praca w koronie

 

Trochę mi już  odbija w tym home office. Zdziwiło mnie to lekko, bo przecież przed wirusem i tak połowę czasu pracowałam  z domu. Lubię zostać sobie w domku, zwłaszcza gdy pogoda nie zachęca do wyściubienia nosa na zewnątrz. Jestem szczęściarą, bo mogę tak robić. Mam całą infrastrukturę, dostępy i hasła. No ale zupełnie czym innym jest chcieć i móc, a czym innym musieć. Pewnie wiele osób się o tym przekonało.

Moja efektywność podczas epidemii? Oj niziutka, niziutka. Po prostu uwaga jest przekierowana na coś innego i ciężko jest mi się skupić na wykonywaniu bieżącego zadania. I trochę mnie śmieszą te wszystkie porady typu: jak zwiększyć produktywność, jak sobie wszystko zorganizować, jak się nie dać, no bo przecież co mi tam jakiś wirus … Takie utrzymywanie na siłę status quo, udawanie, że  nic, no może prawie nic się nie zmieniło, że to tylko chwilowe, że wszystko wróci do starego … Otóż nie wróci. A teraz na pewno nie jest czas na bicie rekordów. Raczej na włączenie spowolnionego trybu i przemyślenie sobie wielu rzeczy.

Jak powiedziała Olga Tokarczuk w jednym ze swoich ostatnich wywiadów – „coś nas testuje. Natura, Bóg, coś bezosobowego, przypadek mówi: Sprawdzam”. No i niestety – jak to z testami – jedni go zdadzą, a inni obleją. Na pewno musimy zdać ten egzamin  wszyscy jako ludzkość, bo inaczej no to już w ogóle  będzie płacz i zgrzytanie zębów 😦 😦 Załóżmy jednak optymistycznie, że jeszcze jakoś na tej naszej Ziemi jako gatunek przetrwamy.  Ten trudny egzamin „z korony” musi jednak każdy z nas zdać też indywidualnie. Przy czym samo fizyczne przeżycie będzie testem zaliczonym chyba jedynie na słabą trójkę. To nie wystarczy, żeby po koronie ŻYĆ przez duże Ż.

Bo korona dokona takiej weryfikacji, jakiej nie pamiętamy.  Weryfikacja wartości, weryfikacja modelu życia, weryfikacja stosunków gospodarczych na całym świecie. I weryfikacja wartości pracy, bo to o niej chciałam napisać.

Co mnie mierziło od jakiegoś czasu i o czym też już tutaj pisałam, to było takie obranie sobie przez wielu ludzi celu – jak dobrze się ustawić, żeby nie napracować się za bardzo, a mieć pieniążki na fajne życie. Fajne w rozumieniu hedonistycznym oczywiście – czyli jak zapewnić sobie jak najwięcej przyjemności typu coraz bardziej wymyślne jedzenie, wakacje, wakacje, wakacje, drogie ciuszki itd. To wszystko przecież kosztuje.

I chociaż podobno – bez pracy nie ma kołaczy, to bardzo wiele osób chciało mieć te kołacze, ale bez ciężkiej (własnej) pracy. Z akcentem na własnej, bo tak naprawdę ktoś musiał jednak na te wszystkie atrybuty statusu zapracować.

W innych językach też mają to powiedzenie, więc chyba coś musi być na rzeczy.  No pain no gain.  Albo Ohne Fleiss kein Preis. Nie tylko Polacy wymyślili swoje kołacze 😉

Ciekawe pytanie pojawia się np. w kontekście influencerów, zarabiających po kilka lub kilkanaście tysięcy za jedno wstawione zdjęcie. Czy ich wkład w pracę jest proporcjonalny do otrzymanej gratyfikacji. I czy to normalne, że zarabiają oni o wiele więcej niż ludzie wykonujący bardzo odpowiedzialne zawody, wymagające zdobywania kwalifikacji przez długie lata. Oczywiście można powiedzieć, że influencerka, która wstawiła to zdjęcie nikomu niczego nie ukradła, że takie są prawa rynku – o ile znalazł się ktoś, kto chciał jej zapłacić – widocznie to jej zdjęcie jest właśnie tyle warte. No ale jednak – coś chyba było postawione na głowie.

I czego dokona teraz koronawirus – to  bezlitośnie podzieli pracę na tę prawdziwą i na „zabawę w pracę”. Bo ludzie będą mieć mniej pieniędzy i wówczas bardzo szybko wykreśla się z listy zakupów te rzeczy, które nie są naprawdę potrzebne. I nawet najbardziej odjechany instagramowy post nic nie da, jeżeli ktoś po prostu nie będzie miał za co tej reklamowanej rzeczy kupić. Czy koronawirus brutalnie wykreśli te wszystkie zabawy w pracę? Myślę, że w dużym stopniu tak. Skutki będą bolesne, bo bardzo wiele osób pozostanie bez pracy, a przecież będą musieli za coś żyć.  Może to jest moment na wprowadzenie bezwarunkowego dochodu podstawowego? Może to będę ja, która straci dotychczasowe zajęcie i się w tej (w wirtualnej raczej) kolejce po ten dochód gwarantowany ustawi?  Korona na pewno funduje nam gigantyczny eksperyment, a także będzie katalizatorem wielu ciekawych rozwiązań. Że praca zdalna już pozostanie i niekoniecznie do tych naszych biur wrócimy? A nawet jeżeli wrócimy, to będą one funkcjonować inaczej niż dotychczas? To już wiadomo, nie trzeba o tym pisać.

Pożyjemy, zobaczymy. Fajne powiedzonko, lubiłam go używać. Dotarło do mnie właśnie, jak do bólu dosłownie trzeba je interpretować. Uważajcie na siebie.