praca w koronie

 

Trochę mi już  odbija w tym home office. Zdziwiło mnie to lekko, bo przecież przed wirusem i tak połowę czasu pracowałam  z domu. Lubię zostać sobie w domku, zwłaszcza gdy pogoda nie zachęca do wyściubienia nosa na zewnątrz. Jestem szczęściarą, bo mogę tak robić. Mam całą infrastrukturę, dostępy i hasła. No ale zupełnie czym innym jest chcieć i móc, a czym innym musieć. Pewnie wiele osób się o tym przekonało.

Moja efektywność podczas epidemii? Oj niziutka, niziutka. Po prostu uwaga jest przekierowana na coś innego i ciężko jest mi się skupić na wykonywaniu bieżącego zadania. I trochę mnie śmieszą te wszystkie porady typu: jak zwiększyć produktywność, jak sobie wszystko zorganizować, jak się nie dać, no bo przecież co mi tam jakiś wirus … Takie utrzymywanie na siłę status quo, udawanie, że  nic, no może prawie nic się nie zmieniło, że to tylko chwilowe, że wszystko wróci do starego … Otóż nie wróci. A teraz na pewno nie jest czas na bicie rekordów. Raczej na włączenie spowolnionego trybu i przemyślenie sobie wielu rzeczy.

Jak powiedziała Olga Tokarczuk w jednym ze swoich ostatnich wywiadów – „coś nas testuje. Natura, Bóg, coś bezosobowego, przypadek mówi: Sprawdzam”. No i niestety – jak to z testami – jedni go zdadzą, a inni obleją. Na pewno musimy zdać ten egzamin  wszyscy jako ludzkość, bo inaczej no to już w ogóle  będzie płacz i zgrzytanie zębów 😦 😦 Załóżmy jednak optymistycznie, że jeszcze jakoś na tej naszej Ziemi jako gatunek przetrwamy.  Ten trudny egzamin „z korony” musi jednak każdy z nas zdać też indywidualnie. Przy czym samo fizyczne przeżycie będzie testem zaliczonym chyba jedynie na słabą trójkę. To nie wystarczy, żeby po koronie ŻYĆ przez duże Ż.

Bo korona dokona takiej weryfikacji, jakiej nie pamiętamy.  Weryfikacja wartości, weryfikacja modelu życia, weryfikacja stosunków gospodarczych na całym świecie. I weryfikacja wartości pracy, bo to o niej chciałam napisać.

Co mnie mierziło od jakiegoś czasu i o czym też już tutaj pisałam, to było takie obranie sobie przez wielu ludzi celu – jak dobrze się ustawić, żeby nie napracować się za bardzo, a mieć pieniążki na fajne życie. Fajne w rozumieniu hedonistycznym oczywiście – czyli jak zapewnić sobie jak najwięcej przyjemności typu coraz bardziej wymyślne jedzenie, wakacje, wakacje, wakacje, drogie ciuszki itd. To wszystko przecież kosztuje.

I chociaż podobno – bez pracy nie ma kołaczy, to bardzo wiele osób chciało mieć te kołacze, ale bez ciężkiej (własnej) pracy. Z akcentem na własnej, bo tak naprawdę ktoś musiał jednak na te wszystkie atrybuty statusu zapracować.

W innych językach też mają to powiedzenie, więc chyba coś musi być na rzeczy.  No pain no gain.  Albo Ohne Fleiss kein Preis. Nie tylko Polacy wymyślili swoje kołacze 😉

Ciekawe pytanie pojawia się np. w kontekście influencerów, zarabiających po kilka lub kilkanaście tysięcy za jedno wstawione zdjęcie. Czy ich wkład w pracę jest proporcjonalny do otrzymanej gratyfikacji. I czy to normalne, że zarabiają oni o wiele więcej niż ludzie wykonujący bardzo odpowiedzialne zawody, wymagające zdobywania kwalifikacji przez długie lata. Oczywiście można powiedzieć, że influencerka, która wstawiła to zdjęcie nikomu niczego nie ukradła, że takie są prawa rynku – o ile znalazł się ktoś, kto chciał jej zapłacić – widocznie to jej zdjęcie jest właśnie tyle warte. No ale jednak – coś chyba było postawione na głowie.

I czego dokona teraz koronawirus – to  bezlitośnie podzieli pracę na tę prawdziwą i na „zabawę w pracę”. Bo ludzie będą mieć mniej pieniędzy i wówczas bardzo szybko wykreśla się z listy zakupów te rzeczy, które nie są naprawdę potrzebne. I nawet najbardziej odjechany instagramowy post nic nie da, jeżeli ktoś po prostu nie będzie miał za co tej reklamowanej rzeczy kupić. Czy koronawirus brutalnie wykreśli te wszystkie zabawy w pracę? Myślę, że w dużym stopniu tak. Skutki będą bolesne, bo bardzo wiele osób pozostanie bez pracy, a przecież będą musieli za coś żyć.  Może to jest moment na wprowadzenie bezwarunkowego dochodu podstawowego? Może to będę ja, która straci dotychczasowe zajęcie i się w tej (w wirtualnej raczej) kolejce po ten dochód gwarantowany ustawi?  Korona na pewno funduje nam gigantyczny eksperyment, a także będzie katalizatorem wielu ciekawych rozwiązań. Że praca zdalna już pozostanie i niekoniecznie do tych naszych biur wrócimy? A nawet jeżeli wrócimy, to będą one funkcjonować inaczej niż dotychczas? To już wiadomo, nie trzeba o tym pisać.

Pożyjemy, zobaczymy. Fajne powiedzonko, lubiłam go używać. Dotarło do mnie właśnie, jak do bólu dosłownie trzeba je interpretować. Uważajcie na siebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czujesz się zrobiony w bambuko? Obudź się ze snu o potędze

 

 

Moja przyjaciółka pochwaliła mi się ostatnio, że wróciła z pracy o trzeciej. Ale nie o piętnastej. O trzeciej. Następnego dnia roboczego – choć przecież tego samego kalendarzowego   – oczywiście znowu była w biurze.

Spotkałam też kolegę z byłej kancelarii. Wracaliśmy z pracy do domu i natknęliśmy się na siebie. Niósł ze sobą pewien przedmiot, który dobrze znałam. I którego szczerze nienawidziłam. Skórzany kanciasty neseser, w którym mieszczą się 2 pękate segregatory i laptop.  Kilka razy miałam wątpliwą przyjemność dźwigania tego cuda podczas podróży służbowej i pamiętam ciężar tej walizy. Choć zazwyczaj stwierdzałam, że  ciężar niematerialny, czyli ciężar  informacji, które ta walizka zawierała, był jeszcze większy.  Kolega z pewnością był objuczony, ale sprawiał też wrażenie przytłoczonego. Bo tak jak napisałam – ciężar fizyczny nie zawsze jest najgorszy.

I tak sobie myślę, czy zasłużyliśmy na coś takiego. I kto nas w TO wrobił? W pracę, która jest merytorycznie trudna, odpowiedzialna, psychicznie i fizycznie obciążająca i której jest po prostu za dużo.

„Młodości, ty nad poziomy wylatuj!” – yeah!

W młodych ludziach jest coś takiego. Takie dążenie, czy może raczej pragnienie, żeby pokazać całemu światu, na coś nas stać. Jest dużo energii, organizm ma jeszcze skąd ją czerpać. Do tego dochodzi  odpowiednia stymulacja przez cały społeczno- kulturowy system, który ….  no niestety, ale perfidnie wykorzystuje te młodzieńcze siły i młodzieńczy zapał. I zanim ci młodzi, a potem już nie tacy młodzi ludzie wybudzą się ze swojego snu o potędze … zdążą odwalić kawał dobrej roboty. I chyba o to tak naprawdę chodzi :-0   W dodatku ze względu na brak  bogatego doświadczenia (bo to dopiero trzeba sobie zdobyć), ta ciężka praca bardzo często wykonywana jest za takie- sobie pieniądze. I to komuś  – choć cały czas zastanawiam się komu? 😉 – tak naprawdę bardzo pasuje! Do tego dochodzą trudy i monotonia dnia codziennego (we wszystkich jego wymiarach),   no i  w końcu przychodzi ten moment, w którym orientujemy się, że mamy coś, co tak pięknie poetycko nazywa się:

ERSATZ, CHOLERA, NIE ŻYCIE

miał być raj, miał być cud
i ćwiartka na popicie,
a to wszystko nie tak, nie tak,
nie to,
no a jeśli, jeżeli – nie to,
no to o co, u diabła, nam szło?

Uwielbiam Agnieszkę Osiecką 🙂

Naprawdę pamiętam  okres bardzo wytężonej pracy w moim życiu. Potem na szczęście(!) organizm zaczął odmawiać mi posłuszeństwa i nie miałam innego wyjścia niż go posłuchać i coś zmienić.  Oczywiście – gdyby spotkała mnie bardzo poważna choroba – o szczęściu bym nie mówiła, ale zazwyczaj z początku organizm odzywa się subtelniej.  W moim przypadku były to akurat przewlekle chore zatoki  i bóle odcinka szyjnego kręgosłupa (od komputerka, od czegóż by innego). Bolało bardzo, ale mimo to jestem za te objawy wdzięczna. Bo gdyby się one nie pojawiły – pewnie mój sen jeszcze by trwał. Sen, że coś mogę. Sen, że to co robię, ma sens (przepraszam, a niby jaki? Że zrobiłam ładną tabelkę?). Sen, że wszystko jest dobrze poukładane.

Obudziłam się i jest mi naprawdę lepiej.

Hallo, hallo, pobudka!

Otwórz oczy i postaraj się dostrzec, co jest ważne. Uśmiech dziecka jest ważny. Wdzięczność Babci, którą odwiedziłeś, jest ważna. (Tak na marginesie – ja odwiedziłam dzisiaj moją Babcię, Dziadka zresztą też,  ale na cmentarzu. I bardzo żałuję, że nie  znajdowałam dla nich czasu na tym etapie mojego życia, gdy robiłam jeszcze ładne tabelki).

Koronawirus jest ważny, bo może namieszać tak, że wszystko, czemu dzisiaj od poniedziałku do piątku poświęcamy naszą energię, przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie.

yyyy … popatrzyłam właśnie na poprzedni akapit o babci i na ten o koronawirusie … OK, niekoniecznie jest to dobra rada akurat teraz. Ale gdy sytuacja z wirusem się uspokoi – to odwiedź babcię i dziadka, jeżeli masz szczęście jeszcze ich mieć.

Na zakończenie chyba jeszcze raz zacytuję Panią Agnieszkę.  Akurat ona widziała naprawdę bardzo dużo:

„Myślałam, że zawsze będziemy młodzi, że świat poczeka. Nic nie poczekało. Nie odkładajcie na później piosenek, egzaminów, dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości.”

Dobranoc. Lena

Oooo! Sen  jest jeszcze bardzo ważny. Ten prawdziwy. Sny o potędze niech pozostaną w sferze poezji. Tam jest ich właściwe miejsce 😉

 

 

paraliżujący strach, obezwładniający stres

Pewnie każdy pamięta jakieś sytuacje, zwłaszcza z dzieciństwa, kiedy czegoś tak naprawdę bardzo się przestraszył. Tak bardzo,  że nie mógł się poruszyć. Nie chodzi mi o ciemny kąt w domu, do którego baliśmy się zaglądać (no bo tam po prostu się nie wchodziło), ale o konkretne zdarzenia. Ja miałam takie trzy.

Po raz pierwszy poznałam, co oznacza paraliżujący strach, gdy dopiero co nauczyłam się pływać. Było to w wakacje pomiędzy zerówką a pierwszą klasą. Z tej radości i dumy, że płynę sama, bez żadnych pływaczków czy innych wspomagaczy, zapuściłam się oczywiście za daleko. W pewnym momencie zorientowałam się, że znajduję się pod pomostem, a tam na pewno nie miałam już gruntu pod nogami. Odwaga się skończyła. Zdołałam jedynie złapać się drewnianego palika tego pomostu i … tak tam sobie wisiałam uczepiona jak małpka. Nie potrafiłam wykonać kompletnie żadnego ruchu ani nikogo zawołać.  Zaczęli mnie szukać,  a ja … nic.   W końcu zauważył  mnie tata i bezpiecznie  przyholował. Ale do dzisiaj wspomina, że musiał  się nasiłować, żeby mnie od tego pomostu odkleić. Tak byłam przykleszczona.

Drugi przypadek z perspektywy lat wydaje się bardzo śmieszny, ale zapewniam, że na tamten moment do śmiechu  mi nie było. Otóż byliśmy z moim starszym bratem i naszym wspólnym kolegą na tak zwanym szaberku na czereśniach. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że szaber to inaczej … kradzież. Ot, głupie szczenięce wybryki. Nasi rodzice nie wiedzieli oczywiście o niczym. Czereśnie były przepyszne 🙂 Ciemnoczerwone i bardzo słodkie. Ale w pewnym momencie  zobaczyliśmy, że ktoś biegnie w naszym kierunku i bardzo wyzywa. Był to oczywiście właściciel tego sadu, kipiał ze wściekłości. No w sumie, trudno się dziwić. Chłopaki jak to chłopaki – zeskoczyli z drzewa i zaczęli uciekać. Bez trudu pokonali też płot, którym ten sad był ogrodzony. A ja? No cóż … w wieku ok. dziewięciu lat miałam pewną piętę Achillesową i w zasadzie mam ją do dzisiaj. Nie umiałam bez czyjejś pomocy przechodzić przez wysokie płoty 😦 😦 😦 Tzn. podjęłam próbę pokonania tego płotu, usiadłam na nim okrakiem i … ni w tę ni we w tę 😦 A ten właściciel cały czas biegł i krzyczał. Co mi się stało na tym płocie? Oczywiście paraliż, bezruch, tak jak wtedy, gdy uczyłam się pływać. Ten właściciel, gdy zobaczył takie nieszczęście na tym płocie, to jakoś złagodniał, powyzywał jeszcze trochę, ale przesadził mnie na drugą stronę płotu, żebym mogła już swobodnie uciec. Gdybym nie była małą przestraszoną dziewczynką, pewnie by się to tak nie skończyło.

A trzeci raz? To już bardziej stres niż strach. To było w szkole muzycznej, chyba w drugiej klasie. Ja niby chciałam zapisać się do tej szkoły, przeszłam wstępne przesłuchanie,  mój talent muzyczny nie okazał się jednak  jakiś wybitny. W normalnej podstawówce uczyłam się o wiele lepiej i miałam z tym ambicjonalny problem, że z grania na pianinie – mimo starań – nie zawsze jestem w stanie dostać piątkę. Kto chodził do szkoły muzycznej, ten pamięta, że na koniec każdego semestru odbywał się egzamin z instrumentu i był to naprawdę duży stres. Dla dziecka na pewno. Tego konkretnego razu w komisji egzaminacyjnej siedziała nauczycielka, której akurat bardzo nie lubiłam. Była surowa i się jej bałam. Gdy usiadłam do pianina i położyłam ręce na klawiaturze – to te ręce kompletnie zesztywniały, miałam palce jak z drewna. Z egzaminu dostałam mierny. Do dzisiaj uważam, że ta ocena była nie fair ze strony nauczycieli. Ok, źle zagrałam. Ale doświadczony nauczyciel powinien widzieć, że coś mi się stało, że normalnie tak nie jest, że przecież się staram.  Nie byłam Mozartem, ale nie było też tak, że reprezentowałam poziom na mierny.   Tzn. generalnie uważam, że jest nie w porządku wobec dzieci, że ocenia się tylko egzamin przeprowadzony na dany dzień (ze wszystkich przedmiotów, nie tylko z muzyki), a nie całokształt pracy, że  nie daje się uczniom prawa do gorszego dnia. Jakoś ten wpływ stresu jest całkowicie wyłączony poza nawias. Jakby go nie było.

No, to sobie poopowiadałam. Co chciałam pokazać? Bardzo silną reakcję ciała na sytuacje zagrożenia, reakcję prawdziwą i niezaprzeczalną. Ten paraliż, którego ja doznałam, był całkowicie poza moją kontrolą, nie było miejsca na żadne racjonalne myślenie, żadne decyzje.  Zresztą – czego wymagać od dzieciaka. Mam też świadomość tego, że te opisane przeze mnie doświadczenia nie były jeszcze najgorsze. Generalnie miałam raczej szczęśliwe dzieciństwo. Nikt mnie nie bił, na pewno nie przeżyłam traumy przez duże T. Na szczęście. Ale i tak te trzy opisane wydarzenia pamiętam bardzo mocno. Moje ciało najwyraźniej je pamięta. Nie da się tego oszukać.

W dorosłym życiu sytuacji, w których wydaje się nam, że jesteśmy  bezpośrednio zagrożeni, jest pewnie trochę mniej.  Jesteśmy też trochę mądrzejsi i niektórych potencjalnie niebezpiecznych zdarzeń możemy po prostu unikać – np. oczywiście nie kradniemy czereśni! 😉 Jesteśmy  jednak za to narażeni  na przewlekły stres (głównie poprzez pracę, ale nie tylko), który również oddziałuje na nasze ciało. Różnica jest taka, że jest to raczej proces, a nie jednorazowa sytuacja. To nie jest jedno mocne uderzenie, tylko tysiąc malutkich.  Dlatego też symptomy, które zaczyna dawać nasz organizm, są na początku subtelne i dopiero z czasem się nasilają. Niemniej jednak one są.  Wszelkiego rodzaju napięcia mięśni, wytworzenie jakby zbroi, która ma nas chronić, trzymanie zaciśniętej pięści, aby zawsze być gotowym na ewentualny atak. W końcu pojawia się jakiś ból. To wszystko jest to, to wszystko jest stres. Naprawdę nie można wpływu stresu na organizm negować, twierdzić, że tego nie ma, że mnie to nie dotyczy. Albo inaczej – przychodzi moment, kiedy przestaje się zaprzeczać (przed sobą i innymi), że te symptomy ze strony ciała występują. I im bardziej ktoś wcześniej udawał twardziela, bagatelizował lekki, ale za to permanentny dyskomfort – tym zazwyczaj późniejsze uderzenie będzie mocniejsze 😦

Dobra wiadomość jest taka, że można coś z tym zrobić. Przede wszystkim oznak płynących z ciała nie powinno się ignorować. Oczywiście wszystkie objawy można skonsultować z lekarzem, ale jeżeli  kolejne przeprowadzane badania nic nie wykazują – warto porządnie usiąść na kanapie i zastanowić się, o co tak naprawdę chodzi. Czy nie biorę na siebie za dużo? Może zamiast kolejnego kursu wyższej produktywności kluczem do osiągnięcia dobrego samopoczucia jest REDUKCJA? Może mniej znaczy więcej? A z pewnością lepiej? No i jeżeli ciało daje nam znaki, że je zaniedbujemy – trzeba się nim zająć. Ono  o to prosi. Przecież moje ciało – to ja. Jeżeli ja nie zareaguję na jego sygnały, to kto to zrobi? Kto się o nie zatroszczy? Zapewniam, że nikt inny. Ma być zrobiona praca i tyle. Tylko to się liczy. Kogo w ogóle obchodzi, że mam jakieś bolesne napięcie karku? Mam na myśli mądrą troskę o siebie, czyli przede wszystkim sen, trochę ruchu, na bolące i napięte miejsca pomaga masaż. Warto też jak najczęściej podnosić tyłek z krzesła, ponieważ siedzenie to nowe palenie, długofalowo ma naprawdę fatalny wpływ na zdrowie.  A ponieważ na siedząco najwięcej pracujemy, to należałoby … mniej pracować 🙂 Za tę radę nasz organizm na pewno będzie wdzięczny 🙂

 

 

 

 

 

 

Określasz siebie i innych poprzez pracę? To przestań

Kim chcesz być, jak będziesz duża/duży?

Pamiętacie to pytanie z dzieciństwa? Udzielane odpowiedzi były bardzo ciekawe – z przewagą oczywiście astronautów i strażaków 😉 Chociaż ja akurat pragnęłam zostać ekspedientką i prowadziłam w domu świetnie funkcjonujący sklep, w którym za fałszywe pieniądze można było udawać, że się kupuje 😉 Zwróćcie jednak uwagę, że oczekiwaną odpowiedzią na stawiane dziecku pytanie był zawód, który chciałoby ono wykonywać w przyszłości. Tylko niby skąd to biedne dziecko ma coś takiego wiedzieć!!!? Co jednak na pewno z dzieciństwa się utrwaliło to to, że zawód jest ważny.

Zdążyliśmy dorosnąć, ale tak za dużo to się nie zmieniło. Bo gdy kogoś poznajemy, jednym z pierwszych pytań jest: czym się zajmujesz? To zasadzie to samo pytanie co  „kim jesteś”, tylko zadane może nie aż tak bezpośrednio. A i odpowiedź może być troszkę bardziej rozmyta 😉 To co robimy, określa nas. Potwierdza status lub jemu zaprzecza. Potwierdza przynależność do grupy lub z niej wyklucza. W pół sekundy rozstrzyga o tym, czy warto z nami rozmawiać, czy raczej szkoda czasu, bo ta znajomość na nic się nie przyda.

Trzeba być kimś albo jeszcze lepiej Kimś pisanym z dużej litery. Bo takim Kimś wszyscy się zachwycają. On jest wziętym adwokatem, och och och. Jest bardzo znanym lekarzem. Brawo brawo. Jest biznesmenem i ma dużo pieniędzy. O jeju jeju jeju.  Czasami wykonywana profesja wystarczy do głoszenia peanów na czyjś temat. I nikt już nie wchodzi w takie szczegóły, czy ta osoba jest przy okazji … dobrym człowiekiem.

Żeby mnie ktoś przypadkiem opacznie nie zrozumiał – ten tekst nie ma być manifestem lenistwa i głupoty. Że najlepiej jest nic nie robić i w ogóle się nie starać.  Jeżeli ktoś ma zdolności, predyspozycje i chęci – niech sobie będzie bardzo dobrym prawnikiem, lekarzem, biznesmenem, architektem, artystą  itd. itp. Ale nie powinno być tak, że tylko i wyłącznie to się liczy.

A kim będę, jak nie będę kimś? 😉 Będę nikim? Myślę że to jedna z większych bzdur funkcjonujących w zbiorowej  świadomości. Każdy jest kimś. Już w chwili narodzin  jesteśmy kimś.  Sobą.  Kilka dni później mamy już oficjalnie nadane imię, nazwisko, ba! nawet PESEL. Obywatelstwo jeszcze mamy na starcie. To wszystko nic?

Niestety na siłę wkładane nam jest przekonanie, że kimś to dopiero mamy szansę zostać. Z akcentem na szansę. Bo jak jej nie wykorzystamy, jak nie będziemy się starać, to będziemy właśnie nikim. Nikt nas nie będzie szanował. Nikt nie będzie chciał z nami rozmawiać. Albo będziemy się zadawać i rozmawiać z samymi takimi „nikimi” …

Zwróćcie uwagę, że w zasadzie wszystkie dzieci są fajne. One naprawdę potrafią zaskoczyć, że są takie mądre jak na swój wiek, takie kreatywne, takie rozgarnięte. Wszyscy się nimi zachwycają takimi, jakie po prostu są. Potem  idą do szkoły i coś się z nimi dzieje. Bardzo często zamykają się w sobie, bo wiedzą a raczej czują, że oczekuje się teraz od nich przede wszystkim dobrych ocen. A to, co gdzieś im głęboko w duszy gra, ma stopniowo coraz mniejsze i mniejsze znaczenie. Nawet jeżeli  obecnie nie nosi się już w szkole mundurków, to nakłada się uczniom mundurek mentalny. Każdy mundur ma za zadanie ujednolicać. Już nie jest się sobą, tylko pełni się określoną funkcję. Mundur to inaczej uniform. Patrząc na etymologię tego słowa wszystko staje się jasne: uni- form. Jedna forma. Do tego taka, jaka jest pożądana. No i wyrastają potem tacy sfrustrowani młodzi dorośli, będący idealnym produktem spełniającym systemowe oczekiwania. A kim tak naprawdę jest ten młody człowiek i co on chciałby w życiu robić? Co to kogo obchodzi.

Teraz będzie dygresja. Akurat o Żydach.  Tylko, żeby nie było – mój stosunek do Żydów jest całkowicie i absolutnie neutralny. Na pewno nie można odmówić im pracowitości.  Jacek Kaczmarski w piosence „Opowieść pewnego emigranta” śpiewał coś takiego: „Bo ja chciałem być kimś, bo ja byłem Żyd. A jak Żyd nie był kimś, to ten Żyd był nikt. (…) bankierom i skrzypkom nie mówią – ty żydku.” Te słowa dobrze obrazują ogromną determinację, dlaczego oni tak bardzo się starali coś osiągnąć. I dlaczego w przedwojennej Warszawie zdecydowana większość prawników i lekarzy to byli Żydzi. Bardzo chcieli dzięki wykształceniu się wywindować, osiągnąć inny status, przestać być nikim. Te starania i przykładanie dużej wagi do nauki pokazuje też nasza wspaniała noblistka Olga Tokarczuk w „Księgach Jakubowych” (właśnie czytam :-))

Czyli wyłazi na wierzch problem niskiego poczucia własnej wartości. Czy w naszym społeczeństwie jest inaczej? Chyba nie za bardzo. Jeżeli ktoś  nie czuje się niedowartościowany, to nie będzie wywierał presji, żeby zdobywać jakieś Mount Everesty. Ani na siebie, ani na swoje dzieci. A wszędzie widać, że presja jest ogromna.

To, jaki zawód ktoś wykonuje, nie jest najważniejsze. Miarą człowieka powinien być jednak stosunek do innych ludzi. Jak ktoś traktuje innych, jak się do nich odnosi. Zaryzykuję też stwierdzenie, że określanie się przez pryzmat pracy jest bez sensu. Przecież w pracy i po pracy – to jestem ta sama JA. Nie ma dwóch różnych kobiet. I nawet takie spojrzenie – ta sama osoba pełniąca dwie różne role – zawodowo i prywatnie – też nie jest zbyt fortunne. Najlepiej byłoby, żeby to wszystko było połączone i  spójne, przy czym na pierwszym miejscu powinien być człowiek, a nie jego PRACA. Może dlatego ten osławiony work life balance jest coraz częściej wypierany przez work life integration, chyba zaczynam rozumieć 😉  Widać też, że w ludziach coś pęka. Dziwnym trafem bardzo często ma to miejsce w przedziale wiekowym 35-40 😉 Oczywiście z jakimś tam marginesem. Może rzeczywiście jest to ostatni  moment, kiedy można jeszcze coś zmienić. Aby w końcu zająć się czymś, co przynosi może nawet mniej pieniędzy (chociaż wcale nie zawsze musi tak być), daje za to radość i prawdziwe spełnienie.  Później może być już trudniej i trudniej, aż w końcu snucie planów na prawdziwą zmianę stanie się bezprzedmiotowe.

No i trzeba pamiętać słowa Oscara Wilde’a: Bądź sobą. Wszyscy inni są już zajęci.

Wciskanie  się na siłę w jakieś wyznaczone rynkowo i społecznie role, trzymanie fasonu za wszelką cenę, kupowanie kolejnych atrybutów podkreślających przynależność do jakiejś grupy  – wcześniej czy później odbije się czkawką, jeżeli to wszystko tak naprawdę nie jest takie MOJE.

 

Dlaczego nie „chodzę” do pracy, choć lubię pracować

 

laptop-2557571_1920

pixabay.com

Nie musisz chodzić do pracy, możesz jeździć 😉  Kiedyś takie cwaniackie odpowiedzi bardzo mnie irytowały, a teraz już tylko śmieszą. A raczej śmieszą mnie osoby stosujące taką formę komunikacji. Takie odwracanie kota ogonem i uciekanie od sedna problemu.

„Chodzenie” do pracy to dla mnie regularne pojawianie się w określonym miejscu i w określonych godzinach w celu wykonywania wyznaczonych czynności. Czyli klasyczna praca na etacie w godzinach 9-17.

Oczywiście, że pracowałam na etacie. Byłam zatrudniona na podstawie umowy o pracę przez  kilka lat po studiach, to taki etap, który chyba każdy/prawie każdy musi przejść. Ten etap jest ważny, ponieważ można sobie wtedy wiele poobserwować i dużo się nauczyć.  Ja jednak na tym etacie dość mocno się męczyłam, za dużo rzeczy mnie uwierało. Gdy teraz słyszę narzekania młodych ludzi, pracujących na umowach zlecenie i umowach o dzieło (czyli na tzw. śmieciówkach),  że brak stabilizacji, że mało kasy, że nie mogą nic zaplanować, że nie dostaną kredytu itd.  – z jednej strony ich rozumiem. Z drugiej strony jednak myślę sobie, że zawsze jest pięknie tam, gdzie nas nie ma. Że ta stabilizacja, jaką daje umowa o pracę na czas nieokreślony może być błogosławieństwem (chociażby ze względu na płatne chorobowe i macierzyński), jak i przekleństwem zarazem. Bo stała praca jednak mocno ogranicza. Sama jestem freelancerką od dobrych kilku lat. Widzę po sobie, ale też po znajomych, którzy porzucenie etatu mają dawno za sobą, że nigdy – przenigdy na etat byśmy nie wrócili. I aspekt finansowy wcale nie jest tu najważniejszy. Zarabiam porównywalnie, jak osoba z podobnymi kwalifikacjami i doświadczeniem, pracująca na etacie w korpo. Tyle, że pracuję od takiej osoby mniej. I to robi różnicę dla jakości życia. Gdybym bardzo chciała (no albo musiała – życie jest życiem) mogłabym się spiąć, pracować więcej i wtedy zarabiałabym pewnie więcej. Tyle że nie chcę i na szczęście na razie nie muszę. Życzliwym wyjaśniam, że nie, nie mam bogatego męża 😉 Również uprzejmie wyjaśniam, że spłacam kredyt mieszkaniowy w CHF i muszę jakoś dawać sobie z tym radę.  Że wściekłam się dziś znowu, widząc kurs franka 3,96 – to inna sprawa.

A jakie są moje powody, dla których raczej na etat nie wrócę? No chociaż – nigdy nie mów nigdy. Życie lubi płatać figle i zawsze trzeba mieć z tyłu głowy, że tak nie do końca jesteśmy panami czy paniami swojego losu. Człowiek myśli, Pan Bóg kryśli. Bóg, los, przeznaczenie, siła wyższa – niech każdy sobie wybierze, co mu pasuje. Dlatego napisałam, że raczej nie wrócę 😉

No to byłoby tak:

1. nie cierpię wstawać wcześnie rano

Jestem typowym nocnym markiem. Wstawanie o szóstej rano to dla mnie męczarnia. A przecież niektórzy wstają codziennie o czwartej! Naprawdę ukłony dla takich osób, bo dla mnie byłaby  to misja nie do wykonania. Podejmowałam próby wcześniejszego wstawania, ale zawsze kończyły się fiaskiem. Dlatego w dni kiedy pracuję, wstaję ok. 8.30.  Jest to pora do zaakceptowania 🙂 Przestawienie pory wstawania po rzuceniu etatu było dla mnie prawdziwym wybawieniem. Nie, nie jest też tak, że pracuję do drugiej w nocy. Ale zdarza mi się do drugiej coś czytać, niezwiązanego z pracą oczywiście, co to, to nie.

Jeżeli ktoś jest skowronkiem, z pewnością mnie nie rozumie. Ale wszystkie sowy rozumieją mnie bardzo dobrze 🙂

2. Mam problem z procedurami i z szefami

No cóż, jestem niezależna, trochę niesubordynowana, mam własne zdanie i potrafię go bronić. Gardzę naginaniem zasad, jeżeli można za to uzyskać jakieś profity. Po części właśnie dlatego wiedziałam bardzo szybko, że korpo to nie moja bajka. Nie cierpię też tych wszystkich sztywnych ram, poza które nie wolno wychynąć. I nie wyobrażam sobie już mieć szefa/ szefowej. Jeżeli  kiedyś na skutek różnych okoliczności musiałabym jednak wrócić do pracy – zaakceptowanie faktu, że muszę kogoś słuchać byłoby dla mnie chyba najtrudniejsze. Słyszałam argument, że prowadząc działalność nie mam wprawdzie jednego szefa, ale mogę ich mieć kilkudziesięciu, bo takimi „szefami” są klienci. Obsługiwałam kiedyś takiego jegomościa, który bardzo chciał zachowywać się jak mój szef. Różnica w stosunku do etatu jest taka, że to ja mogłam mu powiedzieć:  Do widzenia. Moje poczucie, a jego mina – bezcenne 🙂

3. jestem introwertyczna  

Współczesny świat jest uszyty pod ekstrawertyków. Jest dobrze, gdy dużo się dzieje i gdy jest dużo ludzi wokół. Mi jest to w ogóle niepotrzebne. Przez krótki czas pracowałam na open space i czułam się jak w koszmarze. Pracując sama mogę się skupić i wtedy powstają wartościowe rzeczy. Wszystkich introwertyków serdecznie pozdrawiam i polecam zastanowienie się nad pójściem własną drogą 🙂

4. Pracuję wtedy, gdy najdzie mnie wena, a gdy jej brak to idę na spacer

Bez przesady z tą weną, ale każdy na pewno ma dni/ momenty, kiedy pracuje mu się bardzo dobrze, jak i te, kiedy nie może w ogóle z pracą ujechać. Siedzenie na tyłku w takich momentach i zmuszanie się do wykonywania pracy jest całkowicie bez sensu. Nie mówiąc już o tym, że nie powstanie wtedy nic, co chociaż odrobinę wykraczałoby poza przeciętność (dobrze, jeżeli w ogóle do niej dobije). Naprawdę  lepiej jest  w takich momentach odpuścić i zająć się czymś innym. Polecam porządny spacer, ale każdy wie najlepiej, co jemu pomaga.

To nie tak, że czekam na wenę, jak jakaś poetka. Praca nie zając nie ucieknie i moja podświadomość to wie. Wewnętrzna  motywacja sprawia, że ta praca i tak będzie wykonana. Czasami tylko moment/ dzień jest nieodpowiedni i wtedy trzeba sobie darować. Na szczęście nie muszę nikogo pytać, czy mogę sobie na takie darowanie pracy  pozwolić.

5. Mogę słuchać swojego organizmu

Trochę ciąg dalszy poprzedniego punktu. Czasami po przebudzeniu rano, nie do końca wiemy, czy jesteśmy zdrowi, czy nie za bardzo. Nie chodzi mi o konkretną chorobę, tylko o takie – kiepsko się czuję, trochę boli mnie głowa, chyba się przeziębiłam i mam temperaturę 37. Pracując na etacie było to dla mnie trudne do zaakceptowania, że choroba jest traktowana zero- jedynkowo. Albo  ktoś jest chory i wobec tego jest niezdolny do pracy, albo ktoś jest zdrowy i ma robić wszystko na 100%. No rozumiem, system musi jakoś funkcjonować.  Czasami jednak złe samopoczucie wywoływane jest przez stres. A stres z kolei się nasila, bo coś nas boli i nie wyrabiamy się z całą pracą, którą mamy do zrobienia. Jedno nakręca drugie.  Wiadomo też, że nie można ciągle siedzieć na L4, gdy tylko odrobinę źle się poczujemy, bo wcześniej czy później podziękowano by nam za współpracę. Pracując na swoim mogę odpuścić, gdy czuję się niewyraźnie, nie muszę od razu pędzić do lekarza po zwolnienie, a zimą marznąć w drodze do pracy.  Nie jest też tak, że w takie dni nie mogę robić nic. Po prostu zwalniam tempo i załatwiam jedynie sprawy niecierpiące zwłoki. Inne mogą poczekać. Nam się tak tylko wydaje, że wszystko musi być zrobione ASAP. Najczęściej tak się tylko wydaje. Jeżeli organizm każe nam zwolnić, widocznie tego potrzebuje i powinniśmy go posłuchać. To o wiele lepsze niż kolejne tabletki przeciwbólowe popijane kawą.

6. Mam więcej „urlopu” niż pracując na etacie

26 dni przysługującego urlopu na 365 dni w całym roku to chyba jakieś niedopatrzenie ustawodawcy  😉  Do tego urlop wymaga każdorazowo akceptacji,  bardzo często pracownicy mają też zaległy niewykorzystany urlop. Nawet jeżeli udaje się takiej przepracowanej osobie w końcu gdzieś wyjechać, ona jest już tak zmęczona, że nie może w pełni się zregenerować. Odkąd świadomie ograniczyłam ilość pracy, udaje mi się wygospodarować min. 1 tydzień wolnego w miesiącu – licząc bez weekendów – wychodzi 5 dni x 12 miesięcy = 60 dni wolnych w roku. Nie jest chyba tak źle, prawda?  Ktoś może zapytać, czy to jest prawdziwy urlop, tzn. taki gdy mogę w ogóle o pracy nie myśleć, nie odbierać telefonów i maili. To zależy – jeżeli wyjeżdżam gdzieś dalej na dwa tygodnie, po prostu informuję o tym klientów i oni starają się nie dzwonić. Z drugiej strony – ja wręcz każę im się kontaktować, gdyby coś już naprawdę się waliło i paliło.  Zazwyczaj można zaproponować jakieś prowizoryczne rozwiązanie, a po urlopie zająć się tym porządnie. To naprawdę lepsze niż „zostawić sprawę leżeć” na dwa tygodnie. W pozostałe „urlopy” jestem do dyspozycji pod telefonem i mailem, zdarza mi się pracować w hotelu przez 2-3 godziny. W dni, kiedy robię sobie wolne od pracy, niekoniecznie muszę zresztą gdzieś wyjeżdżać. Mogę pozałatwiać prywatne sprawy, posprzątać w domu, zaprosić gości i coś dla nich ugotować czy oddać się słodkiemu dolce far niente. To ostatnie też jest bardzo ważne! Żeby od czasu do czasu było, po prostu.

7. Nie muszę codziennie trzymać się dress codu

Jak każda kobieta lubię się czasem ładnie ubrać. Rozumiem, że pewne sytuacje wymagają trzymania standardów i podczas biznesowych spotkań trzeba wyglądać raczej formalnie niż frywolnie. Codzienne jednak ubieranie się w korporacyjny mundurek było dla mnie naprawdę męczące. Teraz mam luz. Gdy pracuję z home office – no to wiadomo – luz całkowity. Gdy idę do biura, ale nie spodziewam się raczej nikogo – strój może być półformalny, bo nigdy nie wiadomo, czy jednak ktoś nie wpadnie.  Gdy mam umówione ważne spotkanie – wyglądam jak spod igły. Co więcej – to wystrojenie się od czasu do czasu sprawia mi naprawdę radość. Pamiętam za to, że nienawidziłam wcześniej codziennego prasowania bluzki lub koszuli. Wtedy był przymus, a teraz jest wybór. I tak jest fajnie.

Popatrzyłam sobie jeszcze raz na te punkty, które wypisałam i widzę, że większość jest na NIE. Nie chcę, nie lubię, nie mogłabym. Może to po prostu sposób myślenia, nad którym powinnam popracować – tzn. przestawić się z komunikatów negatywnych na pozytywne. Nie wykluczam tego. No i znowu NIE 😉 Ale może ja uciekłam z tego etatu, bo naprawdę  coś jest z takim systemem pracy nie w porządku. Kultura pracy jaka jest,  bardzo często każe się nie wychylać, a jedynie wykonywać polecenia i odhaczać zadania zrobione zgodnie z procedurami. Gdzie tu jest miejsce na kreatywność, a także na indywidualizm pracowników? Ile potencjału tych pracowników jest marnowane. W Europie już się coś w tej materii zmienia, bo bardzo na topie jest idea new work, o której tutaj już też pisałam. U nas pewnie jeszcze trochę na zmiany poczekamy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

high performer vs. pracoholik

stopwatch-2061851_1920

Stało się popularne takie powiedzonko, a raczej wskazówka – don’t work hard work smart – nie pracuj ciężko, pracuj mądrze. Chociaż to angielskie smart to też takie  sprytnie. Czyli ma chodzić o to, żeby nie napracować się za bardzo, a osiągnąć jak najlepsze efekty (zwłaszcza finansowe, po co inne).  I ja się z tym tak nie do końca zgadzam, bo mam uczulenie na cwaniaków, którzy cieszą się, że ustawili się w uprzywilejowanej pozycji, a innych uważają za frajerów. Zostałam chyba tak wychowana, że pracę powinno się wykonywać nie sprytnie, nie w cwany  sposób, ale … dobrze. Po prostu. A żeby praca była wykonana dobrze, jednak coś trzeba w nią włożyć, nie można chodzić tylko na skróty.  Na pewno nie jest jednak sztuką zaharowywać się od rana do wieczora, bo to skrócona droga na cmentarz, a aż tak bardzo tam mi się nie spieszy. Podobają mi się za to ludzie, którzy są tzw. high performerami, czyli osobami które osiągają świetne efekty, jednak nie dzięki pracy na akord, a o wiele bardziej dzięki temu  kim są i jacy są. Nie znalazłam niestety dobrego tłumaczenia określenia high performer na polski.

Pokusiłam się aż o zrobienie takiej tabelki, w której porównałam sobie high performera z pracoholikem (nie wiem, co mnie naszło, żeby w sobotę robić takie rzeczy, naprawdę). Pracoholik rozumiany jest najczęściej jako osoba uzależniona od pracy, ale przyjmijmy na potrzeby tej tabelki, że to po prostu ktoś, kto bardzo, bardzo dużo pracuje, abstrahując już od przyczyn takiego stanu rzeczy.

Opracowanie własne 🙂

High performer

Pracoholik

Zna swoją wartość – jako profesjonalisty i jako człowieka

Ma niskie poczucie własnej wartości i szuka potwierdzenia tej wartości u innych. Bardzo często to właśnie poprzez pracę próbuje siebie docenić.  

Wtedy, kiedy trzeba pracuje na 100 %. Wartość dodana jego pracy jest bardzo duża, bo przystępując do tej pracy jest wypoczęty, naładowany dobrą energią.

Cały czas zasuwa na 110 % swoich możliwości. Grozi mu szybki burn out, jest ciągle zmęczony i zestresowany, często choruje, wspomaga się kawą i innymi energetykami (oby tylko tym)

Jest fachowcem w swojej dziedzinie, ma opanowany warsztat pracy i posiada merytoryczną bazę. Udokumentowane kwalifikacje rozumieją się same przez się.

Nawet jeżeli ma kwalifikacje na papierze nie czuje się całkiem mocny w tym, co robi. Często stosuje przerost formy nad treścią.

Stosuje pracę interwałową – pracuje intensywnie i w skupieniu, ale potem  wypoczywa, ładuje akumulatory, stawia na re-kreację, pozwala przetwarzać się informacjom w głowie, pozwala, żeby pomysły same do niego przychodziły

Pracuje cały czas

Dba o swoje zdrowie fizyczne. Nie zaniedbuje snu, zdrowo się odżywia, nie ogląda telewizyjnej papki

nie ma czasu” na dostateczne zadbanie o sen, zdrowe odżywianie, aktywność fizyczną, bo przecież musi pracować! Dla relaksu ogląda seriale.

Często łapie flow i wykorzystuje te momenty na najbardziej kreatywną pracę

Wyznacza sobie ściśle określony czas na wykonanie jakiegoś zadania – np. od 13-stej do 15- stej muszę to zrobić

Nigdy nie traci z oczu sedna problemu

Widzi źdźbło nie widzi belki

Potrafi ustalać priorytety

Robi wszystko naraz – małe głupie rzeczy zabierają mu cenny czas i energię. Na te ważne sprawy ich już nie starcza

Ma bogate życie poza pracą- rodzinę, przyjaciół, hobby, sport, książki, podróże

Praktycznie nie ma życia poza pracą, ponieważ ta go całkowicie pochłania. Nawet jeżeli ma rodzinę – jest obecny w domu fizycznie, ale nie mentalnie.

Naturalnie i przyjaźnie się uśmiecha

Ma spięte ciało, uśmiech nawet jeżeli jest na twarzy – to sztuczny

Rozumie, że ten się nie myli, kto nic nie robi. Dlatego wie, że błaha pomyłka absolutnie nie świadczy o braku profesjonalizmu. Np. z powodu literówki raczej się uśmiechnie niż załamie. Za to nigdy nie popełni poważnego zawodowego błędu

Jest perfekcjonistą nie tam gdzie trzeba – uważa, że nie może sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Tak naprawdę nie jest pewien swoich umiejętności a perfekcjonizmem stara się to przykryć. Tak skupia się na wykonaniu rzeczy mniej istotnych- np. na idealnym formatowaniu tekstu, że może przeoczyć ważną sprawę.

Ma wyniki!

Ma pracę do zrobienia

Cieszy się, gdy spotyka profesjonalistę na wysokim poziomie i może sobie z nim porozmawiać jak równy z równym. A jeżeli spotyka kogoś bardziej doświadczonego od siebie – cieszy się, że może się czegoś nauczyć.

Boi się, że zostanie zdemaskowany jego brak wiedzy i doświadczenia. Nie potrafi przyznać się, że czegoś nie wie, w takich sytuacjach zmienia temat albo daje głupią odpowiedź

Jeżeli jest pracownikiem – podejmuje merytoryczną dyskusję z szefem i mówi mu w twarz, jeżeli się z nim nie zgadza

Boi się szefa i wykonuje jego polecenia bez słowa sprzeciwu nawet jeżeli się z nimi nie zgadza

Cieszy się na ciekawe spotkania/ projekty/ zadania/ zlecenia

Wszystko traktuje jak przymus: muszę zrobić to, muszę to, muszę tamto. Te zadania tak go poganiają i wyczerpują, że nie ma już miejsca na żadną radość

Pieniądze wcale nie są głównym motywatorem do pracy, ale high performer ma wysokie stawki za swoją pracę i nie ma oporów przed ich oferowaniem. Klient wie jednak, że płaci za naprawdę wysoką jakość

Główną motywacją do pracy są pieniądze. Niestety ilość pracy często bierze górę nad jakością

Nie będę ukrywać, że mam za sobą okres pracoholizmu. Ale w pewnym momencie coś we mnie zastrajkowało i stwierdziłam, że to bez sensu. Że jest to bardzo destrukcyjne. O tyle dobrze, że przez ten okres wytężonej pracy jednak czegoś się nauczyłam, coś sobie poobserwowałam. I teraz naprawdę mogę powiedzieć, że po pierwsze udało mi się znacznie zwolnić, a po drugie, że coś wychodzi z tego, co robię.Czy jestem high performerką? Nie wiem, chyba nie spełniam wszystkich kryteriów, które sama wymieniłam.  Chciałabym  nią być. Jeżeli jeszcze nie teraz, to kiedyś.

Tak sobie myślę, że młodzi ludzie bardzo często udają, że są wysokiej klasy specjalistami. Za wszelką cenę chcą sprawiać takie właśnie wrażenie.  I po co to. Przecież  w wieku 25 – 29 lat bycie naprawdę, ale tak naprawdę wysokiej klasy fachowcem jest niemożliwe. Nie da się przeskoczyć 10-15-20 lat solidnej, ciężkiej, codziennej pracy. I naprawdę najbardziej tęga mina tu nie pomoże, bo ktoś bardziej doświadczony i  tak w mig rozpozna dyletanta. Dobrze i celnie zadane pytanie – no cóż – wprawia taką młodą osóbkę w lekkie zakłopotanie 😉 Piszę to, bo sama kiedyś dałam się nabrać, myślałam, że ja muszę być taka high professional. I również zdarzyło mi się, że ktoś mnie zdemaskował 😉  Zrobiłam sobie tym udawaniem dużą krzywdę, bo pod skórą czułam, że oszukuję – zarówno klientów, jak i siebie. Z drugiej strony – no takie są realia zawodowego świata – prawie wszyscy udają 😦 Ehhh, cieszę się, że jestem już trochę starsza i przejrzałam na oczy 🙂

 

 

 

 

Sposoby na S na Stres

girl-1245773_1920

Miałam w tym tygodniu stresującą sytuację. Popsuł mi się komputer, a następnego dnia przypadał termin wysłania bardzo ważnego pisma. Termin był zawity, czyli taki, którego przekroczenie może spowodować skutki, że  ojojoj 😦  Prawie przygotowane 15-sto stronicowe pisemko, nad którym naprawdę się napracowałam,  siedziało sobie w tym komputerze, a on mimo próśb i gróźb nie chciał odpalić. Kopii nie miałam, bo po co, a wizja tzw. nocki na napisanie tego pisma od nowa tak średnio mi się uśmiechała. Skończyło się na strachu, bo przyjechał mój kochany informatyk i  naprawił ten komputer.  Stres potrwał jednak około pięciu godzin i  aż sama byłam zdziwiona, jak silnie zareagował na niego mój organizm. Zjadłam od razu całą czekoladę. To taki standard na początek. Potem zaczął boleć mnie brzuch, to też standard, zresztą konsekwencja standardu nr 1. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca, nie potrafiłam robić nic innego.  No i to uczucie napięcia w zasadzie w całym ciele. To napięcie czasem boli. Stres boli.

Moje zdarzenie w tym tygodniu to był techniczny incydent. Ludziom zdarzają się przecież o wiele gorsze rzeczy niż to, co opisałam powyżej. Od około trzech lat nie stresuję się zresztą wcale aż tak  bardzo na co dzień, bo po prostu mniej pracuję, podjęłam taką decyzję.  Dzięki temu jestem spokojniejsza. Ale tak jakoś mi się przypomniało, że kiedyś tak właśnie się czułam prawie cały czas. Ten stan wydał mi się dziwnie znajomy, moje ciało go pamiętało i pewnie dlatego tak natychmiast przełączyło się na ten stresowy tryb. I aż zrobiło mi się samej siebie żal…

Nie chcę tu jednak wylewać żali tylko nad sobą. Nie tylko ja dużo pracuję/ pracowałam. W taki sposób funkcjonują w Polsce tysiące, jeżeli nie miliony osób. Tak sobie myślę, czy zasłużyliśmy na coś takiego. Ja akurat robię w podatkach, to trudna praca. Bywa trudna. Ale inni też mają trudną pracę, czasami odpowiedzialną o wiele bardziej niż moja. To zazwyczaj osoby, które były ambitne i zostały od dzieciaka odpowiednio pokierowane, żeby właśnie te trudniejsze prace w przyszłości wykonywać. No i co? No i pstro. Zamiast wielkiej satysfakcji i spełnienia jest tyrka, zmęczenie i ból. Jeszcze bezsenność na dokładkę. Co jest w zamian? Pieniądze? Owszem, są jakieś, ale nie wiem, czy rekompensują pakiet wymieniony powyżej. Zresztą – jakie pieniądze by zrekompensowały, nie wszystko da się na nie przeliczyć.

W międzyczasie sporo sobie poczytałam, no i generalnie na stres zalecana jest taka triada: sport, sen, seks. Kolejność jak kto woli. No cóż – skoro eksperci tak radzą, chyba coś w tym jest. Ponieważ lubię bawić się słowami, zaczęłam wymyślać sobie, jakie sposoby mogłabym dołożyć. Na S oczywiście. No to tak:

– SENS – jeżeli Twoja praca nie ma sensu dla Ciebie lub nie ma sensu w ogóle, wcześniej czy później stres z powodu jej wykonywania będzie gigantyczny

– SPÓJNOŚĆ – to bardzo ważne, żeby to, co robimy było zgodne z całą naszą osobą, z naszymi przekonaniami, z wartościami, które reprezentujemy. Wegetarianin nie powinien podejmować pracy w sklepie mięsnym, bo zwariuje. Wegetarianina w rzeźni nie chcę sobie nawet wyobrażać. Zresztą mi samej zdarzyło się odmówić współpracy z fermą norek, czułam, że muszę odmówić. Ciekawym pytaniem w kontekście zgody z własnymi wartościami jest praca minimalisty, czyli osoby kwestionującej nadmierną konsumpcję, w dziale marketingu.

– SYSTEM – a raczej działania systemowe. W moim przypadku wystarczyłoby przecież zrobić kopię na dysku zewnętrznym, czy nawet przesłać wstępną wersję mailem i byłabym dostatecznie przed całym stresem zabezpieczona. No cóż, jak zawsze się myśli, że się nic nie stanie. Podobnie jest w innych sytuacjach – niewielkie działania podjęte zawczasu pozwalają zazwyczaj uniknąć bardzo dużej części problemów. Jest taka biblijna przypowieść o pannach mądrych i głupich, choć w innym tłumaczeniu byli bardziej dyplomatyczni i nazwali tę przypowieść:  o  pannach roztropnych i nierozsądnych. No cóż – to ja chyba jestem ta nierozsądna 😉

– SATYSFAKCJA – na szczęście udaje mi  się czasem komuś  pomóc. To sprawia, że dalej robię to, co robię i zapominam o stresie, który temu towarzyszy

– małe SUKCESY –  od czasu do czasu musi być jakieś,  nawet małe osiągnięcie, które motywuje do dalszego działania. Najgorzej jest wykonywać ciągle to samo i to samo , bez żadnej odmiany, bez pochwały, bez nagrody. Rutyna zabija. I stresuje

– SPOKÓJ – łatwo powiedzieć. Ale warto w trudnych sytuacjach usiąść i porozmawiać,  może da się jakoś rozwiązać nasz problem. Zamiast od razu stawać na barykady i obmyślać strategie wojenne. Stresujemy wtedy sami siebie.

– SZACUNEK – gdyby ludzie mieli więcej szacunku do siebie nawzajem, wszystkim żyłoby się lepiej. Czasami warto też ugryźć się w język, zanim się kogoś obrazi. Właśnie z szacunku do niego. To też oszczędza stresu, obu stronom.

– SŁOŃCE – nie chodzi mi o leżenie plackiem na plaży, lecz o jak najczęstsze przebywanie na świeżym powietrzu i aktywowanie dzięki słońcu witaminy D – naturalnego antydepresantu. Oczywiście, jeżeli nie ma akurat okropnego zjawiska, też na literę S, czyli smogu.  Wakacje raz do roku w słoneczku też bardzo dobrze robią 🙂

Macie jeszcze jakieś pomysły na S na stres? … np. sernik? szarlotka? snickers? Czyli jednak SŁODYCZE. Nie jestem pewna, czy powinnam te słodycze akurat zamieścić na samym końcu, czy raczej na początku 😉