czy są jakieś plusy obecnej sytuacji

No jeden plus zapewne większość osób mogła już zauważyć. Plus na wadze. Sama stwierdziłam plus dwa, ale ani mnie to specjalnie nie zdziwiło, ani nie załamało. Odchudzać będziemy się później, teraz nie jest na to odpowiednia pora, najważniejsza jest dobra odporność, a tej ostre diety nie sprzyjają. Tak na serio –  przytycie to raczej „plus ujemny”.  Na pewno znajdą się też jednak jakieś pozytywy zaistniałej sytuacji.

1. Czas

Nie mam czasu, nie mam czasu, nie mam czasu. Na co? Na nic poza pracą, rodziną i innymi sprawami bezwzględnie niezbędnymi.  Ile/ ilu z nas słyszało takie tłumaczenie? Używane jako prawdziwy powód lub jako wymówka. Aż tu nagle większość osób miała czas. Całe jego mnóstwo! Zwłaszcza podczas przymusowego zamknięcia w domach.  To oczywiście skrót myślowy, bo przed epidemią  nasza doba też liczyła sobie 24 h, a tydzień 7 dni. Ale od marca ten dzień i tydzień jakby jakieś dłuższe, prawda? Jeżeli dzięki temu zyskanemu czasowi odbyła się jakaś bardzo, bardzo ważna głęboka rozmowa, no bo gadać do trzeciej w nocy nawet podczas ostrego lockdownu  było wolno – to już jest ten jeden plus.

2. spojrzenie z boku

„Kiedy się spieszysz, nic nie widzisz, nic nie przeżywasz, niczego nie doświadczasz, nie myślisz! Szybkie tempo wysusza najgłębsze warstwy Twojej duszy, stępia Twoją wrażliwość, wyjaławia Cię i odczłowiecza” – R. Kapuściński 

Trochę powiązane z punktem nr 1. Koronawirus zafundował większości z nas przymusowe staycation, a przy tym wyskoczenie z kółka chomika, w którym normalnie biegamy bez większego sensu i większego celu. Normalnie  małe też są szanse, że widzimy co jest na zewnątrz tego kółka. Dlaczego? – patrz cytat z Kapuścińskiego 😉  Gdy już  wyskoczyliśmy, mamy szansę dostrzec bardzo istotne rzeczy. Np. właśnie to, że biegliśmy bez sensu. I może niekoniecznie chcemy z powrotem do tego kółka wskakiwać? Tak naprawdę chodzi oczywiście o biuro, w którym nie można nawet otworzyć okna. Ale mogą to być też inne rzeczy.

3. czyste powietrze

Natura odetchnęła, a wraz z nią odetchnęliśmy my – o ile znajdziemy się w miejscu, gdzie można zdjąć maskę. Jestem alergikiem/ astmatykiem, czyli jestem przeczulona na zanieczyszczenia powietrza. Zapewniam,  że od nastania wirusa różnica w oddychaniu jest dla mnie ogromna. Na plus.

4. założyliśmy maski czy może właśnie je zdjęliśmy?

„Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”. Albo wytarte „prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie”  Kryzysowe sytuacje zawsze odsłaniały prawdziwe oblicze ludzi. Na kogo możemy teraz liczyć? Albo z drugiej strony – dla kogo przestaliśmy być raptem atrakcyjni, bo na ten moment nie możemy im nic zaoferować?

5. zużycie zapasów zamiast wyrzucania

Że mieliśmy już poprzewracane w tyłkach, to oczywista oczywistość.  I może musiał przyjść trudny czas, aby nastąpił koniec problemu „nie mogę się zdecydować,  na co miałabym ochotę”.  Był taki moment, że strach przed wyjściem do sklepu skutecznie leczył z powyższej przypadłości i nagle okazywało się, że serek wiejski w ostatnim dniu przydatności do spożycia albo nawet dzień po (!)  jeszcze się nadaje 😉

6. no make up +  no bra

Dziewczyny świetnie rozumieją. Czyż nie jest tak dużo wygodniej? Chłopaki też rozumieją, ale jedynie leksykalnie 😉

7. najpierw matura potem natura – czy może jednak odwrotnie?

Szkoła przygotowuje do pracy, a praca to w istocie swojej zarabianie pieniędzy. Niestety świat jest mocno podparty pieniądzem i nie zmieni się tego z dnia na dzień. Bardzo wiele osób uważa jednak, że wirus to taka zemsta natury na człowieku za to, jak ją traktowaliśmy. Jeżeli korona zaświeci tę czerwoną lampkę i pokaże, że bezwzględna eksploatacja przyrody nieuchronnie prowadzi do game over  – to może w końcu się coś zmieni? Wiem, naiwna jestem. Ale nadzieja jest w młodych ludziach – żeby oni właściwie ustawili sobie priorytety. Czyli najpierw natura.

8. docenienie dotychczas mniej poważanych zawodów

W pewnym sensie to jest ICH czas. Np. pań kasjerek. Nie jest tajemnicą, że ich praca nie cieszyła się zbyt dużą estymą. Aż tu nagle okazało się, że to właśnie ich zajęcie jest niezbędne w zasadzie do przeżycia innych ludzi. Bo o ile mieszkamy w mieście, jedzenie możemy  przecież kupić jedynie w sklepie. (W normalnych okolicznościach, no wojny jeszcze nie ma). Jednocześnie do wielu pań w garsonkach i panów w garniturkach zaczęło chyba stopniowo docierać, że ich praca wcale aż tak fundamentalnego znaczenia nie ma.  Na pewno nie wykonują niczego, co jest niezbędne komuś drugiemu, aby przeżył,  a oni sami poza wysławianiem się Ą i Ę tak naprawdę niewiele potrafią. Ewentualnie potrafią totalnie się rozkleić.

9. papierosy są do dupy

Palacze o wiele gorzej przechodzą infekcję koronawirusem i częściej umierają. Nie żebym miała tu jakąś szczególną Schadenfreude, bo ta „kara” spotykająca palaczy – jeżeli w ogóle w takich kategoriach myśleć – jest za surowa. Ale jeżeli ktoś się na serio przestraszy i rzuci palenie – to mamy kolejny plus. Papierosów szczerze nie cierpię.

10. dla hedonizmu jest alternatywa

W wielu głowach zakiełkowała chyba myśl, że schowanie się w domu jak w mysiej dziurze to jednak nie jest szczyt heroizmu. Dlatego wiele osób odczuło autentyczną potrzebę,  żeby coś zrobić, komuś pomóc np. przynieść zakupy, szyć maski, czy chociaż wpłacić pieniądze na walkę z  koronawirusem. Co więcej – nawet jeżeli te czynności wiązały się z wysiłkiem, to dawały ogromną satysfakcję. Jeżeli choć odrobinkę uda się odciągnąć wajchę od szeroko rozumianego hedonizmu w stronę innych wartości – to będzie to naprawdę duży sukces.

Życzę nam wszystkim, aby tych plusów wynikających z koronawirusa było jak najwięcej. Oby nie na teście.

Witamy w nowej rzeczywistości

Wygląda na to, że wirus z nami trochę zostanie, trochę się nami zabawi, trochę z nami zatańczy. Niektórych poprosi do danse macabre. Brutalne, ale realne.

Czy się boję? Boję się jak cholera. A jednocześnie zauważyłam, że trochę się już z tymi korona- myślami oswoiłam. Robię wszystko jak trzeba, noszę maskę, myję ręce itd., itp. I próbuję na nowo poukładać moje klocki, bo mam wrażenie, że (znowu) je ktoś okropnie porozrzucał. A przecież miałam je jako- tako uporządkowane.

Gdy rozmawiam ze znajomymi, widzę, że reprezentowane są dwie postawy:

1) trzeba to przeczekać. Epidemie zdarzały się wielokrotnie w historii, w końcu mijały i wszystko wracało do normy

2) nic już nie będzie takie samo

Aha, nie bylibyśmy w Polsce, gdybyśmy nie dodali jeszcze:

3) jakoś to będzie ;-)))))

Do której opcji Wam najbliżej? Mnie zdecydowanie do tej drugiej. Dlatego też gotowa jestem podjąć dość radykalne kroki. Przede wszystkim chcę wyprowadzić się z dużego miasta. Na pewno nie ja jedna na taki pomysł wpadłam i nie ja jedna poczułam, jak bardzo potrzebujemy natury do życia.  No i jeszcze ta informacja, że wirus jest obecny w pyle zawieszonym, którego jak wiadomo mamy w powietrzu o kilkaset procent za dużo. Aż boję się pomyśleć, co będzie się działo w Polsce zimą, jakie żniwo zbierze koronawirus.

Tak w sumie to ja nie wiem, co my w ogóle sobie wyobrażaliśmy – że to wszystko, co czynimy naturze ujdzie nam całkowicie na sucho? Że jesteśmy tacy mądrzy, tacy sprytni? Kogo tak w zasadzie chcieliśmy przechytrzyć?

Czyli zmiana modelu życia. Parafrazując szwedzką nastolatkę – będzie to konieczne, czy nam się to podoba, czy nie.

Na razie, oczywiście, nie podoba mi się. Ale może okazać się, że gdy już dokonamy koniecznych zmian, to będzie nam lepiej niż jest teraz. Czyli jest szansa, że się spodoba. Wiele osób zauważa, że te filary, na których opiera(ł) się nasz świat, nie były tak solidne, jak się wydawało.  Że założenia, według których wszystko funkcjonowało, były chybione. Mam na myśli oczywiście nieograniczony wzrost oparty na konsumpcji,  bo chyba właśnie okazało się, że znalazł on jednak swój limes. No i  jeszcze globalizacja, merytokracja, a być może nawet demokracja – to wszystko są hasełka, nad którymi trzeba będzie teraz  mocniej się zastanowić. (Odnośnie demokracji – proszę mnie posądzać o jakieś autorytarne zakusy. Wcześniej nawet nie podejrzewałabym siebie o tak kontrowersyjny pogląd, że demokracja powinna odejść do lamusa. Przeczytałam jednak świetną książkę „21 lekcji na XXI wiek” i to zmieniło trochę moje spojrzenie. Autor książki – Yuval Noah Harrari – wysunął taki wniosek, że demokracja nie spełnia już swojej roli, ponieważ ludzie są obecnie za bardzo sterowalni za sprawą nowych technologii, co jest oczywiście wykorzystywane, więc w efekcie są sterowani. I nawet jeżeli oddają oni swój głos, to niekoniecznie jest to ich w pełni autonomiczny wybór. To tak na marginesie. Książkę bardzo polecam).

Ponoć Ślązacy, gdy ktoś ma za dużo rozterek i za dużo rozmyśla,  mają dla niego taką radę: chyć się roboty. I ja nawet próbowałam się „chycić”,  ale coś mi ta robota średnio idzie. To już rozmyślanie lepiej 😉  A tak najbardziej trafiły do mnie słowa p. Wisławy Szymborskiej z wiersza Sto pociech. Przecież ona nie żyje od kilku lat. A jednak jakby coś wiedziała …

Zachciało mu się szczęścia,
zachciało mu się prawdy,
zachciało mu się wieczności,
patrzcie go!
Ledwie rozróżnił sen od jawy,
ledwie domyślił się, że on to on,
ledwie wystrugał ręką z płetwy rodem
krzesiwo i rakietę,
łatwy do utopienia w łyżce oceanu,
za mało nawet śmieszny, żeby pustkę śmieszyć,
oczami tylko widzi,
uszami tylko słyszy,
rekordem jego mowy jest tryb warunkowy,
rozumem gani rozum,
słowem: prawie nikt,
ale wolność mu w głowie, wszechwiedza i byt
poza niemądrym mięsem,
patrzcie go!
Bo przecież chyba jest,
naprawdę się wydarzył
pod jedną z gwiazd prowincjonalnych.
Na swój sposób żywotny i wcale ruchliwy.
Jak na marnego wyrodka kryształu –
dość poważnie zdziwiony.
Jak na trudne dzieciństwo w koniecznościach stada –
nieźle już poszczególny.
Patrzcie go!
Tylko tak dalej, dalej choć przez chwilę,
bodaj przez mgnienie galaktyki małej!
Niechby się wreszcie z grubsza okazało,
czym będzie, skoro jest.
A jest – zawzięty.
Zawzięty, trzeba przyznać, bardzo.
Z tym kółkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze.
Sto pociech, bądź co bądź.
Niebożę.
Istny człowiek.

praca w koronie

 

Trochę mi już  odbija w tym home office. Zdziwiło mnie to lekko, bo przecież przed wirusem i tak połowę czasu pracowałam  z domu. Lubię zostać sobie w domku, zwłaszcza gdy pogoda nie zachęca do wyściubienia nosa na zewnątrz. Jestem szczęściarą, bo mogę tak robić. Mam całą infrastrukturę, dostępy i hasła. No ale zupełnie czym innym jest chcieć i móc, a czym innym musieć. Pewnie wiele osób się o tym przekonało.

Moja efektywność podczas epidemii? Oj niziutka, niziutka. Po prostu uwaga jest przekierowana na coś innego i ciężko jest mi się skupić na wykonywaniu bieżącego zadania. I trochę mnie śmieszą te wszystkie porady typu: jak zwiększyć produktywność, jak sobie wszystko zorganizować, jak się nie dać, no bo przecież co mi tam jakiś wirus … Takie utrzymywanie na siłę status quo, udawanie, że  nic, no może prawie nic się nie zmieniło, że to tylko chwilowe, że wszystko wróci do starego … Otóż nie wróci. A teraz na pewno nie jest czas na bicie rekordów. Raczej na włączenie spowolnionego trybu i przemyślenie sobie wielu rzeczy.

Jak powiedziała Olga Tokarczuk w jednym ze swoich ostatnich wywiadów – „coś nas testuje. Natura, Bóg, coś bezosobowego, przypadek mówi: Sprawdzam”. No i niestety – jak to z testami – jedni go zdadzą, a inni obleją. Na pewno musimy zdać ten egzamin  wszyscy jako ludzkość, bo inaczej no to już w ogóle  będzie płacz i zgrzytanie zębów 😦 😦 Załóżmy jednak optymistycznie, że jeszcze jakoś na tej naszej Ziemi jako gatunek przetrwamy.  Ten trudny egzamin „z korony” musi jednak każdy z nas zdać też indywidualnie. Przy czym samo fizyczne przeżycie będzie testem zaliczonym chyba jedynie na słabą trójkę. To nie wystarczy, żeby po koronie ŻYĆ przez duże Ż.

Bo korona dokona takiej weryfikacji, jakiej nie pamiętamy.  Weryfikacja wartości, weryfikacja modelu życia, weryfikacja stosunków gospodarczych na całym świecie. I weryfikacja wartości pracy, bo to o niej chciałam napisać.

Co mnie mierziło od jakiegoś czasu i o czym też już tutaj pisałam, to było takie obranie sobie przez wielu ludzi celu – jak dobrze się ustawić, żeby nie napracować się za bardzo, a mieć pieniążki na fajne życie. Fajne w rozumieniu hedonistycznym oczywiście – czyli jak zapewnić sobie jak najwięcej przyjemności typu coraz bardziej wymyślne jedzenie, wakacje, wakacje, wakacje, drogie ciuszki itd. To wszystko przecież kosztuje.

I chociaż podobno – bez pracy nie ma kołaczy, to bardzo wiele osób chciało mieć te kołacze, ale bez ciężkiej (własnej) pracy. Z akcentem na własnej, bo tak naprawdę ktoś musiał jednak na te wszystkie atrybuty statusu zapracować.

W innych językach też mają to powiedzenie, więc chyba coś musi być na rzeczy.  No pain no gain.  Albo Ohne Fleiss kein Preis. Nie tylko Polacy wymyślili swoje kołacze 😉

Ciekawe pytanie pojawia się np. w kontekście influencerów, zarabiających po kilka lub kilkanaście tysięcy za jedno wstawione zdjęcie. Czy ich wkład w pracę jest proporcjonalny do otrzymanej gratyfikacji. I czy to normalne, że zarabiają oni o wiele więcej niż ludzie wykonujący bardzo odpowiedzialne zawody, wymagające zdobywania kwalifikacji przez długie lata. Oczywiście można powiedzieć, że influencerka, która wstawiła to zdjęcie nikomu niczego nie ukradła, że takie są prawa rynku – o ile znalazł się ktoś, kto chciał jej zapłacić – widocznie to jej zdjęcie jest właśnie tyle warte. No ale jednak – coś chyba było postawione na głowie.

I czego dokona teraz koronawirus – to  bezlitośnie podzieli pracę na tę prawdziwą i na „zabawę w pracę”. Bo ludzie będą mieć mniej pieniędzy i wówczas bardzo szybko wykreśla się z listy zakupów te rzeczy, które nie są naprawdę potrzebne. I nawet najbardziej odjechany instagramowy post nic nie da, jeżeli ktoś po prostu nie będzie miał za co tej reklamowanej rzeczy kupić. Czy koronawirus brutalnie wykreśli te wszystkie zabawy w pracę? Myślę, że w dużym stopniu tak. Skutki będą bolesne, bo bardzo wiele osób pozostanie bez pracy, a przecież będą musieli za coś żyć.  Może to jest moment na wprowadzenie bezwarunkowego dochodu podstawowego? Może to będę ja, która straci dotychczasowe zajęcie i się w tej (w wirtualnej raczej) kolejce po ten dochód gwarantowany ustawi?  Korona na pewno funduje nam gigantyczny eksperyment, a także będzie katalizatorem wielu ciekawych rozwiązań. Że praca zdalna już pozostanie i niekoniecznie do tych naszych biur wrócimy? A nawet jeżeli wrócimy, to będą one funkcjonować inaczej niż dotychczas? To już wiadomo, nie trzeba o tym pisać.

Pożyjemy, zobaczymy. Fajne powiedzonko, lubiłam go używać. Dotarło do mnie właśnie, jak do bólu dosłownie trzeba je interpretować. Uważajcie na siebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

paraliżujący strach, obezwładniający stres

Pewnie każdy pamięta jakieś sytuacje, zwłaszcza z dzieciństwa, kiedy czegoś tak naprawdę bardzo się przestraszył. Tak bardzo,  że nie mógł się poruszyć. Nie chodzi mi o ciemny kąt w domu, do którego baliśmy się zaglądać (no bo tam po prostu się nie wchodziło), ale o konkretne zdarzenia. Ja miałam takie trzy.

Po raz pierwszy poznałam, co oznacza paraliżujący strach, gdy dopiero co nauczyłam się pływać. Było to w wakacje pomiędzy zerówką a pierwszą klasą. Z tej radości i dumy, że płynę sama, bez żadnych pływaczków czy innych wspomagaczy, zapuściłam się oczywiście za daleko. W pewnym momencie zorientowałam się, że znajduję się pod pomostem, a tam na pewno nie miałam już gruntu pod nogami. Odwaga się skończyła. Zdołałam jedynie złapać się drewnianego palika tego pomostu i … tak tam sobie wisiałam uczepiona jak małpka. Nie potrafiłam wykonać kompletnie żadnego ruchu ani nikogo zawołać.  Zaczęli mnie szukać,  a ja … nic.   W końcu zauważył  mnie tata i bezpiecznie  przyholował. Ale do dzisiaj wspomina, że musiał  się nasiłować, żeby mnie od tego pomostu odkleić. Tak byłam przykleszczona.

Drugi przypadek z perspektywy lat wydaje się bardzo śmieszny, ale zapewniam, że na tamten moment do śmiechu  mi nie było. Otóż byliśmy z moim starszym bratem i naszym wspólnym kolegą na tak zwanym szaberku na czereśniach. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że szaber to inaczej … kradzież. Ot, głupie szczenięce wybryki. Nasi rodzice nie wiedzieli oczywiście o niczym. Czereśnie były przepyszne 🙂 Ciemnoczerwone i bardzo słodkie. Ale w pewnym momencie  zobaczyliśmy, że ktoś biegnie w naszym kierunku i bardzo wyzywa. Był to oczywiście właściciel tego sadu, kipiał ze wściekłości. No w sumie, trudno się dziwić. Chłopaki jak to chłopaki – zeskoczyli z drzewa i zaczęli uciekać. Bez trudu pokonali też płot, którym ten sad był ogrodzony. A ja? No cóż … w wieku ok. dziewięciu lat miałam pewną piętę Achillesową i w zasadzie mam ją do dzisiaj. Nie umiałam bez czyjejś pomocy przechodzić przez wysokie płoty 😦 😦 😦 Tzn. podjęłam próbę pokonania tego płotu, usiadłam na nim okrakiem i … ni w tę ni we w tę 😦 A ten właściciel cały czas biegł i krzyczał. Co mi się stało na tym płocie? Oczywiście paraliż, bezruch, tak jak wtedy, gdy uczyłam się pływać. Ten właściciel, gdy zobaczył takie nieszczęście na tym płocie, to jakoś złagodniał, powyzywał jeszcze trochę, ale przesadził mnie na drugą stronę płotu, żebym mogła już swobodnie uciec. Gdybym nie była małą przestraszoną dziewczynką, pewnie by się to tak nie skończyło.

A trzeci raz? To już bardziej stres niż strach. To było w szkole muzycznej, chyba w drugiej klasie. Ja niby chciałam zapisać się do tej szkoły, przeszłam wstępne przesłuchanie,  mój talent muzyczny nie okazał się jednak  jakiś wybitny. W normalnej podstawówce uczyłam się o wiele lepiej i miałam z tym ambicjonalny problem, że z grania na pianinie – mimo starań – nie zawsze jestem w stanie dostać piątkę. Kto chodził do szkoły muzycznej, ten pamięta, że na koniec każdego semestru odbywał się egzamin z instrumentu i był to naprawdę duży stres. Dla dziecka na pewno. Tego konkretnego razu w komisji egzaminacyjnej siedziała nauczycielka, której akurat bardzo nie lubiłam. Była surowa i się jej bałam. Gdy usiadłam do pianina i położyłam ręce na klawiaturze – to te ręce kompletnie zesztywniały, miałam palce jak z drewna. Z egzaminu dostałam mierny. Do dzisiaj uważam, że ta ocena była nie fair ze strony nauczycieli. Ok, źle zagrałam. Ale doświadczony nauczyciel powinien widzieć, że coś mi się stało, że normalnie tak nie jest, że przecież się staram.  Nie byłam Mozartem, ale nie było też tak, że reprezentowałam poziom na mierny.   Tzn. generalnie uważam, że jest nie w porządku wobec dzieci, że ocenia się tylko egzamin przeprowadzony na dany dzień (ze wszystkich przedmiotów, nie tylko z muzyki), a nie całokształt pracy, że  nie daje się uczniom prawa do gorszego dnia. Jakoś ten wpływ stresu jest całkowicie wyłączony poza nawias. Jakby go nie było.

No, to sobie poopowiadałam. Co chciałam pokazać? Bardzo silną reakcję ciała na sytuacje zagrożenia, reakcję prawdziwą i niezaprzeczalną. Ten paraliż, którego ja doznałam, był całkowicie poza moją kontrolą, nie było miejsca na żadne racjonalne myślenie, żadne decyzje.  Zresztą – czego wymagać od dzieciaka. Mam też świadomość tego, że te opisane przeze mnie doświadczenia nie były jeszcze najgorsze. Generalnie miałam raczej szczęśliwe dzieciństwo. Nikt mnie nie bił, na pewno nie przeżyłam traumy przez duże T. Na szczęście. Ale i tak te trzy opisane wydarzenia pamiętam bardzo mocno. Moje ciało najwyraźniej je pamięta. Nie da się tego oszukać.

W dorosłym życiu sytuacji, w których wydaje się nam, że jesteśmy  bezpośrednio zagrożeni, jest pewnie trochę mniej.  Jesteśmy też trochę mądrzejsi i niektórych potencjalnie niebezpiecznych zdarzeń możemy po prostu unikać – np. oczywiście nie kradniemy czereśni! 😉 Jesteśmy  jednak za to narażeni  na przewlekły stres (głównie poprzez pracę, ale nie tylko), który również oddziałuje na nasze ciało. Różnica jest taka, że jest to raczej proces, a nie jednorazowa sytuacja. To nie jest jedno mocne uderzenie, tylko tysiąc malutkich.  Dlatego też symptomy, które zaczyna dawać nasz organizm, są na początku subtelne i dopiero z czasem się nasilają. Niemniej jednak one są.  Wszelkiego rodzaju napięcia mięśni, wytworzenie jakby zbroi, która ma nas chronić, trzymanie zaciśniętej pięści, aby zawsze być gotowym na ewentualny atak. W końcu pojawia się jakiś ból. To wszystko jest to, to wszystko jest stres. Naprawdę nie można wpływu stresu na organizm negować, twierdzić, że tego nie ma, że mnie to nie dotyczy. Albo inaczej – przychodzi moment, kiedy przestaje się zaprzeczać (przed sobą i innymi), że te symptomy ze strony ciała występują. I im bardziej ktoś wcześniej udawał twardziela, bagatelizował lekki, ale za to permanentny dyskomfort – tym zazwyczaj późniejsze uderzenie będzie mocniejsze 😦

Dobra wiadomość jest taka, że można coś z tym zrobić. Przede wszystkim oznak płynących z ciała nie powinno się ignorować. Oczywiście wszystkie objawy można skonsultować z lekarzem, ale jeżeli  kolejne przeprowadzane badania nic nie wykazują – warto porządnie usiąść na kanapie i zastanowić się, o co tak naprawdę chodzi. Czy nie biorę na siebie za dużo? Może zamiast kolejnego kursu wyższej produktywności kluczem do osiągnięcia dobrego samopoczucia jest REDUKCJA? Może mniej znaczy więcej? A z pewnością lepiej? No i jeżeli ciało daje nam znaki, że je zaniedbujemy – trzeba się nim zająć. Ono  o to prosi. Przecież moje ciało – to ja. Jeżeli ja nie zareaguję na jego sygnały, to kto to zrobi? Kto się o nie zatroszczy? Zapewniam, że nikt inny. Ma być zrobiona praca i tyle. Tylko to się liczy. Kogo w ogóle obchodzi, że mam jakieś bolesne napięcie karku? Mam na myśli mądrą troskę o siebie, czyli przede wszystkim sen, trochę ruchu, na bolące i napięte miejsca pomaga masaż. Warto też jak najczęściej podnosić tyłek z krzesła, ponieważ siedzenie to nowe palenie, długofalowo ma naprawdę fatalny wpływ na zdrowie.  A ponieważ na siedząco najwięcej pracujemy, to należałoby … mniej pracować 🙂 Za tę radę nasz organizm na pewno będzie wdzięczny 🙂