Nie możesz wysiedzieć 8 godzin w pracy?

I bardzo dobrze, że nie możesz! Ja też już nie mogę i dlatego staram się coś zmienić w moim życiu. Dyskomfort daje asumpt do szukania nowych rozwiązań, to jest na pewno pozytyw. Ważne jednak, żeby pojawiające się myśli przełożyć potem na czyny. Bo jeżeli mamy tylko dyskomfort, a nic z nim nie zrobimy – to wychodzi chyba jednak negatyw 😦

Stałam wczoraj w korku w Poznaniu. Korek wyglądał mniej więcej jak na poniższym obrazku:

W godzinę przejechałam 3,5 km. I jak to w korku bywa -nie można zrobić nic fizycznie, więc pracuje głowa 🙂 Naszła mnie oczywiście refleksja – jaki sens ma życie według schematu, w którym tkwią przecież w Polsce setki tysięcy, a na świecie miliony osób. W Polsce może też już kilka milionów, nie wiem, nie znam statystyk.

Jeżeli ktoś rano w drodze do pracy regularnie tkwi w korku, potem dociera do biura wyglądającego mniej więcej tak:

Inside, Business, Center, Interior

a wieczorem znowu wraca w tym korku do mieszkania (na kredyt oczywiście) w budynku przedstawiającym się podobnie jak poniższy:

to czy możliwy w jego przypadku jest tzw. dobrostan? Czy w pewnym momencie jego całe ciało, jego całe jestestwo nie powinno krzyknąć głośno: DOOOOŚĆ!?

Bo to nie jest normalne, zwłaszcza biorąc pod uwagę biologiczne aspekty naszego gatunku, że żyjemy w oderwaniu od natury, że oddychamy zanieczyszczonym powietrzem, że jesteśmy tak bardzo stłoczeni na małej powierzchni w mieście, że nie znamy już ciszy ani ciemności …

Do tego dochodzi oczywiście stres w pracy, bo zajmujemy się rzeczami trudnymi. Są to często zupełnie abstrakcyjne konstrukcje, będące wytworem ludzkiego umysłu. Czyli ten materiał, któremu poświęcamy w pracy naszą uwagę, też nie ma nic wspólnego z prawami natury. Piszę m.in. o sobie. Zajmuję się podatkami. Czy w naturze ktoś pobiera od kogoś podatki???? Wiele jest innych abstrakcyjnych dziedzin – np. zaawansowana matematyka finansowa, też te wszystkie nowe technologie. Odnośnie tych ostatnich – oczywiście, one z jednej strony ułatwiają życie, ale z drugiej dehumanizują jego różne płaszczyzny. Zobaczymy, w jakim kierunku to wszystko pójdzie…

Ironia polega na tym, że życie według schematu, który przedstawiłam na tych trzech obrazkach bardzo długo utożsamiane było z sukcesem. I dlatego też dało się wkręcić w ten model mnóstwo ambitnych i zdolnych ludzi. Jeżeli narracja ze wszystkich stron brzmi jednakowo – taaaaak, to jest ta najlepsza droga, to dopóki na własnej skórze nie odczujemy, że coś nie gra – skąd mamy wiedzieć, że jesteśmy manipulowani? Jeżeli znalazł się ktoś, kto właśnie zakrzyknął – ja już nie mogę, mam dosyć, pierdolę to, mam w dupie – to niestety uznawano, że to z tym człowiekiem jest coś nie w porządku. Najlepiej to przyczepić mu łatkę wariata i wysłać do psychiatry po receptę na antydepresanty. Bo taki ktoś musi się leczyć. A czy to system nie wymagałby bardziej swojego psychiatry?

Bardzo się cieszę, że jako temat debaty publicznej pojawił się ostatnio wątek „kultury zapierdolu” i etosu pracy 16 godzin na dobę. 16 czyli dwa razy tyle, ile wynosi przyjęta dobowa norma. Owszem – te osiem godzin, a czasem nawet więcej, ma sens, gdy człowiek jest bardzo młody i jeszcze się uczy. Zasada jest bardzo prosta – żeby coś wyjąć, najpierw trzeba włożyć. Uśmiecham się często słysząc o wymaganiach płacowych i pozapłacowych świeżo upieczonych absolwentów. Patrząc prawdzie w oczy ci opuszczający mury uczelni młodzi ludzie bardzo niewiele potrafią. No ale mają szansę się wszystkiego się jeszcze nauczyć 🙂 Po iluś tam latach regularnej pracy przychodzi jednak zmęczenie i obserwując po prostu siebie stwierdzam, że nawet te osiem godzin to za dużo. Może to stanie w korku ma jakiś sens -to jest czas może niekoniecznie zmarnowany, ale właśnie dany nam na myślenie. Szczerze nie cierpię korków, ale właśnie dlatego ta irytacja osiąga swój zenit. I dopiero gdy ta czara się przepełni, to wtedy pojawia się chęć rzeczywistej zmiany.

Ku przestrodze mam zawsze z tyłu głowy cytat z Pabla Nerudy:

Powoli umiera ten, kto nie opuszcza swojego przylądka, gdy jest nieszczęśliwy w miłości lub pracy, ten kto nie podejmuje ryzyka spełnienia swoich marzeń, ten kto chociaż raz w życiu nie odłożył na bok racjonalności.

Bardzo chcę uchronić się przed takim scenariuszem.

Chciałam studiować germanistykę

Też tak macie, że pandemia obudziła w Was stare sentymenty? Do czynności, które kiedyś nas zajmowały. Do miejsc, w których bywaliśmy jako dzieci, nastolatki albo studenci. No i do ludzi, z którymi kiedyś wiele nas łączyło.

Mnie akurat zebrało się na sentyment do języka niemieckiego. Jak znajdę czas, to dopiszę po polsku.

Als ich ein kleines Mädchen war, konnte so ca. fünf sein, hat uns der Vater (meine Mutter, meinen Bruder und mich) zum Bahnhof gebracht, weil wir die Oma besuchen wollten. Es war ganz, ganz früh am morgen und es war ein tiefer Winter. Es herrschte also noch volle Dunkelheit draußen und nur die Straßenlichter beleuchteten die Gegend. Als wir über unser Städtchen durchfuhren, habe ich zum ersten Mal im Leben einen richtigen Menschenstrom gesehen. Ich weiß nicht, wie viele Leute es sein konnten. Ja klar, wenn man Kind ist, scheint alles größer und mehr zu sein. Auf jeden Fall waren es sehr, sehr viele und sie gingen alle in eine Richtung.

– Wo gehen all die Leute hin? – hab ich gefragt

– zur Arbeit – hat der Vater mit Offensichtlichkeit in der Stimme geantwortet

– und jeden Tag so?

– ja, jeden Tag – bestätigte der Vater

Für meinen Vater als Erwachsenen war es doch völlig normal – in unserer Stadt befand sich eine Fabrik und die Mitarbeiter begannen um sechs ihre Schicht. Doch ich habe sein Verständnis für die Situation nicht geteilt – das ganze Bild machte auf mich einen eher abschreckenden Eindruck. Die Leute sahen traurig aus und es musste ihnen wirklich kalt gewesen sein. Na ja, der Winter vor über dreißig Jahren war auch anders, als der heute ist, ein heftiger Frost gehörte einfach dazu. Und natürlich nicht die Kälte ist hier das tatsächliche Problem, sondern der Zwang in den Betrieb hinzugehen.

Obwohl so lange Zeit vergangen ist, kann ich mich an diesen frühen, dunklen Morgen wirklich gut erinnern. Ich glaube, mein fünf Jahre altes Unterbewusstsein hat damals eine Entscheidung gefasst – ich möchte so nicht!

Ja, ich wusste es wirklich damals schon:

Ich möchte nicht nur in einer Menschenmasse mitgehen und individuell kaum wahrgenommen werden.

Ich möchte nicht, dass mir jemand sagt, was ich von A bis B und von B bis C machen muss und dass ich es gar nicht in Frage stellen darf

Und endlich – ich will nicht so früh aufstehen müssen 😉

Wie froh bin ich, dass ich mein Leben selbst gestalten konnte und dass ich von den Umständen nicht gezwungen war, das zu machen, womit ich innerlich nicht einverstanden bin. Jeder ist seines eigenen Glückes Schmied? Grundsätzlich schon, aber auch nicht immer. Leben …

Was mich jedoch wundert- einige sind gar nicht gezwungen, ihre Freiheit abzugeben, tun es aber freiwillig.

Die meisten arbeiten den größten Teil der Zeit, um zu leben und das bisschen, das ihnen von Freiheit bleibt, ängstigt sie“

Diese Worte hat Johann Wolfgang von Goethe in den Leiden des jungen Werther im Jahr 1774 geschrieben, bleiben aber völlig aktuell. Das würde zeigen – Leute ändern sich nicht so sehr über die Zeit. Und Leute unterscheiden sich auch nicht so sehr voneinander – egal wo sie leben.

Meine Einstellung zum Angestelltendasein wurde mir im Alter von 5 Jahren klar, obwohl mir damals der Begriff Festangestellte natürlich nicht bekannt war. Na ja, irgendwo muss man anfangen, ich habe aber nur vier Jahre lang mit einem Arbeitsvertrag, heißt auch mit einem Chef bzw. Chefin ausgehalten. Natürlich finde ich, dass die Zeit als Mitarbeiter/Mitarbeiterin am Anfang der Karriere nötig und wichtig ist. Man lernt dann enorm viel und man kann auch die Arbeitsweise beobachten. Das Arbeitsumfeld hat sich heutzutage auch weitgehend geändert und natürlich ist das Leben eines qualifizierten Mitarbeiters in einer internationalen Gesellschaft nicht mit dem Leben des Fabrikmitarbeiters im kommunistischen Polen in den 80-gern zu vergleichen. Was sich nicht geändert hat – man muss das machen, was jemand anderer bestimmt hat. Trotzdem scheint ein unbefristeter Arbeitsvertrag mit festem Gehalt sehr komfortabel zu sein. Da kommen wir jedoch auf die Worte von Goethe zurück: das bisschen, das den Leuten von Freiheit bleibt, ängstigt sie.Ich denke sogar, die Worte sind heute aktueller denn je. Dies hängt damit zusammen, dass ganz viele Dinge, die man so wirklich gar nicht braucht, für ein Kredit gekauft werden. Und die Angst vor Freiheit, über die Goethe schrieb, betrifft vor allem die Angst, die genommenen Kredite nicht bezahlen zu können. Woher wusste Er, dass das 21. Jahrhundert so aussehen wird?

Bei mir wurde die innerliche Stimme in einem Moment zu laut und ich wusste, dass ich aus der Schein-Komfortzone raus muss. Keinen Chef zu haben war schon ein der Hauptvorteile. Noch wichtiger war aber, ganz flexibel bezüglich den Arbeitszeiten und auch bezüglich den Aufgaben zu sein. Wie erwähnt – ich bin ein bisschen allergisch gegen „Schlauköpfchen“ und so einem netten Herren mal sagen zu dürfen, dass ich bei seinen hervorragenden Ideen nicht mitmachen möchte – befestigte mich nur, dass meine Entscheidung mich selbständig zu machen, die richtige war. Und es ist mir schon öfter passiert, dass ich einen Auftrag nicht genommen habe. Weil ich es nicht wollte und weil ich es nicht brauchte. Ein schönes Gefühl. Man muss wirklich sehr bewusst entscheiden, wem man seine Zeit verkauft. Geld kann man immer noch verdienen, aber unsere in die Arbeit gesteckte Zeit werden wir nie wieder zurückbekommen.

Natürlich bin ich keine Ignorantin, wenn es ums Geld geht, aber es stellte für mich nie die Hauptmotivation dar. An erster Stelle stand immer, einfach gute Arbeit zu leisten. Wahrscheinlich sind hier Erziehung und Beispiel der Eltern nicht ohne Bedeutung. Ich glaube aber wirklich dran, dass alles ein System ist und das dieses System nach Gleichgewicht strebt. In einem Moment kommt für gut gemachte Arbeit auch eine angemessene Vergütung. Stimmt, manchmal muss man sich ein bisschen gedulden und bei jungen Leuten ist es oft ein Problem, dass sie alles sofort haben möchten. Wenn ich so zurückschaue – vor 10 Jahren konnte ich nicht so viel wie jetzt verdienen, weil ich mit mir nicht das gleiche Niveau wie jetzt vertreten habe. Alles muss in der richtigen Zeit kommen und es ist OK so.

In Bezug auf die Angemessenheit der Vergütung wird es jetzt oft diskutiert, ob z.B. die Influencer einen wirklichen Wert schöpfen, indem Sie ein Photo machen und mehrere Tausende dafür bekommen. Eine interessante Frage. Was schafft eigentlich ein Influencer ausser den Konsumrausch noch weiter anzukurbeln. Gilt heutzutage „ohne Fleiß kein Preis“ wirklich nicht mehr? Tja, die Welt war nie gerecht und in einem Moment des Lebens akzeptiert man es einfach. Und da es an allem eben das Gleichgewicht geben muss, vielleicht bezahlen die Influencer woanders ihren Preis, nur wir bekommen es nicht mitgeteilt. Für mich ist es enorm wichtig, mit mir selbst konform zu sein und ich würde mein Leben mit einem Influencer nicht tauschen.

Gdy marzenie staje się koszmarem

Jestem pod wrażeniem pewnej osobistej relacji, którą obejrzałam sobie na Youtube. Wypowiadała się tak na oko 35-letnia Szwajcarka. Pani była ponadprzeciętnie urodziwa i na pewno niegłupia. Nazwijmy może naszą bohaterkę Petra, nie chcę naruszać niczyich dóbr osobistych, dlatego to imię jest zmienione.

Petra już we wczesnej młodości postanowiła, że zostanie prawniczką. Wpłynął na to rozwód rodziców oraz ciąg dalszy, czyli przepychanki między rodzicami w sprawach o opiekę nad dziećmi. Petra musiała zamieszkać z ojcem (później dołączyła do nich jeszcze druga żona ojca), za to jej młodszy brat został przyznany matce. Sprawiło to oczywiście, że bardzo za tymi dwoma bliskimi jej osobami tęskniła. I cierpiała. No i tak sobie postanowiła, że jak dorośnie to będzie pomagać dzieciom w takiej sytuacji, w jakiej sama się znalazła jako nastolatka – w sensie, że to jednak dobrostan dziecka powinien być stawiany na pierwszym miejscu.

Jak można się domyślić, potem były studia prawnicze a po ich ukończeniu podjęcie pracy w kancelarii. Gdy zaczęła pracować, no to się zdziwiła, że zamiast przypadków z prawa rodzinnego, pomocy dzieciom i samotnym matkom dostawała sprawy dotyczące relacji między wspólnikami spółek handlowych a zwłaszcza tego, kto powinien dostać więcej pieniążków. Do tego zrozumiała, że sprawiedliwość można znaleźć jako hasło w leksykonie, za to w sądzie to już niekoniecznie.

Może i nie powinna się dziewczyna dziwić. No bo tak po prostu w kancelariach jest i być może pomyliła adresy. Ale z drugiej strony – gdy jest się młodym, to nie do końca zdążą jeszcze wywietrzeć z głowy ideały. Dlatego rozumiem trochę to zdziwienie, gdy na własne oczy się zobaczy, jak to wszystko funkcjonuje.

Petra wytłumaczyła sobie, że praca to tylko praca, postanowiła bardziej skupić się na innej ważnej sferze życia, oczywiście na rodzinie. Obiecywała sobie przecież, że kiedyś stworzy lepszą niż ta, w której żyła jako dziecko. Miała to „szczęście”, że na danym etapie życia się zakochała, wyszła za mąż i urodziła zdrową córeczkę. Oceniając sytuację życiową takiej dziewczyny można powiedzieć – ta to ma dobrze, tak super jej się ułożyło, ma po prostu wszystko: inteligencję, wykształcenie, rodzinę, urodę, bardzo dobre warunki finansowe (nie bez znaczenia jest mieszkanie w jednym z najbogatszych krajów świata), pracę w prestiżowej kancelarii. Patrząc na czyjeś życie z boku można jeszcze powymieniać dużo rzeczy, co ta druga osoba ma. I można lekko zazdrościć …

No tylko, że po urodzeniu dziecka przyszedł baby blues, zaczęły się kłótnie z mężem o pieniądze (może rzeczywiście lepiej, gdy ich nie ma? Nie ma się o co kłócić? ;-)))). Wkrótce mąż się wyprowadził i złożył pozew o rozwód. Petra postanowiła wrócić do pracy, do której po urlopie macierzyńskim oczywiście musieli ją przyjąć. No i przyjęli, ale niedługo potem zwolnili, bo Petra nie dawała rady łączyć wymagającej pracy zawodowej z samotną opieką nad małym dzieckiem. I w tym momencie przyszło jeszcze podejrzenie nowotworu, które ostatecznie wyjaśniło się na szczęście w tę niegroźną stronę. Czekając na wynik histopatologii Petra stwierdziła jednak, że tak w zasadzie wszystko jej jedno, jaki ten wynik będzie i postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Wysłała córeczkę niby tylko na weekend do byłego męża, a sama wzięła tabletki … Obudziła się w szpitalu, jakoś ją odratowali. Potem był jeszcze szpital psychiatryczny, jak to się stosuje w takich przypadkach zgodnie z procedurą.

A potem były jeszcze długie terapie i powolne wracanie do życia. Do wykonywania zawodu prawniczki Petra nie wróciła już na full, nie miała już na to ochoty. Postanowiła się przebranżowić i zajmuje się teraz marketingiem cyfrowym, okazjonalnie doradza z zakresu prawa własności intelektualnej, bo ta dziedzina jest akurat mocno powiązana z internetem i marketingiem. Nie jest na razie w żadnym związku, mieszka z córką. Pro bono pracuje też w telefonie zaufania, na który mogą zadzwonić osoby mające myśli samobójcze. Chodzi oczywiście o to, żeby je od tego pomysłu odwieść.

Ta opowiedziana relacja była bardzo autentyczna, było widać, że wszystkie zdarzenia pozostawiły po sobie blizny. Pewnie jeszcze trochę czasu potrzeba, żeby mogły się wygoić. Oczywiście – relacja tylko jednej strony nigdy nie będzie całkiem obiektywna, dla pełnego obrazu należałoby wysłuchać innych osób.

Można tutaj też skonstatować – niedojrzała emocjonalnie, taki dzieciak z bogatego kraju, któremu się poprzewracało w głowie. No co jej się tak w zasadzie stało – nowotwór okazał się łagodny, nie pierwsza nie ostatnia się rozwiodła i nie pierwsza nie ostatnia została zwolniona z pracy. Truła się idiotka, a przecież miała córkę. Co ma powiedzieć samotna matka czwórki dzieci, która nie wie za co je wyżywić. A do tego jeszcze jedno z dzieci jest niepełnosprawne. Jasne, można tak relatywizować. Uważam jednak, że właśnie takie porównywanie – bo ktoś inny ma gorzej, czego ty chcesz – również jest krzywdzące. Bardzo często wymaga się od ludzi takiej postawy – nie marudź, nie narzekaj, inni mają gorzej, ciesz się tym, co masz. A tak naprawdę to jest zbycie tej osoby, powiedzenie jej trochę: mam cię w dupie. Tymczasem ktoś naprawdę cierpi… Poza tym – mam wrażenie, że narzekanie jest na cenzurowanym, bo gdyby na nie pozwolić – to z kolei tego powszechnego lamentu byłoby za dużo. I wtedy wiele rzeczy przestałoby sprawnie funkcjonować, nie byłoby ogarnięte – praca, dom, dzieciaki. Chwyć się roboty! – to taka śląska rada na wewnętrzne rozkminy. No ok – można chwycić się roboty, wtedy ta robota będzie wykonana, ale … gdzie w tym wszystkim jest człowiek? Takie postawienie sprawy pokazuje, że praca (po prostu jako różnego rodzaju zadania do wykonania) jest ważniejsza od człowieka.

Cały ten przypadek jest ciekawy, bo pokazuje bolesną konfrontację marzeń z rzeczywistością. Albo utratę wiary w idee, w które naprawdę wcześniej się wierzyło. Często w takiej sytuacji są osoby, którym inni czegoś zazdroszczą. W rzeczywistości rzeczy nie są takie, jakimi się wydają. Na koniec dwa banały – wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma i trawa u sąsiada jest zawsze bardziej zielona. No banały do kwadratu, ale może warto o nich pamiętać.

zamień korporację na kooperację

I jak? Robicie już zawodowo tylko to, co kochacie? Jak dla mnie jedna z największych ściem naszych czasów. Że trzeba kochać pracę. To chyba bardziej jest manipulacja – masz zasuwać, ale jednocześnie być z tego powodu mega zadowolona/zadowolony. A już na pewno nie wolno narzekać. Owszem, są pewne kreatywne zajęcia, kiedy powstaje coś zupełnie nowego,  jest wtedy  przypływ endorfin i  ten „twórca” może czuć się naprawdę szczęśliwy. Czasem udaje się też zakończyć jakiś projekt, towarzyszy temu poczucie spełnienia, może duma, rośnie poczucie własnej wartości, a do tego udaje się zarobić. Super. Są też zawody, których wykonywanie ma głęboki sens, ponieważ od dobrze wykonanej pracy zależy zdrowie i życie drugiej osoby – jak w przypadku lekarzy, ale też strażaków, ratowników itd.  Z kolei od podejścia np. nauczyciela do swojej pracy może zależeć przyszłość młodego człowieka, ponieważ nauczyciel zarazi go jakąś pasją, zainspiruje i odpowiednio ukierunkuje. Przykłady można by mnożyć. Czyli generalnie praca ma sens. Ale nie oszukujmy się – wzniosłych momentów w pracy jest raczej mało. Może 10 – 15%? Reszta to rzemiosło. Praca pochłania oczywiście mnóstwo naszej energii i czasu. O ile energię można jeszcze trochę odbudować, to ten czas przeznaczony na pracę jest niemożliwy do odzyskania. Dlatego dobrze byłoby chyba spojrzeć na sprawę w ten sposób, że pracodawca płaci nie tylko za wykonaną pracę, ale też za kawałek życia swoich pracowników. Ponieważ to młodych ludzi zatrudnia się do tzw. orki, ponieważ mają oni jeszcze siły i potrzebują pieniędzy – praca niestety bardzo często zabiera też młodość. Można powiedzieć – jeżeli ktoś na to pozwoli – to jemu zabierze. Ale system jest jaki jest. Jego założenia bardzo często są sprzeczne – z jednej strony odjechane w kosmos oczekiwania i presja na wyniki, a z drugiej kąśliwe uwagi – zwłaszcza w stosunku do kobiet, które się w tę pracę zaangażowały i ileś lat na nią poświęciły – że jest już stara. Przy czym  ta kobieta ma ok. 35 lat! Rzeczywiście bardzo stara.

I żeby nie było, że tylko narzekam. Mojej pracy nie kocham, bo to jest po prostu za duże słowo, zarezerwowane też chyba dla innych dziedzin życia. Ale w miarę ją lubię, bo mam już opanowany warsztat, mogę moją wiedzą i doświadczeniem wymiernie komuś pomóc, a nawet usłyszałam kilka razy – uratowała nas Pani.  Piękne kwiaty dostałam też parę razy w podziękowaniu i to są te momenty, które dają siłę, żeby robić dalej to, co się robi. Ale jak najbardziej mam też chwile zwątpienia, zmęczenia i takiej niechęci do pracy, że wolę już chyba depilować nogi. I rzeczywiście wybieram czasem tę depilację, a praca sobie czeka.

Dlatego trochę wkurzają mnie złote rady typu – odkryj dziedzinę, którą kochasz, potem znajdź kogoś kto Ci za to zapłaci. I dalej – w ten sposób ani dnia nie spędzisz w pracy, za to każdy dzień będzie  realizacją Twojej pasji.

Jakoś dziwnym trafem te nowe zajęcia, które ktoś odnalazł  i które tak kocha, są takie … niemerytoryczne. To może być założenie agroturystyki, szycie lalek czy misiów, jakieś inne rękodzieło itp. Do wykonywania tych zajęć bardziej potrzeba talentu, jakiegoś zmysłu niż gruntownego wykształcenia. Z jednej strony fajnie, że się komuś udało.  Pokazywałoby to też, że ta cała merytokracja rzeczywiście jest takim oszustwem, na które miliony ambitnych osób na świecie dało się nabrać. W rzeczywistości, aby się realizować, żadne studia nie są potrzebne. Z drugiej strony – no ktoś musi te merytoryczne prace wykonywać. Co by było, gdyby wszyscy porzucili np. mało uwzniośloną księgowość? I jeszcze taki mały szczegół, że do założenia konkretnego własnego biznesu potrzebne są na początek konkretne pieniądze. O tym też często podczas udzielania złotych rad jakoś się  zapomina.

Drugą grupką osób, które zostawiły za sobą korpo i robią już tylko to, co kochają, są ci wszyscy „nauczyciele życia”. Tylko ilu może być nauczycieli jogi, trenerów, coachów i szkoleniowców od wszystkiego i niczego?

I tu pytanie – czy jeżeli ktoś jest specjalistą w swojej dziedzinie, poświęcił rozwojowi zawodowemu ileś tam lat i jest naprawdę dobry w tym, co robi – powinien to całkowicie rzucić, jechać w Bieszczady i produkować ser? Nie szkoda jednak trochę tej całej wieloletniej inwestycji w siebie? Tego całego włożonego wysiłku? Stopniowo dochodzę do konkluzji, że najczęściej nie praca sama w sobie jest zła,  ale zasady, na jakich trzeba ją wykonywać. Bo są idiotyczne procedury, bo jest hierarchia, bo są za krótkie terminy, bo szef idiota a koleżanka/ kolega kopie dołki pod współpracownikami.

Lekarstwem może być w mojej opinii przejście na freelance,  zajmowanie się jednak w dalszym ciągu tym, na czym się znamy. Oczywiście – są plusy i minusy takiego rozwiązania. Po iluś latach takiego funkcjonowania mogę powiedzieć, że największą zaletą dla mnie jest to, że sama ustalam zasady. Generalnie pracuję trochę mniej niż na etacie. Mogę też odmówić przyjęcia  zlecenia, jeżeli mi ono nie pasuje. W korporacji raczej jest to trudne do wyobrażenia, o ile ktoś dostaje polecenie od przełożonego.  Dużą zaletą własnej działalności jest także dywersyfikacja klientów, czyli to, że nasz los nie jest zależny od jednej osoby – od jej dobrego lub złego humoru.

Zanim postawimy wszystko na jedną kartę, zagramy va banque i spalimy za sobą wszystkie mosty – pomyślmy. Na skutek splotu różnych okoliczności oraz dokonanych wyborów na różnych etapach życia – wpadliśmy w dziedzinę, którą się zajmujemy, trochę jak śliwka w kompot. Ale może ta dziedzina wcale nie jest taka zła, a przede wszystkim – nauczyliśmy się już w tym kompocie bardzo dobrze pływać. Czasem wystarczy zmienić tylko kilka elementów układanki, zamiast rozwalać wszystkie klocki i budować wszystko całkowicie od nowa. Z jednej strony podziwiam odwagę tych, którzy potrafili zagrać va banque. Wiem jednak o sobie, że ja takiej odwagi nie mam. Zamiana korporacji na kooperację, czyli pracy na współpracę, to też jest jakaś opcja. Naprawdę nie jest najgorsza. Wiem, wiem – strefa komfortu. Ale sprawa też nie może być postawiona w ten sposób, że trzeba zaryzykować wszystko. Bo nie łudźmy się – ci, którzy tak bardzo namawiają do rzucenia wszystkiego, oddychania pełną piersią i realizacji wyłącznie własnych pasji – oni nam nie pomogą, jeżeli nam się nie uda. Ważne jest, żeby zasady według których funkcjonuję,  mi odpowiadały.

Jak już przejdę na ten freelance, to na pewno powstaje bardzo zasadne pytanie – ale skąd wezmę klientów? Nie, nie, nie, nie. Nie podbieramy klientów swojemu byłemu pracodawcy. Bardzo się cieszę, że mam czyste sumienie w tym zakresie. Ja akurat wierzę w zasadę systemu czyli tego, że wszystko dąży do równowagi. Jeżeli naprawdę coś potrafimy i mamy coś do zaoferowania, do tego można to zobaczyć w profesjonalnych portalach społecznościowych typu linkedin – klienci wcześniej czy później nas znajdą. Możemy też odpowiadać na ogłoszenia o pracę, zaznaczając jednak od razu, że możliwa jest forma współpracy wyłącznie  w formie B2B.

Myślę, że ten freelance’owy model będzie coraz częściej występował. Duża część informatyków funkcjonuje już w ten sposób. Także czas epidemii pokazał, że możliwych jest wiele rzeczy, których wcześniej nawet się nie rozważało. Czytałam np., że wiele osób (nie tylko freeelancerów, ale także osób zatrudnionych na etat, pracujących zdalnie) rozważa wyjazd na 1-2 miesiące np. do Grecji czy Hiszpanii, wynajęcie tam apartamentu i wykonywanie stamtąd pracy. Żeby po prostu sobie pożyć w innym kraju, a nie jechać tam wyłącznie z biurem podróży na wakacje. Generalnie  super pomysł i zamierzam go kiedyś zrealizować, poczekam jednak trochę, aż wirus  się uspokoi.

 

 

 

praca w koronie

 

Trochę mi już  odbija w tym home office. Zdziwiło mnie to lekko, bo przecież przed wirusem i tak połowę czasu pracowałam  z domu. Lubię zostać sobie w domku, zwłaszcza gdy pogoda nie zachęca do wyściubienia nosa na zewnątrz. Jestem szczęściarą, bo mogę tak robić. Mam całą infrastrukturę, dostępy i hasła. No ale zupełnie czym innym jest chcieć i móc, a czym innym musieć. Pewnie wiele osób się o tym przekonało.

Moja efektywność podczas epidemii? Oj niziutka, niziutka. Po prostu uwaga jest przekierowana na coś innego i ciężko jest mi się skupić na wykonywaniu bieżącego zadania. I trochę mnie śmieszą te wszystkie porady typu: jak zwiększyć produktywność, jak sobie wszystko zorganizować, jak się nie dać, no bo przecież co mi tam jakiś wirus … Takie utrzymywanie na siłę status quo, udawanie, że  nic, no może prawie nic się nie zmieniło, że to tylko chwilowe, że wszystko wróci do starego … Otóż nie wróci. A teraz na pewno nie jest czas na bicie rekordów. Raczej na włączenie spowolnionego trybu i przemyślenie sobie wielu rzeczy.

Jak powiedziała Olga Tokarczuk w jednym ze swoich ostatnich wywiadów – „coś nas testuje. Natura, Bóg, coś bezosobowego, przypadek mówi: Sprawdzam”. No i niestety – jak to z testami – jedni go zdadzą, a inni obleją. Na pewno musimy zdać ten egzamin  wszyscy jako ludzkość, bo inaczej no to już w ogóle  będzie płacz i zgrzytanie zębów 😦 😦 Załóżmy jednak optymistycznie, że jeszcze jakoś na tej naszej Ziemi jako gatunek przetrwamy.  Ten trudny egzamin „z korony” musi jednak każdy z nas zdać też indywidualnie. Przy czym samo fizyczne przeżycie będzie testem zaliczonym chyba jedynie na słabą trójkę. To nie wystarczy, żeby po koronie ŻYĆ przez duże Ż.

Bo korona dokona takiej weryfikacji, jakiej nie pamiętamy.  Weryfikacja wartości, weryfikacja modelu życia, weryfikacja stosunków gospodarczych na całym świecie. I weryfikacja wartości pracy, bo to o niej chciałam napisać.

Co mnie mierziło od jakiegoś czasu i o czym też już tutaj pisałam, to było takie obranie sobie przez wielu ludzi celu – jak dobrze się ustawić, żeby nie napracować się za bardzo, a mieć pieniążki na fajne życie. Fajne w rozumieniu hedonistycznym oczywiście – czyli jak zapewnić sobie jak najwięcej przyjemności typu coraz bardziej wymyślne jedzenie, wakacje, wakacje, wakacje, drogie ciuszki itd. To wszystko przecież kosztuje.

I chociaż podobno – bez pracy nie ma kołaczy, to bardzo wiele osób chciało mieć te kołacze, ale bez ciężkiej (własnej) pracy. Z akcentem na własnej, bo tak naprawdę ktoś musiał jednak na te wszystkie atrybuty statusu zapracować.

W innych językach też mają to powiedzenie, więc chyba coś musi być na rzeczy.  No pain no gain.  Albo Ohne Fleiss kein Preis. Nie tylko Polacy wymyślili swoje kołacze 😉

Ciekawe pytanie pojawia się np. w kontekście influencerów, zarabiających po kilka lub kilkanaście tysięcy za jedno wstawione zdjęcie. Czy ich wkład w pracę jest proporcjonalny do otrzymanej gratyfikacji. I czy to normalne, że zarabiają oni o wiele więcej niż ludzie wykonujący bardzo odpowiedzialne zawody, wymagające zdobywania kwalifikacji przez długie lata. Oczywiście można powiedzieć, że influencerka, która wstawiła to zdjęcie nikomu niczego nie ukradła, że takie są prawa rynku – o ile znalazł się ktoś, kto chciał jej zapłacić – widocznie to jej zdjęcie jest właśnie tyle warte. No ale jednak – coś chyba było postawione na głowie.

I czego dokona teraz koronawirus – to  bezlitośnie podzieli pracę na tę prawdziwą i na „zabawę w pracę”. Bo ludzie będą mieć mniej pieniędzy i wówczas bardzo szybko wykreśla się z listy zakupów te rzeczy, które nie są naprawdę potrzebne. I nawet najbardziej odjechany instagramowy post nic nie da, jeżeli ktoś po prostu nie będzie miał za co tej reklamowanej rzeczy kupić. Czy koronawirus brutalnie wykreśli te wszystkie zabawy w pracę? Myślę, że w dużym stopniu tak. Skutki będą bolesne, bo bardzo wiele osób pozostanie bez pracy, a przecież będą musieli za coś żyć.  Może to jest moment na wprowadzenie bezwarunkowego dochodu podstawowego? Może to będę ja, która straci dotychczasowe zajęcie i się w tej (w wirtualnej raczej) kolejce po ten dochód gwarantowany ustawi?  Korona na pewno funduje nam gigantyczny eksperyment, a także będzie katalizatorem wielu ciekawych rozwiązań. Że praca zdalna już pozostanie i niekoniecznie do tych naszych biur wrócimy? A nawet jeżeli wrócimy, to będą one funkcjonować inaczej niż dotychczas? To już wiadomo, nie trzeba o tym pisać.

Pożyjemy, zobaczymy. Fajne powiedzonko, lubiłam go używać. Dotarło do mnie właśnie, jak do bólu dosłownie trzeba je interpretować. Uważajcie na siebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czujesz się zrobiony w bambuko? Obudź się ze snu o potędze

Moja przyjaciółka pochwaliła mi się ostatnio, że wróciła z pracy o trzeciej. Ale nie o piętnastej. O trzeciej. Następnego dnia roboczego – choć przecież tego samego kalendarzowego   – oczywiście znowu była w biurze. Łaskawie mogła przyjść na 11-stą.

Spotkałam też kolegę z byłej kancelarii. Wracaliśmy z pracy do domu i natknęliśmy się na siebie. Niósł ze sobą pewien przedmiot, który dobrze znałam. I którego szczerze nienawidziłam. Skórzany kanciasty neseser, w którym mieszczą się 2 pękate segregatory i laptop.  Kilka razy miałam wątpliwą przyjemność dźwigania tego cuda podczas podróży służbowej i pamiętam ciężar tej walizy. Choć zazwyczaj stwierdzałam, że  ciężar niematerialny, czyli ciężar  informacji, które ta walizka zawierała, był jeszcze większy.  Kolega z pewnością był objuczony, ale sprawiał też wrażenie przytłoczonego. Bo tak jak napisałam – ciężar fizyczny nie zawsze jest najgorszy.

I tak sobie myślę, czy zasłużyliśmy na coś takiego. I kto nas w TO wrobił? W pracę, która jest merytorycznie trudna, odpowiedzialna, psychicznie i fizycznie obciążająca i której jest po prostu za dużo.

„Młodości, ty nad poziomy wylatuj!” – yeah!

W młodych ludziach jest coś takiego. Takie dążenie, czy może raczej pragnienie, żeby pokazać całemu światu, na coś nas stać. Jest dużo energii, organizm ma jeszcze skąd ją czerpać. Do tego dochodzi  odpowiednia stymulacja przez cały społeczno- kulturowy system, który ….  no niestety, ale perfidnie wykorzystuje te młodzieńcze siły i młodzieńczy zapał. I zanim ci młodzi, a potem już nie tacy młodzi ludzie wybudzą się ze swojego snu o potędze … zdążą odwalić kawał dobrej roboty. I chyba o to tak naprawdę chodzi :-0   W dodatku ze względu na brak  bogatego doświadczenia (bo to dopiero trzeba sobie zdobyć), ta ciężka praca bardzo często wykonywana jest za takie- sobie pieniądze. I to komuś  – choć cały czas zastanawiam się komu? 😉 – tak naprawdę bardzo pasuje! Do tego dochodzą trudy i monotonia dnia codziennego (we wszystkich jego wymiarach),   no i  w końcu przychodzi ten moment, w którym orientujemy się, że mamy coś, co tak pięknie poetycko nazywa się:

ERSATZ, CHOLERA, NIE ŻYCIE

miał być raj, miał być cud
i ćwiartka na popicie,
a to wszystko nie tak, nie tak,
nie to,
no a jeśli, jeżeli – nie to,
no to o co, u diabła, nam szło?

Uwielbiam Agnieszkę Osiecką 🙂

Naprawdę pamiętam  okres bardzo wytężonej pracy w moim życiu. Potem na szczęście(!) organizm zaczął odmawiać mi posłuszeństwa i nie miałam innego wyjścia niż go posłuchać i coś zmienić.  Oczywiście – gdyby spotkała mnie bardzo poważna choroba – o szczęściu bym nie mówiła, ale zazwyczaj z początku organizm odzywa się subtelniej.  W moim przypadku były to akurat przewlekle chore zatoki  i bóle odcinka szyjnego kręgosłupa (od komputerka, od czegóż by innego). Bolało bardzo, ale mimo to jestem za te objawy wdzięczna. Bo gdyby się one nie pojawiły – pewnie mój sen jeszcze by trwał. Sen, że coś mogę. Sen, że to co robię, ma sens (przepraszam, a niby jaki? Że zrobiłam ładną tabelkę?). Sen, że wszystko jest dobrze poukładane.

Obudziłam się i jest mi naprawdę lepiej.

Hallo, hallo, pobudka!

Otwórz oczy i postaraj się dostrzec, co jest ważne. Uśmiech dziecka jest ważny. Wdzięczność Babci, którą odwiedziłeś, jest ważna. (Tak na marginesie – ja odwiedziłam dzisiaj moją Babcię, Dziadka zresztą też,  ale na cmentarzu. I bardzo żałuję, że nie  znajdowałam dla nich czasu na tym etapie mojego życia, gdy robiłam jeszcze ładne tabelki).

Koronawirus jest ważny, bo może namieszać tak, że wszystko, czemu dzisiaj od poniedziałku do piątku poświęcamy naszą energię, przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie.

yyyy … popatrzyłam właśnie na poprzedni akapit o babci i na ten o koronawirusie … OK, niekoniecznie jest to dobra rada akurat teraz. Ale gdy sytuacja z wirusem się uspokoi – to odwiedź babcię i dziadka, jeżeli masz szczęście jeszcze ich mieć.

Na zakończenie chyba jeszcze raz zacytuję Panią Agnieszkę.  Akurat ona widziała naprawdę bardzo dużo:

„Myślałam, że zawsze będziemy młodzi, że świat poczeka. Nic nie poczekało. Nie odkładajcie na później piosenek, egzaminów, dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości.”

Dobranoc. Lena

Oooo! Sen  jest jeszcze bardzo ważny. Ten prawdziwy. Sny o potędze niech pozostaną w sferze poezji. Tam jest ich właściwe miejsce 😉

paraliżujący strach, obezwładniający stres

Pewnie każdy pamięta jakieś sytuacje, zwłaszcza z dzieciństwa, kiedy czegoś tak naprawdę bardzo się przestraszył. Tak bardzo,  że nie mógł się poruszyć. Nie chodzi mi o ciemny kąt w domu, do którego baliśmy się zaglądać (no bo tam po prostu się nie wchodziło), ale o konkretne zdarzenia. Ja miałam takie trzy.

Po raz pierwszy poznałam, co oznacza paraliżujący strach, gdy dopiero co nauczyłam się pływać. Było to w wakacje pomiędzy zerówką a pierwszą klasą. Z tej radości i dumy, że płynę sama, bez żadnych pływaczków czy innych wspomagaczy, zapuściłam się oczywiście za daleko. W pewnym momencie zorientowałam się, że znajduję się pod pomostem, a tam na pewno nie miałam już gruntu pod nogami. Odwaga się skończyła. Zdołałam jedynie złapać się drewnianego palika tego pomostu i … tak tam sobie wisiałam uczepiona jak małpka. Nie potrafiłam wykonać kompletnie żadnego ruchu ani nikogo zawołać.  Zaczęli mnie szukać,  a ja … nic.   W końcu zauważył  mnie tata i bezpiecznie  przyholował. Ale do dzisiaj wspomina, że musiał  się nasiłować, żeby mnie od tego pomostu odkleić. Tak byłam przykleszczona.

Drugi przypadek z perspektywy lat wydaje się bardzo śmieszny, ale zapewniam, że na tamten moment do śmiechu  mi nie było. Otóż byliśmy z moim starszym bratem i naszym wspólnym kolegą na tak zwanym szaberku na czereśniach. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że szaber to inaczej … kradzież. Ot, głupie szczenięce wybryki. Nasi rodzice nie wiedzieli oczywiście o niczym. Czereśnie były przepyszne 🙂 Ciemnoczerwone i bardzo słodkie. Ale w pewnym momencie  zobaczyliśmy, że ktoś biegnie w naszym kierunku i bardzo wyzywa. Był to oczywiście właściciel tego sadu, kipiał ze wściekłości. No w sumie, trudno się dziwić. Chłopaki jak to chłopaki – zeskoczyli z drzewa i zaczęli uciekać. Bez trudu pokonali też płot, którym ten sad był ogrodzony. A ja? No cóż … w wieku ok. dziewięciu lat miałam pewną piętę Achillesową i w zasadzie mam ją do dzisiaj. Nie umiałam bez czyjejś pomocy przechodzić przez wysokie płoty 😦 😦 😦 Tzn. podjęłam próbę pokonania tego płotu, usiadłam na nim okrakiem i … ni w tę ni we w tę 😦 A ten właściciel cały czas biegł i krzyczał. Co mi się stało na tym płocie? Oczywiście paraliż, bezruch, tak jak wtedy, gdy uczyłam się pływać. Ten właściciel, gdy zobaczył takie nieszczęście na tym płocie, to jakoś złagodniał, powyzywał jeszcze trochę, ale przesadził mnie na drugą stronę płotu, żebym mogła już swobodnie uciec. Gdybym nie była małą przestraszoną dziewczynką, pewnie by się to tak nie skończyło.

A trzeci raz? To już bardziej stres niż strach. To było w szkole muzycznej, chyba w drugiej klasie. Ja niby chciałam zapisać się do tej szkoły, przeszłam wstępne przesłuchanie,  mój talent muzyczny nie okazał się jednak  jakiś wybitny. W normalnej podstawówce uczyłam się o wiele lepiej i miałam z tym ambicjonalny problem, że z grania na pianinie – mimo starań – nie zawsze jestem w stanie dostać piątkę. Kto chodził do szkoły muzycznej, ten pamięta, że na koniec każdego semestru odbywał się egzamin z instrumentu i był to naprawdę duży stres. Dla dziecka na pewno. Tego konkretnego razu w komisji egzaminacyjnej siedziała nauczycielka, której akurat bardzo nie lubiłam. Była surowa i się jej bałam. Gdy usiadłam do pianina i położyłam ręce na klawiaturze – to te ręce kompletnie zesztywniały, miałam palce jak z drewna. Z egzaminu dostałam mierny. Do dzisiaj uważam, że ta ocena była nie fair ze strony nauczycieli. Ok, źle zagrałam. Ale doświadczony nauczyciel powinien widzieć, że coś mi się stało, że normalnie tak nie jest, że przecież się staram.  Nie byłam Mozartem, ale nie było też tak, że reprezentowałam poziom na mierny.   Tzn. generalnie uważam, że jest nie w porządku wobec dzieci, że ocenia się tylko egzamin przeprowadzony na dany dzień (ze wszystkich przedmiotów, nie tylko z muzyki), a nie całokształt pracy, że  nie daje się uczniom prawa do gorszego dnia. Jakoś ten wpływ stresu jest całkowicie wyłączony poza nawias. Jakby go nie było.

No, to sobie poopowiadałam. Co chciałam pokazać? Bardzo silną reakcję ciała na sytuacje zagrożenia, reakcję prawdziwą i niezaprzeczalną. Ten paraliż, którego ja doznałam, był całkowicie poza moją kontrolą, nie było miejsca na żadne racjonalne myślenie, żadne decyzje.  Zresztą – czego wymagać od dzieciaka. Mam też świadomość tego, że te opisane przeze mnie doświadczenia nie były jeszcze najgorsze. Generalnie miałam raczej szczęśliwe dzieciństwo. Nikt mnie nie bił, na pewno nie przeżyłam traumy przez duże T. Na szczęście. Ale i tak te trzy opisane wydarzenia pamiętam bardzo mocno. Moje ciało najwyraźniej je pamięta. Nie da się tego oszukać.

W dorosłym życiu sytuacji, w których wydaje się nam, że jesteśmy  bezpośrednio zagrożeni, jest pewnie trochę mniej.  Jesteśmy też trochę mądrzejsi i niektórych potencjalnie niebezpiecznych zdarzeń możemy po prostu unikać – np. oczywiście nie kradniemy czereśni! 😉 Jesteśmy  jednak za to narażeni  na przewlekły stres (głównie poprzez pracę, ale nie tylko), który również oddziałuje na nasze ciało. Różnica jest taka, że jest to raczej proces, a nie jednorazowa sytuacja. To nie jest jedno mocne uderzenie, tylko tysiąc malutkich.  Dlatego też symptomy, które zaczyna dawać nasz organizm, są na początku subtelne i dopiero z czasem się nasilają. Niemniej jednak one są.  Wszelkiego rodzaju napięcia mięśni, wytworzenie jakby zbroi, która ma nas chronić, trzymanie zaciśniętej pięści, aby zawsze być gotowym na ewentualny atak. W końcu pojawia się jakiś ból. To wszystko jest to, to wszystko jest stres. Naprawdę nie można wpływu stresu na organizm negować, twierdzić, że tego nie ma, że mnie to nie dotyczy. Albo inaczej – przychodzi moment, kiedy przestaje się zaprzeczać (przed sobą i innymi), że te symptomy ze strony ciała występują. I im bardziej ktoś wcześniej udawał twardziela, bagatelizował lekki, ale za to permanentny dyskomfort – tym zazwyczaj późniejsze uderzenie będzie mocniejsze 😦

Dobra wiadomość jest taka, że można coś z tym zrobić. Przede wszystkim oznak płynących z ciała nie powinno się ignorować. Oczywiście wszystkie objawy można skonsultować z lekarzem, ale jeżeli  kolejne przeprowadzane badania nic nie wykazują – warto porządnie usiąść na kanapie i zastanowić się, o co tak naprawdę chodzi. Czy nie biorę na siebie za dużo? Może zamiast kolejnego kursu wyższej produktywności kluczem do osiągnięcia dobrego samopoczucia jest REDUKCJA? Może mniej znaczy więcej? A z pewnością lepiej? No i jeżeli ciało daje nam znaki, że je zaniedbujemy – trzeba się nim zająć. Ono  o to prosi. Przecież moje ciało – to ja. Jeżeli ja nie zareaguję na jego sygnały, to kto to zrobi? Kto się o nie zatroszczy? Zapewniam, że nikt inny. Ma być zrobiona praca i tyle. Tylko to się liczy. Kogo w ogóle obchodzi, że mam jakieś bolesne napięcie karku? Mam na myśli mądrą troskę o siebie, czyli przede wszystkim sen, trochę ruchu, na bolące i napięte miejsca pomaga masaż. Warto też jak najczęściej podnosić tyłek z krzesła, ponieważ siedzenie to nowe palenie, długofalowo ma naprawdę fatalny wpływ na zdrowie.  A ponieważ na siedząco najwięcej pracujemy, to należałoby … mniej pracować 🙂 Za tę radę nasz organizm na pewno będzie wdzięczny 🙂

 

 

 

 

 

 

Określasz siebie i innych poprzez pracę? To przestań

Kim chcesz być, jak będziesz duża/duży?

Pamiętacie to pytanie z dzieciństwa? Udzielane odpowiedzi były bardzo ciekawe – z przewagą oczywiście astronautów i strażaków 😉 Chociaż ja akurat pragnęłam zostać ekspedientką i prowadziłam w domu świetnie funkcjonujący sklep, w którym za fałszywe pieniądze można było udawać, że się kupuje 😉 Zwróćcie jednak uwagę, że oczekiwaną odpowiedzią na stawiane dziecku pytanie był zawód, który chciałoby ono wykonywać w przyszłości. Tylko niby skąd to biedne dziecko ma coś takiego wiedzieć!!!? Co jednak na pewno z dzieciństwa się utrwaliło to to, że zawód jest ważny.

Zdążyliśmy dorosnąć, ale tak za dużo to się nie zmieniło. Bo gdy kogoś poznajemy, jednym z pierwszych pytań jest: czym się zajmujesz? To zasadzie to samo pytanie co  „kim jesteś”, tylko zadane może nie aż tak bezpośrednio. A i odpowiedź może być troszkę bardziej rozmyta 😉 To co robimy, określa nas. Potwierdza status lub jemu zaprzecza. Potwierdza przynależność do grupy lub z niej wyklucza. W pół sekundy rozstrzyga o tym, czy warto z nami rozmawiać, czy raczej szkoda czasu, bo ta znajomość na nic się nie przyda.

Trzeba być kimś albo jeszcze lepiej Kimś pisanym z dużej litery. Bo takim Kimś wszyscy się zachwycają. On jest wziętym adwokatem, och och och. Jest bardzo znanym lekarzem. Brawo brawo. Jest biznesmenem i ma dużo pieniędzy. O jeju jeju jeju.  Czasami wykonywana profesja wystarczy do głoszenia peanów na czyjś temat. I nikt już nie wchodzi w takie szczegóły, czy ta osoba jest przy okazji … dobrym człowiekiem.

Żeby mnie ktoś przypadkiem opacznie nie zrozumiał – ten tekst nie ma być manifestem lenistwa i głupoty. Że najlepiej jest nic nie robić i w ogóle się nie starać.  Jeżeli ktoś ma zdolności, predyspozycje i chęci – niech sobie będzie bardzo dobrym prawnikiem, lekarzem, biznesmenem, architektem, artystą  itd. itp. Ale nie powinno być tak, że tylko i wyłącznie to się liczy.

A kim będę, jak nie będę kimś? 😉 Będę nikim? Myślę że to jedna z większych bzdur funkcjonujących w zbiorowej  świadomości. Każdy jest kimś. Już w chwili narodzin  jesteśmy kimś.  Sobą.  Kilka dni później mamy już oficjalnie nadane imię, nazwisko, ba! nawet PESEL. Obywatelstwo jeszcze mamy na starcie. To wszystko nic?

Niestety na siłę wkładane nam jest przekonanie, że kimś to dopiero mamy szansę zostać. Z akcentem na szansę. Bo jak jej nie wykorzystamy, jak nie będziemy się starać, to będziemy właśnie nikim. Nikt nas nie będzie szanował. Nikt nie będzie chciał z nami rozmawiać. Albo będziemy się zadawać i rozmawiać z samymi takimi „nikimi” …

Zwróćcie uwagę, że w zasadzie wszystkie dzieci są fajne. One naprawdę potrafią zaskoczyć, że są takie mądre jak na swój wiek, takie kreatywne, takie rozgarnięte. Wszyscy się nimi zachwycają takimi, jakie po prostu są. Potem  idą do szkoły i coś się z nimi dzieje. Bardzo często zamykają się w sobie, bo wiedzą a raczej czują, że oczekuje się teraz od nich przede wszystkim dobrych ocen. A to, co gdzieś im głęboko w duszy gra, ma stopniowo coraz mniejsze i mniejsze znaczenie. Nawet jeżeli  obecnie nie nosi się już w szkole mundurków, to nakłada się uczniom mundurek mentalny. Każdy mundur ma za zadanie ujednolicać. Już nie jest się sobą, tylko pełni się określoną funkcję. Mundur to inaczej uniform. Patrząc na etymologię tego słowa wszystko staje się jasne: uni- form. Jedna forma. Do tego taka, jaka jest pożądana. No i wyrastają potem tacy sfrustrowani młodzi dorośli, będący idealnym produktem spełniającym systemowe oczekiwania. A kim tak naprawdę jest ten młody człowiek i co on chciałby w życiu robić? Co to kogo obchodzi.

Teraz będzie dygresja. Akurat o Żydach.  Tylko, żeby nie było – mój stosunek do Żydów jest całkowicie i absolutnie neutralny. Na pewno nie można odmówić im pracowitości.  Jacek Kaczmarski w piosence „Opowieść pewnego emigranta” śpiewał coś takiego: „Bo ja chciałem być kimś, bo ja byłem Żyd. A jak Żyd nie był kimś, to ten Żyd był nikt. (…) bankierom i skrzypkom nie mówią – ty żydku.” Te słowa dobrze obrazują ogromną determinację, dlaczego oni tak bardzo się starali coś osiągnąć. I dlaczego w przedwojennej Warszawie zdecydowana większość prawników i lekarzy to byli Żydzi. Bardzo chcieli dzięki wykształceniu się wywindować, osiągnąć inny status, przestać być nikim. Te starania i przykładanie dużej wagi do nauki pokazuje też nasza wspaniała noblistka Olga Tokarczuk w „Księgach Jakubowych” (właśnie czytam :-))

Czyli wyłazi na wierzch problem niskiego poczucia własnej wartości. Czy w naszym społeczeństwie jest inaczej? Chyba nie za bardzo. Jeżeli ktoś  nie czuje się niedowartościowany, to nie będzie wywierał presji, żeby zdobywać jakieś Mount Everesty. Ani na siebie, ani na swoje dzieci. A wszędzie widać, że presja jest ogromna.

To, jaki zawód ktoś wykonuje, nie jest najważniejsze. Miarą człowieka powinien być jednak stosunek do innych ludzi. Jak ktoś traktuje innych, jak się do nich odnosi. Zaryzykuję też stwierdzenie, że określanie się przez pryzmat pracy jest bez sensu. Przecież w pracy i po pracy – to jestem ta sama JA. Nie ma dwóch różnych kobiet. I nawet takie spojrzenie – ta sama osoba pełniąca dwie różne role – zawodowo i prywatnie – też nie jest zbyt fortunne. Najlepiej byłoby, żeby to wszystko było połączone i  spójne, przy czym na pierwszym miejscu powinien być człowiek, a nie jego PRACA. Może dlatego ten osławiony work life balance jest coraz częściej wypierany przez work life integration, chyba zaczynam rozumieć 😉  Widać też, że w ludziach coś pęka. Dziwnym trafem bardzo często ma to miejsce w przedziale wiekowym 35-40 😉 Oczywiście z jakimś tam marginesem. Może rzeczywiście jest to ostatni  moment, kiedy można jeszcze coś zmienić. Aby w końcu zająć się czymś, co przynosi może nawet mniej pieniędzy (chociaż wcale nie zawsze musi tak być), daje za to radość i prawdziwe spełnienie.  Później może być już trudniej i trudniej, aż w końcu snucie planów na prawdziwą zmianę stanie się bezprzedmiotowe.

No i trzeba pamiętać słowa Oscara Wilde’a: Bądź sobą. Wszyscy inni są już zajęci.

Wciskanie  się na siłę w jakieś wyznaczone rynkowo i społecznie role, trzymanie fasonu za wszelką cenę, kupowanie kolejnych atrybutów podkreślających przynależność do jakiejś grupy  – wcześniej czy później odbije się czkawką, jeżeli to wszystko tak naprawdę nie jest takie MOJE.

 

Dlaczego nie „chodzę” do pracy, choć lubię pracować

 

laptop-2557571_1920

pixabay.com

Nie musisz chodzić do pracy, możesz jeździć 😉  Kiedyś takie cwaniackie odpowiedzi bardzo mnie irytowały, a teraz już tylko śmieszą. A raczej śmieszą mnie osoby stosujące taką formę komunikacji. Takie odwracanie kota ogonem i uciekanie od sedna problemu.

„Chodzenie” do pracy to dla mnie regularne pojawianie się w określonym miejscu i w określonych godzinach w celu wykonywania wyznaczonych czynności. Czyli klasyczna praca na etacie w godzinach 9-17.

Oczywiście, że pracowałam na etacie. Byłam zatrudniona na podstawie umowy o pracę przez  kilka lat po studiach, to taki etap, który chyba każdy/prawie każdy musi przejść. Ten etap jest ważny, ponieważ można sobie wtedy wiele poobserwować i dużo się nauczyć.  Ja jednak na tym etacie dość mocno się męczyłam, za dużo rzeczy mnie uwierało. Gdy teraz słyszę narzekania młodych ludzi, pracujących na umowach zlecenie i umowach o dzieło (czyli na tzw. śmieciówkach),  że brak stabilizacji, że mało kasy, że nie mogą nic zaplanować, że nie dostaną kredytu itd.  – z jednej strony ich rozumiem. Z drugiej strony jednak myślę sobie, że zawsze jest pięknie tam, gdzie nas nie ma. Że ta stabilizacja, jaką daje umowa o pracę na czas nieokreślony może być błogosławieństwem (chociażby ze względu na płatne chorobowe i macierzyński), jak i przekleństwem zarazem. Bo stała praca jednak mocno ogranicza. Sama jestem freelancerką od dobrych kilku lat. Widzę po sobie, ale też po znajomych, którzy porzucenie etatu mają dawno za sobą, że nigdy – przenigdy na etat byśmy nie wrócili. I aspekt finansowy wcale nie jest tu najważniejszy. Zarabiam porównywalnie, jak osoba z podobnymi kwalifikacjami i doświadczeniem, pracująca na etacie w korpo. Tyle, że pracuję od takiej osoby mniej. I to robi różnicę dla jakości życia. Gdybym bardzo chciała (no albo musiała – życie jest życiem) mogłabym się spiąć, pracować więcej i wtedy zarabiałabym pewnie więcej. Tyle że nie chcę i na szczęście na razie nie muszę. Życzliwym wyjaśniam, że nie, nie mam bogatego męża 😉 Również uprzejmie wyjaśniam, że spłacam kredyt mieszkaniowy w CHF i muszę jakoś dawać sobie z tym radę.  Że wściekłam się dziś znowu, widząc kurs franka 3,96 – to inna sprawa.

A jakie są moje powody, dla których raczej na etat nie wrócę? No chociaż – nigdy nie mów nigdy. Życie lubi płatać figle i zawsze trzeba mieć z tyłu głowy, że tak nie do końca jesteśmy panami czy paniami swojego losu. Człowiek myśli, Pan Bóg kryśli. Bóg, los, przeznaczenie, siła wyższa – niech każdy sobie wybierze, co mu pasuje. Dlatego napisałam, że raczej nie wrócę 😉

No to byłoby tak:

1. nie cierpię wstawać wcześnie rano

Jestem typowym nocnym markiem. Wstawanie o szóstej rano to dla mnie męczarnia. A przecież niektórzy wstają codziennie o czwartej! Naprawdę ukłony dla takich osób, bo dla mnie byłaby  to misja nie do wykonania. Podejmowałam próby wcześniejszego wstawania, ale zawsze kończyły się fiaskiem. Dlatego w dni kiedy pracuję, wstaję ok. 8.30.  Jest to pora do zaakceptowania 🙂 Przestawienie pory wstawania po rzuceniu etatu było dla mnie prawdziwym wybawieniem. Nie, nie jest też tak, że pracuję do drugiej w nocy. Ale zdarza mi się do drugiej coś czytać, niezwiązanego z pracą oczywiście, co to, to nie.

Jeżeli ktoś jest skowronkiem, z pewnością mnie nie rozumie. Ale wszystkie sowy rozumieją mnie bardzo dobrze 🙂

2. Mam problem z procedurami i z szefami

No cóż, jestem niezależna, trochę niesubordynowana, mam własne zdanie i potrafię go bronić. Gardzę naginaniem zasad, jeżeli można za to uzyskać jakieś profity. Po części właśnie dlatego wiedziałam bardzo szybko, że korpo to nie moja bajka. Nie cierpię też tych wszystkich sztywnych ram, poza które nie wolno wychynąć. I nie wyobrażam sobie już mieć szefa/ szefowej. Jeżeli  kiedyś na skutek różnych okoliczności musiałabym jednak wrócić do pracy – zaakceptowanie faktu, że muszę kogoś słuchać byłoby dla mnie chyba najtrudniejsze. Słyszałam argument, że prowadząc działalność nie mam wprawdzie jednego szefa, ale mogę ich mieć kilkudziesięciu, bo takimi „szefami” są klienci. Obsługiwałam kiedyś takiego jegomościa, który bardzo chciał zachowywać się jak mój szef. Różnica w stosunku do etatu jest taka, że to ja mogłam mu powiedzieć:  Do widzenia. Moje poczucie, a jego mina – bezcenne 🙂

3. jestem introwertyczna  

Współczesny świat jest uszyty pod ekstrawertyków. Jest dobrze, gdy dużo się dzieje i gdy jest dużo ludzi wokół. Mi jest to w ogóle niepotrzebne. Przez krótki czas pracowałam na open space i czułam się jak w koszmarze. Pracując sama mogę się skupić i wtedy powstają wartościowe rzeczy. Wszystkich introwertyków serdecznie pozdrawiam i polecam zastanowienie się nad pójściem własną drogą 🙂

4. Pracuję wtedy, gdy najdzie mnie wena, a gdy jej brak to idę na spacer

Bez przesady z tą weną, ale każdy na pewno ma dni/ momenty, kiedy pracuje mu się bardzo dobrze, jak i te, kiedy nie może w ogóle z pracą ujechać. Siedzenie na tyłku w takich momentach i zmuszanie się do wykonywania pracy jest całkowicie bez sensu. Nie mówiąc już o tym, że nie powstanie wtedy nic, co chociaż odrobinę wykraczałoby poza przeciętność (dobrze, jeżeli w ogóle do niej dobije). Naprawdę  lepiej jest  w takich momentach odpuścić i zająć się czymś innym. Polecam porządny spacer, ale każdy wie najlepiej, co jemu pomaga.

To nie tak, że czekam na wenę, jak jakaś poetka. Praca nie zając nie ucieknie i moja podświadomość to wie. Wewnętrzna  motywacja sprawia, że ta praca i tak będzie wykonana. Czasami tylko moment/ dzień jest nieodpowiedni i wtedy trzeba sobie darować. Na szczęście nie muszę nikogo pytać, czy mogę sobie na takie darowanie pracy  pozwolić.

5. Mogę słuchać swojego organizmu

Trochę ciąg dalszy poprzedniego punktu. Czasami po przebudzeniu rano, nie do końca wiemy, czy jesteśmy zdrowi, czy nie za bardzo. Nie chodzi mi o konkretną chorobę, tylko o takie – kiepsko się czuję, trochę boli mnie głowa, chyba się przeziębiłam i mam temperaturę 37. Pracując na etacie było to dla mnie trudne do zaakceptowania, że choroba jest traktowana zero- jedynkowo. Albo  ktoś jest chory i wobec tego jest niezdolny do pracy, albo ktoś jest zdrowy i ma robić wszystko na 100%. No rozumiem, system musi jakoś funkcjonować.  Czasami jednak złe samopoczucie wywoływane jest przez stres. A stres z kolei się nasila, bo coś nas boli i nie wyrabiamy się z całą pracą, którą mamy do zrobienia. Jedno nakręca drugie.  Wiadomo też, że nie można ciągle siedzieć na L4, gdy tylko odrobinę źle się poczujemy, bo wcześniej czy później podziękowano by nam za współpracę. Pracując na swoim mogę odpuścić, gdy czuję się niewyraźnie, nie muszę od razu pędzić do lekarza po zwolnienie, a zimą marznąć w drodze do pracy.  Nie jest też tak, że w takie dni nie mogę robić nic. Po prostu zwalniam tempo i załatwiam jedynie sprawy niecierpiące zwłoki. Inne mogą poczekać. Nam się tak tylko wydaje, że wszystko musi być zrobione ASAP. Najczęściej tak się tylko wydaje. Jeżeli organizm każe nam zwolnić, widocznie tego potrzebuje i powinniśmy go posłuchać. To o wiele lepsze niż kolejne tabletki przeciwbólowe popijane kawą.

6. Mam więcej „urlopu” niż pracując na etacie

26 dni przysługującego urlopu na 365 dni w całym roku to chyba jakieś niedopatrzenie ustawodawcy  😉  Do tego urlop wymaga każdorazowo akceptacji,  bardzo często pracownicy mają też zaległy niewykorzystany urlop. Nawet jeżeli udaje się takiej przepracowanej osobie w końcu gdzieś wyjechać, ona jest już tak zmęczona, że nie może w pełni się zregenerować. Odkąd świadomie ograniczyłam ilość pracy, udaje mi się wygospodarować min. 1 tydzień wolnego w miesiącu – licząc bez weekendów – wychodzi 5 dni x 12 miesięcy = 60 dni wolnych w roku. Nie jest chyba tak źle, prawda?  Ktoś może zapytać, czy to jest prawdziwy urlop, tzn. taki gdy mogę w ogóle o pracy nie myśleć, nie odbierać telefonów i maili. To zależy – jeżeli wyjeżdżam gdzieś dalej na dwa tygodnie, po prostu informuję o tym klientów i oni starają się nie dzwonić. Z drugiej strony – ja wręcz każę im się kontaktować, gdyby coś już naprawdę się waliło i paliło.  Zazwyczaj można zaproponować jakieś prowizoryczne rozwiązanie, a po urlopie zająć się tym porządnie. To naprawdę lepsze niż „zostawić sprawę leżeć” na dwa tygodnie. W pozostałe „urlopy” jestem do dyspozycji pod telefonem i mailem, zdarza mi się pracować w hotelu przez 2-3 godziny. W dni, kiedy robię sobie wolne od pracy, niekoniecznie muszę zresztą gdzieś wyjeżdżać. Mogę pozałatwiać prywatne sprawy, posprzątać w domu, zaprosić gości i coś dla nich ugotować czy oddać się słodkiemu dolce far niente. To ostatnie też jest bardzo ważne! Żeby od czasu do czasu było, po prostu.

7. Nie muszę codziennie trzymać się dress codu

Jak każda kobieta lubię się czasem ładnie ubrać. Rozumiem, że pewne sytuacje wymagają trzymania standardów i podczas biznesowych spotkań trzeba wyglądać raczej formalnie niż frywolnie. Codzienne jednak ubieranie się w korporacyjny mundurek było dla mnie naprawdę męczące. Teraz mam luz. Gdy pracuję z home office – no to wiadomo – luz całkowity. Gdy idę do biura, ale nie spodziewam się raczej nikogo – strój może być półformalny, bo nigdy nie wiadomo, czy jednak ktoś nie wpadnie.  Gdy mam umówione ważne spotkanie – wyglądam jak spod igły. Co więcej – to wystrojenie się od czasu do czasu sprawia mi naprawdę radość. Pamiętam za to, że nienawidziłam wcześniej codziennego prasowania bluzki lub koszuli. Wtedy był przymus, a teraz jest wybór. I tak jest fajnie.

Popatrzyłam sobie jeszcze raz na te punkty, które wypisałam i widzę, że większość jest na NIE. Nie chcę, nie lubię, nie mogłabym. Może to po prostu sposób myślenia, nad którym powinnam popracować – tzn. przestawić się z komunikatów negatywnych na pozytywne. Nie wykluczam tego. No i znowu NIE 😉 Ale może ja uciekłam z tego etatu, bo naprawdę  coś jest z takim systemem pracy nie w porządku. Kultura pracy jaka jest,  bardzo często każe się nie wychylać, a jedynie wykonywać polecenia i odhaczać zadania zrobione zgodnie z procedurami. Gdzie tu jest miejsce na kreatywność, a także na indywidualizm pracowników? Ile potencjału tych pracowników jest marnowane. W Europie już się coś w tej materii zmienia, bo bardzo na topie jest idea new work, o której tutaj już też pisałam. U nas pewnie jeszcze trochę na zmiany poczekamy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

high performer vs. pracoholik

stopwatch-2061851_1920

Stało się popularne takie powiedzonko, a raczej wskazówka – don’t work hard work smart – nie pracuj ciężko, pracuj mądrze. Chociaż to angielskie smart to też takie  sprytnie. Czyli ma chodzić o to, żeby nie napracować się za bardzo, a osiągnąć jak najlepsze efekty (zwłaszcza finansowe, po co inne).  I ja się z tym tak nie do końca zgadzam, bo mam uczulenie na cwaniaków, którzy cieszą się, że ustawili się w uprzywilejowanej pozycji, a innych uważają za frajerów. Zostałam chyba tak wychowana, że pracę powinno się wykonywać nie sprytnie, nie w cwany  sposób, ale … dobrze. Po prostu. A żeby praca była wykonana dobrze, jednak coś trzeba w nią włożyć, nie można chodzić tylko na skróty.  Na pewno nie jest jednak sztuką zaharowywać się od rana do wieczora, bo to skrócona droga na cmentarz, a aż tak bardzo tam mi się nie spieszy. Podobają mi się za to ludzie, którzy są tzw. high performerami, czyli osobami które osiągają świetne efekty, jednak nie dzięki pracy na akord, a o wiele bardziej dzięki temu  kim są i jacy są. Nie znalazłam niestety dobrego tłumaczenia określenia high performer na polski.

Pokusiłam się aż o zrobienie takiej tabelki, w której porównałam sobie high performera z pracoholikem (nie wiem, co mnie naszło, żeby w sobotę robić takie rzeczy, naprawdę). Pracoholik rozumiany jest najczęściej jako osoba uzależniona od pracy, ale przyjmijmy na potrzeby tej tabelki, że to po prostu ktoś, kto bardzo, bardzo dużo pracuje, abstrahując już od przyczyn takiego stanu rzeczy.

Opracowanie własne 🙂

High performer

Pracoholik

Zna swoją wartość – jako profesjonalisty i jako człowieka

Ma niskie poczucie własnej wartości i szuka potwierdzenia tej wartości u innych. Bardzo często to właśnie poprzez pracę próbuje siebie docenić.  

Wtedy, kiedy trzeba pracuje na 100 %. Wartość dodana jego pracy jest bardzo duża, bo przystępując do tej pracy jest wypoczęty, naładowany dobrą energią.

Cały czas zasuwa na 110 % swoich możliwości. Grozi mu szybki burn out, jest ciągle zmęczony i zestresowany, często choruje, wspomaga się kawą i innymi energetykami (oby tylko tym)

Jest fachowcem w swojej dziedzinie, ma opanowany warsztat pracy i posiada merytoryczną bazę. Udokumentowane kwalifikacje rozumieją się same przez się.

Nawet jeżeli ma kwalifikacje na papierze nie czuje się całkiem mocny w tym, co robi. Często stosuje przerost formy nad treścią.

Stosuje pracę interwałową – pracuje intensywnie i w skupieniu, ale potem  wypoczywa, ładuje akumulatory, stawia na re-kreację, pozwala przetwarzać się informacjom w głowie, pozwala, żeby pomysły same do niego przychodziły

Pracuje cały czas

Dba o swoje zdrowie fizyczne. Nie zaniedbuje snu, zdrowo się odżywia, nie ogląda telewizyjnej papki

nie ma czasu” na dostateczne zadbanie o sen, zdrowe odżywianie, aktywność fizyczną, bo przecież musi pracować! Dla relaksu ogląda seriale.

Często łapie flow i wykorzystuje te momenty na najbardziej kreatywną pracę

Wyznacza sobie ściśle określony czas na wykonanie jakiegoś zadania – np. od 13-stej do 15- stej muszę to zrobić

Nigdy nie traci z oczu sedna problemu

Widzi źdźbło nie widzi belki

Potrafi ustalać priorytety

Robi wszystko naraz – małe głupie rzeczy zabierają mu cenny czas i energię. Na te ważne sprawy ich już nie starcza

Ma bogate życie poza pracą- rodzinę, przyjaciół, hobby, sport, książki, podróże

Praktycznie nie ma życia poza pracą, ponieważ ta go całkowicie pochłania. Nawet jeżeli ma rodzinę – jest obecny w domu fizycznie, ale nie mentalnie.

Naturalnie i przyjaźnie się uśmiecha

Ma spięte ciało, uśmiech nawet jeżeli jest na twarzy – to sztuczny

Rozumie, że ten się nie myli, kto nic nie robi. Dlatego wie, że błaha pomyłka absolutnie nie świadczy o braku profesjonalizmu. Np. z powodu literówki raczej się uśmiechnie niż załamie. Za to nigdy nie popełni poważnego zawodowego błędu

Jest perfekcjonistą nie tam gdzie trzeba – uważa, że nie może sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Tak naprawdę nie jest pewien swoich umiejętności a perfekcjonizmem stara się to przykryć. Tak skupia się na wykonaniu rzeczy mniej istotnych- np. na idealnym formatowaniu tekstu, że może przeoczyć ważną sprawę.

Ma wyniki!

Ma pracę do zrobienia

Cieszy się, gdy spotyka profesjonalistę na wysokim poziomie i może sobie z nim porozmawiać jak równy z równym. A jeżeli spotyka kogoś bardziej doświadczonego od siebie – cieszy się, że może się czegoś nauczyć.

Boi się, że zostanie zdemaskowany jego brak wiedzy i doświadczenia. Nie potrafi przyznać się, że czegoś nie wie, w takich sytuacjach zmienia temat albo daje głupią odpowiedź

Jeżeli jest pracownikiem – podejmuje merytoryczną dyskusję z szefem i mówi mu w twarz, jeżeli się z nim nie zgadza

Boi się szefa i wykonuje jego polecenia bez słowa sprzeciwu nawet jeżeli się z nimi nie zgadza

Cieszy się na ciekawe spotkania/ projekty/ zadania/ zlecenia

Wszystko traktuje jak przymus: muszę zrobić to, muszę to, muszę tamto. Te zadania tak go poganiają i wyczerpują, że nie ma już miejsca na żadną radość

Pieniądze wcale nie są głównym motywatorem do pracy, ale high performer ma wysokie stawki za swoją pracę i nie ma oporów przed ich oferowaniem. Klient wie jednak, że płaci za naprawdę wysoką jakość

Główną motywacją do pracy są pieniądze. Niestety ilość pracy często bierze górę nad jakością

Nie będę ukrywać, że mam za sobą okres pracoholizmu. Ale w pewnym momencie coś we mnie zastrajkowało i stwierdziłam, że to bez sensu. Że jest to bardzo destrukcyjne. O tyle dobrze, że przez ten okres wytężonej pracy jednak czegoś się nauczyłam, coś sobie poobserwowałam. I teraz naprawdę mogę powiedzieć, że po pierwsze udało mi się znacznie zwolnić, a po drugie, że coś wychodzi z tego, co robię.Czy jestem high performerką? Nie wiem, chyba nie spełniam wszystkich kryteriów, które sama wymieniłam.  Chciałabym  nią być. Jeżeli jeszcze nie teraz, to kiedyś.

Tak sobie myślę, że młodzi ludzie bardzo często udają, że są wysokiej klasy specjalistami. Za wszelką cenę chcą sprawiać takie właśnie wrażenie.  I po co to. Przecież  w wieku 25 – 29 lat bycie naprawdę, ale tak naprawdę wysokiej klasy fachowcem jest niemożliwe. Nie da się przeskoczyć 10-15-20 lat solidnej, ciężkiej, codziennej pracy. I naprawdę najbardziej tęga mina tu nie pomoże, bo ktoś bardziej doświadczony i  tak w mig rozpozna dyletanta. Dobrze i celnie zadane pytanie – no cóż – wprawia taką młodą osóbkę w lekkie zakłopotanie 😉 Piszę to, bo sama kiedyś dałam się nabrać, myślałam, że ja muszę być taka high professional. I również zdarzyło mi się, że ktoś mnie zdemaskował 😉  Zrobiłam sobie tym udawaniem dużą krzywdę, bo pod skórą czułam, że oszukuję – zarówno klientów, jak i siebie. Z drugiej strony – no takie są realia zawodowego świata – prawie wszyscy udają 😦 Ehhh, cieszę się, że jestem już trochę starsza i przejrzałam na oczy 🙂