nazwali tę przypowieść:  o  pannach roztropnych i nierozsądnych. No cóż – to ja chyba jestem ta nierozsądna 😉

– SATYSFAKCJA – na szczęście udaje mi  się czasem komuś  pomóc. To sprawia, że dalej robię to, co robię i zapominam o stresie, który temu towarzyszy

– małe SUKCESY –  od czasu do czasu musi być jakieś,  nawet małe osiągnięcie, które motywuje do dalszego działania. Najgorzej jest wykonywać ciągle to samo i to samo , bez żadnej odmiany, bez pochwały, bez nagrody. Rutyna zabija. I stresuje

– SPOKÓJ – łatwo powiedzieć. Ale warto w trudnych sytuacjach usiąść i porozmawiać,  może da się jakoś rozwiązać nasz problem. Zamiast od razu stawać na barykady i obmyślać strategie wojenne. Stresujemy wtedy sami siebie.

– SZACUNEK – gdyby ludzie mieli więcej szacunku do siebie nawzajem, wszystkim żyłoby się lepiej. Czasami warto też ugryźć się w język, zanim się kogoś obrazi. Właśnie z szacunku do niego. To też oszczędza stresu, obu stronom.

– SŁOŃCE – nie chodzi mi o leżenie plackiem na plaży, lecz o jak najczęstsze przebywanie na świeżym powietrzu i aktywowanie dzięki słońcu witaminy D – naturalnego antydepresantu. Oczywiście, jeżeli nie ma akurat okropnego zjawiska, też na literę S, czyli smogu.  Wakacje raz do roku w słoneczku też bardzo dobrze robią 🙂

Macie jeszcze jakieś pomysły na S na stres? … np. sernik? szarlotka?  😉

 

 

 

 

 

 

od słoika do stoika

poznan-1670738_1920

Jestem poznańskim słoikiem.  Niewątpliwie najwięcej słoików jest w Warszawie  – zarówno liczbowo, jak i procentowo i to do warszawskich przyjezdnych określenie słoik jakoś najbardziej przylgnęło.  Ale przecież nie tylko Warszawa jest dużym miastem w Polsce i schemat funkcjonowania takich osób w Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu jest pewnie podobny. Dlaczego nie wybrałam Warszawy? Bo nie wybrałam.

Samo określenie słoik jest trochę pejoratywnie zabarwione, ale spoko luz.  Nie, nie wożę co tydzień jedzenia od mamusi, pępowina już dawno jest odcięta. Na pewno jednak nas wszystkich, przyjezdnych – no cóż muszę tego słowa użyć – z prowincji do dużego miasta coś łączy. Np. to, że trzeba sobie poradzić. Że funkcjonujemy w innym środowisku niż to, w którym dorastaliśmy.  Że stykamy się z inną mentalnością i nie możemy czasami zrozumieć niektórych zachowań. Że najczęstszym powodem, dla którego postanowiliśmy osiąść w danym miejscu była jednak praca, a cała reszta miała się dopiero ułożyć. Że duże miasto kusiło swoimi atrakcjami. Że trochę  (nawet podświadomie) tęsknimy, niezależnie od tego ile już lat upłynęło.

Za czym ja tęsknię? Wychowałam się na Pomorzu, które jest bardzo gęsto zalesione i dlatego najbardziej w Wielkopolsce brakuje mi porządnych wielohektarowych  iglastych lasów.  Tego tu nie ma. Są pola, bo ziemia jest żyzna.  I miejscami występuje coś, co może zasługuje na miano  lasku, ale nie lasu.  Jak wielkie było moje zdziwienie na początku, gdy chciałam wybrać się na spacer do  – oczywista oczywistość –  lasu. A tu  pszenica, kartofle i rzepak  😦  Podobno  najlepiej czujemy się w scenerii, którą nasza podświadomość pamięta z dzieciństwa …  W  moim przypadku akurat  powiedzenie ciągnie wilka do lasu można interpretować dosłownie, nie wchodząc w metafory.

Brakuje mi czystego powietrza. Bardzo.

Skoro najlepiej czuję się blisko natury,  to dlaczego mieszkam w dużym mieście? Bo wykonuję zawód, który tylko w dużym mieście mogę sensownie wykonywać. Bo uczyłam się dobrze w podstawówce, a potem  zostałam ambicjonalnie nakręcona.  Po co mi to tak w zasadzie było?  Sama do dzisiaj się zastanawiam.

Trochę lat tego mojego słoikowania już minęło i oczywiście wiele się w tym czasie wydarzyło. Zarówno na płaszczyźnie zawodowej, jak i prywatnej, w tym miłosnej i niestety (a może stety) rozwodowej. Ponieważ na początku byłam młodym wilczkiem nastawionym na karierę, reprezentowałam sobą całe spektrum charakterystyczne dla takich osób – intensywna praca, stres, rywalizacja, presja na wynik, nakręcone ego  i przeświadczenie, że czego to ja nie mogę. Że towarzyszyły temu emocje – jasna sprawa. Czy te emocje oraz ich nasilenie były dobre? – Nie. Czy adekwatne do zaistniałej sytuacji? – na pewno nie.

Aż w końcu przyszło bardzo trudne osobiste doświadczenie, które zmieniło wszystko. Nie będę w szczegółach o nim pisać, bo nie o to chodzi. (Nie, to nie rozwód).  Stanęłam jednak wtedy z boku i zobaczyłam, jaka w sumie śmieszna byłam do tej pory. Może  tragikomiczna – to lepsze określenie. Jak teraz patrzę na trzydziesto- i czterdziestoletnie kobiety tupiące nóżką, to widzę właśnie, że są bardzo śmieszne. Faceci, dający  ponieść się emocjom, wywindowanym do ostatniego piętra wieżowców,  też są zabawni. Nie zdają sobie nawet sprawy jak bardzo.

Pewnie każdemu z nas wydaje się, że jesteśmy tacy wyjątkowi, że to, co nas spotkało, to było coś naprawdę nadzwyczajnie trudnego. Długo szukałam odpowiedzi na pytanie dlaczego, jak również uparcie szukałam głębszego sensu tego, co się stało. Czy znalazłam? Nie.

Ale pewnego dnia natknęłam się na cytat Marka Aureliusza (cesarz rzymski, filozof, stoik):

„Każde zdarzenie jest tak zwykłe jak róża na wiosnę i owoc w jesieni. Czymś takim jest bowiem i choroba, i śmierć, i potwarz, i zasadzka, i wszystko to, co głupców cieszy lub smuci” 

A potem jeszcze jeden:

„Nie należy się gniewać na bieg wypadków. Nic ich to bowiem nie obchodzi”.

To była moja Eureka. Zrozumiałam, że bunt nie ma sensu. Że trzeba brać życie takim, jakie ono jest. Że dając się ponieść, a raczej posiąść  emocjom niszczę jedynie samą siebie. Moje negatywne emocje niczego nie zmienią, a już na pewno nie cofną zdarzeń, które już nastąpiły.

I tak właśnie ze słoika zmieniłam się w  stoika 😉 Oczywiście – każdy może zostać stoikiem,  nie trzeba być wcześniej słoikiem. Ach, język polski jest piękny 😉  inaczej ułożona kreseczka a całkowicie zmienia znaczenie.

Potem jeszcze ten nurt zgłębiałam, czytając zwłaszcza Rozmyślania Marka Aureliusza, ale też innych stoików – Senekę, Epikteta. Oni kurde mądrzy byli. Dwa tysiące lat przed nami.

Tak mnie zastanawia –  oczywiście  słyszałam gdzieś tam po drodze o stoicyzmie, głównie w kontekście powiedzenia przyjąć coś ze stoickim spokojem. Ale ja wręcz  trochę  gardziłam taką postawą!  Gardziłam osobami pokrytymi teflonem, po których wszystko spływa, których nic nie rusza. Jesteśmy przecież ludźmi zrobionymi z krwi i kości, a nie z kamienia, mamy nasze emocje,  mamy prawo do ich okazywania, a czasem nawet do dania upustu tym emocjom. Tłumienie ich w sobie jest przecież  jeszcze gorsze. Ale to nie do końca o to chodzi. Chodzi o głębsze zrozumienie. O to, że zwłaszcza nakręcona spirala emocji oraz przekonań myślowych jest bardzo destruktywna – dla nas i dla naszego otoczenia.   Że właśnie wytworzenie takiej teflonowej powłoczki naprawdę pomaga. Pomaga chronić nas i inne osoby, którym oszczędzamy  obdarowania ich naszą złością, frustracją, rozczarowaniem. Także dlatego, że niesieni na fali emocji robimy czasem głupie rzeczy, których później żałujemy.  Albo wypowiadamy słowa, których tak w zasadzie nie chcieliśmy powiedzieć. Przed tym stoicyzm też chroni…

 

 

 

 

 

 

 

40 lat za biurkiem- jak to wytrzymać?

 

silhouette-2402991_1920

Chyba nie do końca  zdawaliśmy sobie z tego sprawę – że decydując się na pracę w takich zawodach jak: księgowy, doradca podatkowy (to ja), controller, informatyk, radca prawny, tłumacz, bankowiec, urzędnik, analityk, pracownik call center i wiele, wiele innych, wybieramy nie tylko określoną dziedzinę, którą będzie się zajmować nasza głowa, ale także tryb życia. Niestety siedzący.  Przyznam się, że ja w ogóle o tym nie pomyślałam – czy chcę w ten sposób, na siedząco przed komputerem,  spędzić około 40 lat. Liczyły się merytoryczne zadania,  realizacja ambicji, no i wynagrodzenie pozwalające godnie żyć. Nie powiem, że nie.

Czytaj dalej „40 lat za biurkiem- jak to wytrzymać?”

Insomnia

insomnia-1547964_1920

Mam wrażenie, że chyba co druga, no może co trzecia,  osoba z mojego otoczenia zmaga się z bezsennością.  To niestety cena, którą płacimy za korzystanie z szeroko pojętej cywilizacji – praca do  późnych godzin, wpatrywanie się w ekrany komputerów i smartfonów,  hałas,  generalnie za dużo bodźców. No i oczywiście psychika – stres, terminy, trudne decyzje, odpowiedzialność, presja na sukces cokolwiek on oznacza,  pieniądze … długo można by wymieniać. Do tego relacje osobiste, dom. Dom powinien być taką naszą oazą dającą spokój, miejscem gdzie możemy naładować baterie – tyle w teorii, w praktyce różnie to bywa.  Myślę, że po kilku bezsennych nocach z rzędu osoba postawiona na jakimś tam stanowisku  baaardzo chętnie zamieniłaby się rolami z kimś, kto ma dużo mniej, ale  po prostu dobrze sypia.  Naprawdę!

Czytaj dalej „Insomnia”

czy przed stresem można uciec

Oczywiście można uciec przed stresem – w Bieszczady.  Darujemy sobie jednak dobre rady tego typu. Chyba bardziej chodzi o to, żebyśmy nie musieli każdego poranka zgadzać się z poniższym mottem:

quotes-933816_1920

Czytaj dalej „czy przed stresem można uciec”

Zatoki- bolesna zimowa dolegliwość

girl-2696947_1280

Zdjęcie co prawda artystyczne, a nie medyczne, dość dobrze pokazuje za to- gdzie boli. A boli bardzo mocno, gdy zatoki są chore. Słyszałam kiedyś wypowiedź pewnej pani dr laryngolog, która twierdziła, że zatoki to choroba osób, które mają wszystkiego po dziurki w nosie. Dosłownie i w przenośni 😉

Czytaj dalej „Zatoki- bolesna zimowa dolegliwość”