Dlaczego nie „chodzę” do pracy, choć lubię pracować

 

laptop-2557571_1920

pixabay.com

Nie musisz chodzić do pracy, możesz jeździć 😉  Kiedyś takie cwaniackie odpowiedzi bardzo mnie irytowały, a teraz już tylko śmieszą. A raczej śmieszą mnie osoby stosujące taką formę komunikacji. Takie odwracanie kota ogonem i uciekanie od sedna problemu.

„Chodzenie” do pracy to dla mnie regularne pojawianie się w określonym miejscu i w określonych godzinach w celu wykonywania wyznaczonych czynności. Czyli klasyczna praca na etacie w godzinach 9-17.

Oczywiście, że pracowałam na etacie. Byłam zatrudniona na podstawie umowy o pracę przez  kilka lat po studiach, to taki etap, który chyba każdy/prawie każdy musi przejść. Ten etap jest ważny, ponieważ można sobie wtedy wiele poobserwować i dużo się nauczyć.  Ja jednak na tym etacie dość mocno się męczyłam, za dużo rzeczy mnie uwierało. Gdy teraz słyszę narzekania młodych ludzi, pracujących na umowach zlecenie i umowach o dzieło (czyli na tzw. śmieciówkach),  że brak stabilizacji, że mało kasy, że nie mogą nic zaplanować, że nie dostaną kredytu itd.  – z jednej strony ich rozumiem. Z drugiej strony jednak myślę sobie, że zawsze jest pięknie tam, gdzie nas nie ma. Że ta stabilizacja, jaką daje umowa o pracę na czas nieokreślony może być błogosławieństwem (chociażby ze względu na płatne chorobowe i macierzyński), jak i przekleństwem zarazem. Bo stała praca jednak mocno ogranicza. Sama jestem freelancerką od dobrych kilku lat. Widzę po sobie, ale też po znajomych, którzy porzucenie etatu mają dawno za sobą, że nigdy – przenigdy na etat byśmy nie wrócili. I wcale aspekt finansowy nie jest tu najważniejszy. Zarabiam porównywalnie, jak osoba z podobnymi kwalifikacjami i doświadczeniem, pracująca na etacie w korpo. Tyle, że pracuję od takiej osoby mniej. I to robi różnicę dla jakości życia. Gdybym bardzo chciała (no albo musiała – życie jest życiem) mogłabym się spiąć, pracować więcej i wtedy zarabiałabym pewnie więcej. Tyle że nie chcę i na szczęście na razie nie muszę. Życzliwym wyjaśniam, że nie, nie mam bogatego męża 😉 Również uprzejmie wyjaśniam, że spłacam kredyt mieszkaniowy w CHF i muszę jakoś dawać sobie z tym radę.  Że wściekłam się dziś znowu, widząc kurs franka 3,96 – to inna sprawa.

A jakie są moje powody, dla których raczej na etat nie wrócę? No chociaż – nigdy nie mów nigdy. Życie lubi płatać figle i zawsze trzeba mieć z tyłu głowy, że tak nie do końca jesteśmy panami czy paniami swojego losu. Człowiek myśli, Pan Bóg kryśli. Bóg, los, przeznaczenie, siła wyższa – niech każdy sobie wybierze, co mu pasuje. Dlatego napisałam, że raczej nie wrócę 😉

No to byłoby tak:

1. nie cierpię wstawać wcześnie rano

Jestem typowym nocnym markiem. Wstawanie o szóstej rano to dla mnie męczarnia. A przecież niektórzy wstają codziennie o czwartej! Naprawdę ukłony dla takich osób, bo dla mnie byłaby  to misja nie do wykonania. Podejmowałam próby wcześniejszego wstawania, ale zawsze kończyły się fiaskiem. Dlatego w dni kiedy pracuję, wstaję ok. 8.30.  Jest to pora do zaakceptowania 🙂 Przestawienie pory wstawania po rzuceniu etatu było dla mnie prawdziwym wybawieniem. Nie, nie jest też tak, że pracuję do drugiej w nocy. Ale zdarza mi się do drugiej coś czytać, niezwiązanego z pracą oczywiście, co to, to nie.

Jeżeli ktoś jest skowronkiem, z pewnością mnie nie rozumie. Ale wszystkie sowy rozumieją mnie bardzo dobrze 🙂

2. Mam problem z procedurami i z szefami

No cóż, jestem niezależna, trochę niesubordynowana, mam własne zdanie i potrafię go bronić. Gardzę naginaniem zasad, jeżeli można za to uzyskać jakieś profity. Po części właśnie dlatego wiedziałam bardzo szybko, że korpo to nie moja bajka. Nie cierpię też tych wszystkich sztywnych ram, poza które nie wolno wychynąć. I nie wyobrażam sobie już mieć szefa/ szefowej. Jeżeli  kiedyś na skutek różnych okoliczności musiałabym jednak wrócić do pracy – zaakceptowanie faktu, że muszę kogoś słuchać byłoby dla mnie chyba najtrudniejsze. Słyszałam argument, że prowadząc działalność nie mam wprawdzie jednego szefa, ale mogę ich mieć kilkudziesięciu, bo takimi „szefami” są klienci. Obsługiwałam kiedyś takiego jegomościa, który bardzo chciał zachowywać się jak mój szef. Różnica w stosunku do etatu jest taka, że to ja mogłam mu powiedzieć:  Do widzenia. Moje poczucie, a jego mina – bezcenne 🙂

3. jestem introwertyczna  

Współczesny świat jest uszyty pod ekstrawertyków. Jest dobrze, gdy dużo się dzieje i gdy jest dużo ludzi wokół. Mi jest to w ogóle niepotrzebne. Przez krótki czas pracowałam na open space i czułam się jak w koszmarze. Pracując sama mogę się skupić i wtedy powstają wartościowe rzeczy. Wszystkich introwertyków serdecznie pozdrawiam i polecam zastanowienie się nad pójściem własną drogą 🙂

4. Pracuję wtedy, gdy najdzie mnie wena, a gdy jej brak to idę na spacer

Bez przesady z tą weną, ale każdy na pewno ma dni/ momenty, kiedy pracuje mu się bardzo dobrze, jak i te, kiedy nie może w ogóle z pracą ujechać. Siedzenie na tyłku w takich momentach i zmuszanie się do wykonywania pracy jest całkowicie bez sensu. Nie mówiąc już o tym, że nie powstanie wtedy nic, co chociaż odrobinę wykraczałoby poza przeciętność (dobrze, jeżeli w ogóle do niej dobije). Naprawdę  lepiej jest  w takich momentach odpuścić i zająć się czymś innym. Polecam porządny spacer, ale każdy wie najlepiej, co jemu pomaga.

To nie tak, że czekam na wenę, jak jakaś poetka. Praca nie zając nie ucieknie i moja podświadomość to wie. Wewnętrzna  motywacja sprawia, że ta praca i tak będzie wykonana. Czasami tylko moment/ dzień jest nieodpowiedni i wtedy trzeba sobie darować. Na szczęście nie muszę nikogo pytać, czy mogę sobie na takie darowanie pracy  pozwolić.

5. Mogę słuchać swojego organizmu

Trochę ciąg dalszy poprzedniego punktu. Czasami po przebudzeniu rano, nie do końca wiemy, czy jesteśmy zdrowi, czy nie za bardzo. Nie chodzi mi o konkretną chorobę, tylko o takie – kiepsko się czuję, trochę boli mnie głowa, chyba się przeziębiłam i mam temperaturę 37. Pracując na etacie było to dla mnie trudne do zaakceptowania, że choroba jest traktowana zero- jedynkowo. Albo  ktoś jest chory i wobec tego jest niezdolny do pracy, albo ktoś jest zdrowy i ma robić wszystko na 100%. No rozumiem, system musi jakoś funkcjonować.  Czasami jednak złe samopoczucie wywoływane jest przez stres. A stres z kolei się nasila, bo coś nas boli i nie wyrabiamy się z całą pracą, którą mamy do zrobienia. Jedno nakręca drugie.  Wiadomo też, że nie można ciągle siedzieć na L4, gdy tylko odrobinę źle się poczujemy, bo wcześniej czy później podziękowano by nam za współpracę. Pracując na swoim mogę odpuścić, gdy czuję się niewyraźnie, nie muszę od razu pędzić do lekarza po zwolnienie, a zimą marznąć w drodze do pracy.  Nie jest też tak, że w takie dni nie mogę robić nic. Po prostu zwalniam tempo i załatwiam jedynie sprawy niecierpiące zwłoki. Inne mogą poczekać. Nam się tak tylko wydaje, że wszystko musi być zrobione ASAP. Najczęściej tak się tylko wydaje. Jeżeli organizm każe nam zwolnić, widocznie tego potrzebuje i powinniśmy go posłuchać. To o wiele lepsze niż kolejne tabletki przeciwbólowe popijane kawą.

6. Mam więcej „urlopu” niż pracując na etacie

26 dni przysługującego urlopu na 365 dni w całym roku to chyba jakieś niedopatrzenie ustawodawcy  😉  Do tego urlop wymaga każdorazowo akceptacji,  bardzo często pracownicy mają też zaległy niewykorzystany urlop. Nawet jeżeli udaje się takiej przepracowanej osobie w końcu gdzieś wyjechać, ona jest już tak zmęczona, że nie może w pełni się zregenerować. Odkąd świadomie ograniczyłam ilość pracy, udaje mi się wygospodarować min. 1 tydzień wolnego w miesiącu – licząc bez weekendów – wychodzi 5 dni x 12 miesięcy = 60 dni wolnych w roku. Nie jest chyba tak źle, prawda?  Ktoś może zapytać, czy to jest prawdziwy urlop, tzn. taki gdy mogę w ogóle o pracy nie myśleć, nie odbierać telefonów i maili. To zależy – jeżeli wyjeżdżam gdzieś dalej na dwa tygodnie, po prostu informuję o tym klientów i oni starają się nie dzwonić. Z drugiej strony – ja wręcz każę im się kontaktować, gdyby coś już naprawdę się waliło i paliło.  Zazwyczaj można zaproponować jakieś prowizoryczne rozwiązanie, a po urlopie zająć się tym porządnie. To naprawdę lepsze niż „zostawić sprawę leżeć” na dwa tygodnie. W pozostałe „urlopy” jestem do dyspozycji pod telefonem i mailem, zdarza mi się pracować w hotelu przez 2-3 godziny. W dni, kiedy robię sobie wolne od pracy, niekoniecznie muszę zresztą gdzieś wyjeżdżać. Mogę pozałatwiać prywatne sprawy, posprzątać w domu, zaprosić gości i coś dla nich ugotować czy oddać się słodkiemu dolce far niente. To ostatnie też jest bardzo ważne! Żeby od czasu do czasu było, po prostu.

7. Nie muszę codziennie trzymać się dress codu

Jak każda kobieta lubię się czasem ładnie ubrać. Rozumiem, że pewne sytuacje wymagają trzymania standardów i podczas biznesowych spotkań trzeba wyglądać raczej formalnie niż frywolnie. Codzienne jednak ubieranie się w korporacyjny mundurek było dla mnie naprawdę męczące. Teraz mam luz. Gdy pracuję z home office – no to wiadomo – luz całkowity. Gdy idę do biura, ale nie spodziewam się raczej nikogo – strój może być półformalny, bo nigdy nie wiadomo, czy jednak ktoś nie wpadnie.  Gdy mam umówione ważne spotkanie – wyglądam jak spod igły. Co więcej – to wystrojenie się od czasu do czasu sprawia mi naprawdę radość. Pamiętam za to, że nienawidziłam wcześniej codziennego prasowania bluzki lub koszuli. Wtedy był przymus, a teraz jest wybór. I tak jest fajnie.

Popatrzyłam sobie jeszcze raz na te punkty, które wypisałam i widzę, że większość jest na NIE. Nie chcę, nie lubię, nie mogłabym. Może to po prostu sposób myślenia, nad którym powinnam popracować – tzn. przestawić się z komunikatów negatywnych na pozytywne. Nie wykluczam tego. No i znowu NIE 😉 Ale może ja uciekłam z tego etatu, bo naprawdę  coś jest z takim systemem pracy nie w porządku. Kultura pracy jaka jest,  bardzo często każe się nie wychylać, a jedynie wykonywać polecenia i odhaczać zadania zrobione zgodnie z procedurami. Gdzie tu jest miejsce na kreatywność, a także na indywidualizm pracowników? Ile potencjału tych pracowników jest marnowane. W Europie już się coś w tej materii zmienia, bo bardzo na topie jest idea new work, o której tutaj już też pisałam. U nas pewnie jeszcze trochę na zmiany poczekamy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

high performer vs. pracoholik

stopwatch-2061851_1920

Stało się popularne takie powiedzonko, a raczej wskazówka – don’t work hard work smart – nie pracuj ciężko, pracuj mądrze. Chociaż to angielskie smart to też takie  sprytnie. Czyli ma chodzić o to, żeby nie napracować się za bardzo, a osiągnąć jak najlepsze efekty (zwłaszcza finansowe, po co inne).  I ja się z tym tak nie do końca zgadzam, bo mam uczulenie na cwaniaków, którzy cieszą się, że ustawili się w uprzywilejowanej pozycji, a innych uważają za frajerów. Zostałam chyba tak wychowana, że pracę powinno się wykonywać nie sprytnie, nie w cwany  sposób, ale … dobrze. Po prostu. A żeby praca była wykonana dobrze, jednak coś trzeba w nią włożyć, nie można chodzić tylko na skróty.  Na pewno nie jest jednak sztuką zaharowywać się od rana do wieczora, bo to skrócona droga na cmentarz, a aż tak bardzo tam mi się nie spieszy. Podobają mi się za to ludzie, którzy są tzw. high performerami, czyli osobami które osiągają świetne efekty, jednak nie dzięki pracy na akord, a o wiele bardziej dzięki temu  kim są i jacy są. Nie znalazłam niestety dobrego tłumaczenia określenia high performer na polski.

Pokusiłam się aż o zrobienie takiej tabelki, w której porównałam sobie high performera z pracoholikem (nie wiem, co mnie naszło, żeby w sobotę robić takie rzeczy, naprawdę). Pracoholik rozumiany jest najczęściej jako osoba uzależniona od pracy, ale przyjmijmy na potrzeby tej tabelki, że to po prostu ktoś, kto bardzo, bardzo dużo pracuje, abstrahując już od przyczyn takiego stanu rzeczy.

Opracowanie własne 🙂

High performer

Pracoholik

Zna swoją wartość – jako profesjonalisty i jako człowieka

Ma niskie poczucie własnej wartości i szuka potwierdzenia tej wartości u innych. Bardzo często to właśnie poprzez pracę próbuje siebie docenić.  

Wtedy, kiedy trzeba pracuje na 100 %. Wartość dodana jego pracy jest bardzo duża, bo przystępując do tej pracy jest wypoczęty, naładowany dobrą energią.

Cały czas zasuwa na 110 % swoich możliwości. Grozi mu szybki burn out, jest ciągle zmęczony i zestresowany, często choruje, wspomaga się kawą i innymi energetykami (oby tylko tym)

Jest fachowcem w swojej dziedzinie, ma opanowany warsztat pracy i posiada merytoryczną bazę. Udokumentowane kwalifikacje rozumieją się same przez się.

Nawet jeżeli ma kwalifikacje na papierze nie czuje się całkiem mocny w tym, co robi. Często stosuje przerost formy nad treścią.

Stosuje pracę interwałową – pracuje intensywnie i w skupieniu, ale potem  wypoczywa, ładuje akumulatory, stawia na re-kreację, pozwala przetwarzać się informacjom w głowie, pozwala, żeby pomysły same do niego przychodziły

Pracuje cały czas

Dba o swoje zdrowie fizyczne. Nie zaniedbuje snu, zdrowo się odżywia, nie ogląda telewizyjnej papki

nie ma czasu” na dostateczne zadbanie o sen, zdrowe odżywianie, aktywność fizyczną, bo przecież musi pracować! Dla relaksu ogląda seriale.

Często łapie flow i wykorzystuje te momenty na najbardziej kreatywną pracę

Wyznacza sobie ściśle określony czas na wykonanie jakiegoś zadania – np. od 13-stej do 15- stej muszę to zrobić

Nigdy nie traci z oczu sedna problemu

Widzi źdźbło nie widzi belki

Potrafi ustalać priorytety

Robi wszystko naraz – małe głupie rzeczy zabierają mu cenny czas i energię. Na te ważne sprawy ich już nie starcza

Ma bogate życie poza pracą- rodzinę, przyjaciół, hobby, sport, książki, podróże

Praktycznie nie ma życia poza pracą, ponieważ ta go całkowicie pochłania. Nawet jeżeli ma rodzinę – jest obecny w domu fizycznie, ale nie mentalnie.

Naturalnie i przyjaźnie się uśmiecha

Ma spięte ciało, uśmiech nawet jeżeli jest na twarzy – to sztuczny

Rozumie, że ten się nie myli, kto nic nie robi. Dlatego wie, że błaha pomyłka absolutnie nie świadczy o braku profesjonalizmu. Np. z powodu literówki raczej się uśmiechnie niż załamie. Za to nigdy nie popełni poważnego zawodowego błędu

Jest perfekcjonistą nie tam gdzie trzeba – uważa, że nie może sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Tak naprawdę nie jest pewien swoich umiejętności a perfekcjonizmem stara się to przykryć. Tak skupia się na wykonaniu rzeczy mniej istotnych- np. na idealnym formatowaniu tekstu, że może przeoczyć ważną sprawę.

Ma wyniki!

Ma pracę do zrobienia

Cieszy się, gdy spotyka profesjonalistę na wysokim poziomie i może sobie z nim porozmawiać jak równy z równym. A jeżeli spotyka kogoś bardziej doświadczonego od siebie – cieszy się, że może się czegoś nauczyć.

Boi się, że zostanie zdemaskowany jego brak wiedzy i doświadczenia. Nie potrafi przyznać się, że czegoś nie wie, w takich sytuacjach zmienia temat albo daje głupią odpowiedź

Jeżeli jest pracownikiem – podejmuje merytoryczną dyskusję z szefem i mówi mu w twarz, jeżeli się z nim nie zgadza

Boi się szefa i wykonuje jego polecenia bez słowa sprzeciwu nawet jeżeli się z nimi nie zgadza

Cieszy się na ciekawe spotkania/ projekty/ zadania/ zlecenia

Wszystko traktuje jak przymus: muszę zrobić to, muszę to, muszę tamto. Te zadania tak go poganiają i wyczerpują, że nie ma już miejsca na żadną radość

Pieniądze wcale nie są głównym motywatorem do pracy, ale high performer ma wysokie stawki za swoją pracę i nie ma oporów przed ich oferowaniem. Klient wie jednak, że płaci za naprawdę wysoką jakość

Główną motywacją do pracy są pieniądze. Niestety ilość pracy często bierze górę nad jakością

Nie będę ukrywać, że mam za sobą okres pracoholizmu. Ale w pewnym momencie coś we mnie zastrajkowało i stwierdziłam, że to bez sensu. Że jest to bardzo destrukcyjne. O tyle dobrze, że przez ten okres wytężonej pracy jednak czegoś się nauczyłam, coś sobie poobserwowałam. I teraz naprawdę mogę powiedzieć, że po pierwsze udało mi się znacznie zwolnić, a po drugie, że coś wychodzi z tego, co robię.Czy jestem high performerką? Nie wiem, chyba nie spełniam wszystkich kryteriów, które sama wymieniłam.  Chciałabym  nią być. Jeżeli jeszcze nie teraz, to kiedyś.

Tak sobie myślę, że młodzi ludzie bardzo często udają, że są wysokiej klasy specjalistami. Za wszelką cenę chcą sprawiać takie właśnie wrażenie.  I po co to. Przecież  w wieku 25 – 29 lat bycie naprawdę, ale tak naprawdę wysokiej klasy fachowcem jest niemożliwe. Nie da się przeskoczyć 10-15-20 lat solidnej, ciężkiej, codziennej pracy. I naprawdę najbardziej tęga mina tu nie pomoże, bo ktoś bardziej doświadczony i  tak w mig rozpozna dyletanta. Dobrze i celnie zadane pytanie – no cóż – wprawia taką młodą osóbkę w lekkie zakłopotanie 😉 Piszę to, bo sama kiedyś dałam się nabrać, myślałam, że ja muszę być taka high professional. I również zdarzyło mi się, że ktoś mnie zdemaskował 😉  Zrobiłam sobie tym udawaniem dużą krzywdę, bo pod skórą czułam, że oszukuję – zarówno klientów, jak i siebie. Z drugiej strony – no takie są realia zawodowego świata – prawie wszyscy udają 😦 Ehhh, cieszę się, że jestem już trochę starsza i przejrzałam na oczy 🙂

 

 

 

 

Sposoby na S na Stres

girl-1245773_1920

Miałam w tym tygodniu stresującą sytuację. Popsuł mi się komputer, a następnego dnia przypadał termin wysłania bardzo ważnego pisma. Termin był zawity, czyli taki, którego przekroczenie może spowodować skutki, że  ojojoj 😦  Prawie przygotowane 15-sto stronicowe pisemko, nad którym naprawdę się napracowałam,  siedziało sobie w tym komputerze, a on mimo próśb i gróźb nie chciał odpalić. Kopii nie miałam, bo po co, a wizja tzw. nocki na napisanie tego pisma od nowa tak średnio mi się uśmiechała. Skończyło się na strachu, bo przyjechał mój kochany informatyk i  naprawił ten komputer.  Stres potrwał jednak około pięciu godzin i  aż sama byłam zdziwiona, jak silnie zareagował na niego mój organizm. Zjadłam od razu całą czekoladę. To taki standard na początek. Potem zaczął boleć mnie brzuch, to też standard, zresztą konsekwencja standardu nr 1. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca, nie potrafiłam robić nic innego.  No i to uczucie napięcia w zasadzie w całym ciele. To napięcie czasem boli. Stres boli.

Moje zdarzenie w tym tygodniu to był techniczny incydent. Ludziom zdarzają się przecież o wiele gorsze rzeczy niż to, co opisałam powyżej. Od około trzech lat nie stresuję się zresztą wcale aż tak  bardzo na co dzień, bo po prostu mniej pracuję, podjęłam taką decyzję.  Dzięki temu jestem spokojniejsza. Ale tak jakoś mi się przypomniało, że kiedyś tak właśnie się czułam prawie cały czas. Ten stan wydał mi się dziwnie znajomy, moje ciało go pamiętało i pewnie dlatego tak natychmiast przełączyło się na ten stresowy tryb. I aż zrobiło mi się samej siebie żal…

Nie chcę tu jednak wylewać żali tylko nad sobą. Nie tylko ja dużo pracuję/ pracowałam. W taki sposób funkcjonują w Polsce tysiące, jeżeli nie miliony osób. Tak sobie myślę, czy zasłużyliśmy na coś takiego. Ja akurat robię w podatkach, to trudna praca. Bywa trudna. Ale inni też mają trudną pracę, czasami odpowiedzialną o wiele bardziej niż moja. To zazwyczaj osoby, które były ambitne i zostały od dzieciaka odpowiednio pokierowane, żeby właśnie te trudniejsze prace w przyszłości wykonywać. No i co? No i pstro. Zamiast wielkiej satysfakcji i spełnienia jest tyrka, zmęczenie i ból. Jeszcze bezsenność na dokładkę. Co jest w zamian? Pieniądze? Owszem, są jakieś, ale nie wiem, czy rekompensują pakiet wymieniony powyżej. Zresztą – jakie pieniądze by zrekompensowały, nie wszystko da się na nie przeliczyć.

W międzyczasie sporo sobie poczytałam, no i generalnie na stres zalecana jest taka triada: sport, sen, seks. Kolejność jak kto woli. No cóż – skoro eksperci tak radzą, chyba coś w tym jest. Ponieważ lubię bawić się słowami, zaczęłam wymyślać sobie, jakie sposoby mogłabym dołożyć. Na S oczywiście. No to tak:

– SENS – jeżeli Twoja praca nie ma sensu dla Ciebie lub nie ma sensu w ogóle, wcześniej czy później stres z powodu jej wykonywania będzie gigantyczny

– SPÓJNOŚĆ – to bardzo ważne, żeby to, co robimy było zgodne z całą naszą osobą, z naszymi przekonaniami, z wartościami, które reprezentujemy. Wegetarianin nie powinien podejmować pracy w sklepie mięsnym, bo zwariuje. Wegetarianina w rzeźni nie chcę sobie nawet wyobrażać. Zresztą mi samej zdarzyło się odmówić współpracy z fermą norek, czułam, że muszę odmówić. Ciekawym pytaniem w kontekście zgody z własnymi wartościami jest praca minimalisty, czyli osoby kwestionującej nadmierną konsumpcję, w dziale marketingu.

– SYSTEM – a raczej działania systemowe. W moim przypadku wystarczyłoby przecież zrobić kopię na dysku zewnętrznym, czy nawet przesłać wstępną wersję mailem i byłabym dostatecznie przed całym stresem zabezpieczona. No cóż, jak zawsze się myśli, że się nic nie stanie. Podobnie jest w innych sytuacjach – niewielkie działania podjęte zawczasu pozwalają zazwyczaj uniknąć bardzo dużej części problemów. Jest taka biblijna przypowieść o pannach mądrych i głupich, choć w innym tłumaczeniu byli bardziej dyplomatyczni i nazwali tę przypowieść:  o  pannach roztropnych i nierozsądnych. No cóż – to ja chyba jestem ta nierozsądna 😉

– SATYSFAKCJA – na szczęście udaje mi  się czasem komuś  pomóc. To sprawia, że dalej robię to, co robię i zapominam o stresie, który temu towarzyszy

– małe SUKCESY –  od czasu do czasu musi być jakieś,  nawet małe osiągnięcie, które motywuje do dalszego działania. Najgorzej jest wykonywać ciągle to samo i to samo , bez żadnej odmiany, bez pochwały, bez nagrody. Rutyna zabija. I stresuje

– SPOKÓJ – łatwo powiedzieć. Ale warto w trudnych sytuacjach usiąść i porozmawiać,  może da się jakoś rozwiązać nasz problem. Zamiast od razu stawać na barykady i obmyślać strategie wojenne. Stresujemy wtedy sami siebie.

– SZACUNEK – gdyby ludzie mieli więcej szacunku do siebie nawzajem, wszystkim żyłoby się lepiej. Czasami warto też ugryźć się w język, zanim się kogoś obrazi. Właśnie z szacunku do niego. To też oszczędza stresu, obu stronom.

– SŁOŃCE – nie chodzi mi o leżenie plackiem na plaży, lecz o jak najczęstsze przebywanie na świeżym powietrzu i aktywowanie dzięki słońcu witaminy D – naturalnego antydepresantu. Oczywiście, jeżeli nie ma akurat okropnego zjawiska, też na literę S, czyli smogu.  Wakacje raz do roku w słoneczku też bardzo dobrze robią 🙂

Macie jeszcze jakieś pomysły na S na stres? … np. sernik? szarlotka? snickers? Czyli jednak SŁODYCZE. Nie jestem pewna, czy powinnam te słodycze akurat zamieścić na samym końcu, czy raczej na początku 😉

 

 

 

 

 

 

koncepcja new work

checklist-1266989_1280

Zostałam zaproszona na konferencję na temat new work. Termin zabrzmiał dla mnie enigmatycznie, bo przecież nie mogło chodzić o tłumaczenie tak banalne, że aż boli. Nie szukam pracy, nie myślę o zmianie zawodu. Ostatecznie na konferencję nie pojechałam, ale dostałam z niej materiały i okazało się, że to naprawdę coś nowego! Przynajmniej dla mnie.

New work to cała nowa koncepcja, trochę kolejny krok po osławionym work life balance, które powoli odchodzić będzie do lamusa. W sumie zawsze byłam dość zachowawcza wobec tego work life balance. Jeżeli kalendarz zapełniony jest terminami zaznaczonymi na czerwono, to nie mam przycisku w głowie, żeby myśli o tych terminach o 18-stej wyłączyć i poświęcać swoją uwagę tylko prywatnym sprawom. Z zastrzeżeniem oczywiście, że musi to być od razu quality time, bo inaczej  się nie liczy.  Przynajmniej mi się to tak nie przestawiało.

New work jest za to odpowiedzią na wkraczającą wielkimi krokami do naszego życia digitalizację. Raczej nie powstrzymamy tego procesu.  Wszelkim protestom przed przejmowaniem kolejnych czynności przez komputery, automaty i roboty wróżę taką samą szansę na powodzenie jak protestom tkaczek ręcznych w XIX w., gdy wprowadzano mechaniczne krosna.  New work uwzględnia także inne czynniki, jak globalizacja czy starzenie się społeczeństwa, digitalizacja i automatyzacja są jednak tymi najważniejszymi czynnikami. Zawierają się tu też takie terminy jak przemysł 4.0, pojazdy autonomiczne, sztuczna inteligencja itd.

O ile o wyzwaniach, jakie niesie ze sobą digitalizacja, słyszałam głównie w kontekście  bezwarunkowego dochodu gwarantowanego, to nie bardzo słyszałam/ czytałam dyskusje o tym, jak będzie wyglądało życie tych, którzy na rynku pracy pozostaną.

No bo właśnie, jak już całą naszą pracę przejmą komputery i automaty – to co będziemy robić? Jak wytłumaczyć dzieciom, że zawodów o wykonywaniu których marzą, najprawdopodobniej nie będzie, gdy skończą one szkołę? A idąc dalej – po co w ogóle mają chodzić do szkoły?! Ja chciałam być ekspedientką, a mój brat kombajnistą. I mimo że nie zrealizowaliśmy naszych dziecięcych planów, to co się w ten sklep i kombajn nabawiliśmy – to nasze 🙂 A teraz? Jak przekazać dzieciom, że tak w zasadzie nic nie wiadomo?  To w kogo one mają się bawić? 😉 Biedactwa 😉

New work przynajmniej podejmuje próbę odpowiedzi na pytania, na czym to zawodowe życie będzie w przyszłości polegało. Jednym z założeń tej koncepcji jest to, że praca powinna być przyjemnością, zaś środkiem do osiągnięcia tego celu ma być zmniejszenie wymiaru tej pracy.  Czyli docelowo pracować będziemy mniej niż teraz. Chyba jest coś na rzeczy, ponieważ duża ilość pracy i spiętrzenie zadań wywołują stres i powodują czasami tak duże zmęczenie, że praca, którą generalnie lubimy nie daje nam już żadnej radości.  Poza tym – rutyna zabija, wiadomo.  Z racji tego, że digitalizacja jest stopniowym procesem i cała ta zmiana nie dokona się z dziś na jutro, już jest możliwe wprowadzanie niektórych elementów koncepcji. A należą do nich np.:

  • poczucie sensu tj. wykonywanie tylko takiej pracy, która ma sens w ogóle i ma sens dla mnie (np. prawdziwe tworzenie czegoś  nowego, ale też np. pomoc drugiemu człowiekowi, czy wykonywanie czegoś pięknego – np. muzyki)
  • możliwość elastycznego kształtowania czasu i warunków pracy (czyli trochę to będzie szło w kierunku zbliżonym do freelance – tyle, że dla prawie wszystkich)
  • zarabianie pieniędzy przede wszystkim na realizację własnych celów i marzeń, ponieważ podstawowe potrzeby życiowe typu jedzenie, ubranie i niewielkie  mieszkanie pokryte będą przez bezwarunkowy dochód gwarantowany! (No zobaczymy)
  • inna organizacja pracy – skupiona przede wszystkim na projektach, a nie na czasie pracy do odsiedzenia
  • zniesienie smukłych struktur zarządzania (czyli takich, gdzie pracownik ma team leadera, a ten ma kierownika, ten z kolei ma dyrektora, a dyrektor jeszcze ma kogoś nad sobą)
  • większy szacunek dla osoby wykonującej pracę oraz docenienie jej kwalifikacji i wkładu, czyli autorytarnym szefom mówimy już dziękujemy 😉

Oczywiście, że całe to new work jest trochę taką utopią. Nie mam jednak nic przeciwko temu, żeby praca nie była jedynie obowiązkiem, za to była przede wszystkim polem do samorealizacji. Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyniknie.

Popatrzyłam sobie jeszcze raz na listę tych założeń i stwierdziłam, że według takich kryteriów jak:  poczucie sensu, samorealizacja, zarabianie godziwych pieniędzy, szacunek do drugiego człowieka czy brak autorytarnego zarządzania, praca powinna wyglądać już dzisiaj. Czy wygląda? To może dobrze, że digitalizacja to w końcu wymusi? Czas pokaże …

Za to na pewno w new work nie chodzi tylko o ładne biura, karnet na siłownię czy do lekarza. Niektórzy myślą, że na tym ta koncepcja ma polegać, ale to zdecydowanie za mało. Najważniejszy element new work znajduje się w głowie.

 

 

 

 

 

Kobieta i praca

american-3644081_1920

Oczywiście, że jestem za równouprawnieniem kobiet i mężczyzn oraz za umiarkowanym gender. Umiarkowanym, bo z „genderowaniem” – jak ze wszystkim – można się zagalopować za daleko. W ostatniej firmie, w której pracowałam, odbywało się wszystko zgodnie z zasadami gender, a polegało  to m.in.  na tym, że żaden facet nie pomógł kobiecie przynieść krzesła 😉  Do tego jeden z kolegów z uśmieszkiem konstatował – same o to walczyłyście! Owszem, inne rzeczy też były przyznawane raczej sprawiedliwie. Nie mogłyśmy narzekać na dyskryminację ze względu na płeć. Dostawałyśmy równie ambitne zadania i siedziałyśmy równo z kolegami do 19-stej lub później.

Oczywiście, że za równą pracę powinna przysługiwać równa zapłata. Ale no właśnie – za taką samą pracę. Jestem kobietą, a śmieszą mnie roszczenia kobiet o przyznanie parytetów w zarządach spółek giełdowych. Dlaczego jakoś nie słyszę żądań o ustanowienie parytetów w rzeźniach, kopalniach, czy na budowach. Jak równo – to równo. Bardzo fajne jest też powiedzenie, że równouprawnienie kończy się, gdy trzeba wnieść lodówkę na czwarte piętro. Jest w nim zawarte w zasadzie wszystko. Tak w sumie to jestem za tym, żeby te najbardziej roszczeniowe kobiety postawić na tych wysokich stanowiskach, do których aspirują. Tak na próbę. Ale po pół roku rzetelnie i bez taryfy ulgowej  rozliczyć z efektów. Bardzo ciekawe, co by wyszło z takiego eksperymentu …

Patrząc na to z drugiej strony   – obecnie stworzony jest taki wzorzec osoby profesjonalnej – czyli takiej, która wykonuje swoje obowiązki na wysokim poziomie, a to czy jest kobietą, czy mężczyzną,  nie ma przy tym najmniejszego znaczenia. Nie macie jednak wrażenia, że te wszystkie korpo działają według jednej matrycy – stworzonej przez mężczyzn i dla mężczyzn?  Te wszystkie procedury, targety, plany, schedule itd.  a potem sprawdzanie ich wykonania  – to jest takie „twarde”,  no męskie po prostu. A my, kobiety, chcąc spełnić stawiane wobec nas oczekiwania, musimy się do tego męskiego wzorca po prostu dostosować. Jest troszkę … jak w wojsku?  Trzeba wykonywać polecenia i słuchać przełożonych. Czy tylko mi się tak wydaje?

Ja w ogóle przez długi czas uważałam coś takiego za normalną sprawę, myślałam, że tak musi być i bardzo starałam się być taka profesjonalna, taka fachowa, taka zostawiająca emocje i moje prywatne sprawy za progiem firmy.  I jako ta profesjonalistka właśnie uczestniczyłam pewnego razu w spotkaniu, na którym byłam obecna ja i pięciu mężczyzn. Czyli żadnej innej kobiety. Nie, nie będę szła w tę stronę, że oni  mnie gorzej traktowali, uważali za nierówną sobie. Nie, ponieważ tak nie było. Nie było też żadnych seksistowskich uwag, też nie w tym rzecz. To raczej ja poczyniłam wtedy bardzo ważną dla mnie obserwację. Na tym spotkaniu musiało być znalezione rozwiązanie pewnego problemu i każdy poproszony został o swoją propozycję rozwiązania. Ostatecznie zostały wybrane dwie koncepcje, reprezentowane przez dwóch panów. Spotkanie przedłużało się, była już 19-sta, potem 20- sta, potem 21-sza. Przez ten czas panowie spierali się, która z tych koncepcji powinna zostać wdrożona. Tak sobie siedziałam i patrzyłam na ten ich pojedynek – werbalny i pozawerbalny. Bo te ich pozy, te miny, te gesty – to był po prostu niezły teatr. Tu już nie chodziło o znalezienie najlepszego rozwiązania, ale wyłącznie o przeforsowanie MOJEGO rozwiązania – czyli koncepcji jednego lub drugiego z panów. Chodziło o  pokonanie rywala, do tego się to wszystko sprowadzało. To właśnie wtedy pomyślałam sobie, że my, kobiety nie do końca do takiego wzorca pasujemy. Bo o tej 21-szej mi już naprawdę było wszystko jedno, która koncepcja zostanie wybrana. Ja chciałam już tylko iść do domu. A gdybym miała np. chore dziecko w tym czasie? To już w ogóle o niczym innym nie potrafiłabym myśleć. Ci faceci za to byli zaangażowani w tę rozgrywkę na 200 % mimo późnej pory. Inne sprawy dla nich na ten moment nie istniały. No i rywalizacja – oni to mają po prostu we krwi, a my niekoniecznie.  Mamy za to wrażliwość, a oni niekoniecznie 😦 To na pewno nie jest cecha specjalnie pożądana w korpo.

Krótko po tym spotkaniu stwierdziłam, że nie chcę dłużej tam pracować. Że tam po prostu nie pasuję. Nie śmiem twierdzić oczywiście, że kobiety w ogóle nie powinny pracować korpo. To zależy od indywidualnych predyspozycji, uwarunkowań, własnych oczekiwań. Sama uważam czas spędzony w korpo za ważny  etap, podczas którego bardzo dużo się nauczyłam. Ale właśnie – etap. Przez 15 czy 20 lat na pewno bym tam nie wytrzymała, bo się do tego psychicznie nie nadaję.

Teraz jestem wolnym strzelcem i dobrze mi z tym. Nie brakuje oczywiście sytuacji, gdy z kolei klienci stawiają twarde (czytaj męskie) wymagania i próbują to wyegzekwować.  Dotyczy to zwłaszcza terminów wykonania. Zawsze mówię, że są terminy i terminy. Te pierwsze to tzw. terminy zawite, których przekraczać absolutnie nie wolno, ponieważ czynność dokonana po tym terminie byłaby bezskuteczna. Te drugie terminy dotyczą sytuacji, kiedy ON (tzn. klient) coś chce, a ja mam to robić, bo on mi płaci. Miałam raz taką sytuację, że klient nakrzyczał na mnie, bo nie przesłałam mu opracowania obiecanego trzy dni wcześniej. To nie tak, że nie chciałam tego zrobić. Nie dałam rady, miałam gorszy dzień, bolała mnie głowa, nie miałam koncepcji, żeby to napisać itd. – cokolwiek. No cóż, to co wtedy odpowiedziałam temu panu dalekie było od profesjonalnych standardów. A powiedziałam mniej więcej coś takiego: proszę na mnie nie krzyczeć, tylko proszę wziąć pod uwagę, że jestem kobietą, w związku z czym – jeżeli Pan będzie na mnie krzyczał – zaraz się tu Panu rozhisteryzuję jak baba i w rezultacie w ogóle tego nie zrobię.

Podziałało. Uspokoił się. A może się przestraszył, bo wiedział, co oznacza babska histeria 😉 Od tego momentu relacja z tym klientem uległa zdecydowanemu … polepszeniu. Ostatecznie powstało dobre opracowanie, a klient oprócz zapłaty faktury przyniósł jeszcze kwiaty i przeprosił za swoje zachowanie.

Dziewczyny – nie dajmy się! I proszę – nie pozwólmy, aby profesjonalizm przysłonił kobiecość. U mnie tak było przez jakiś czas. Naprawdę nie warto. Na szczęście się ocknęłam 🙂

 

 

 

a może tak przestać w końcu udawać

successful-2668386_1920

 

Jestem chyba z tych,  co dali się nabrać.

Możesz wszystko. Trzeba tylko chcieć.  Wszystko zależy od Ciebie. Każdy jest kowalem swojego losu. Get motivated. Świat stoi przed Tobą otworem. Zobacz, temu/ tej się udało. Dobrze się uczysz, nie zmarnuj tego. Wytrwałością i pracą ludzie się bogacą. My nie mieliśmy takich możliwości, ale Wy musicie wykorzystać swoją szansę na lepsze życie. Bez pracy nie ma kołaczy. Trzeba być kimś, bo inaczej ludzie nie będą Cię szanować. Niczym się nie różnicie od swoich rówieśników z Zachodu (powiedziane gdzieś około roku 2005 – ktoś miał tu naprawdę duże poczucie humoru). Najpierw musisz mieć to i to i to. Jak już to osiągniesz, to będziesz mieć dobre życie.    …   i cały ten stek bzdur. Jeszcze sporo hasełek można by tu dorzucić.

Czytaj dalej „a może tak przestać w końcu udawać”

czy jesteśmy ofiarami merytokracji

entrepreneur-2275739_1920

Obejrzałam sobie niedawno „Ziemię obiecaną” w  reż. Andrzeja Wajdy.  W liceum czytałam książkę, film też już widziałam. Będąc jednak życiowo dojrzalsza i znając realia świata pracy – co prawda XXI a nie XIX wieku – dostrzegłam w tym świetnym filmie zupełnie inne rzeczy.  Główny bohater – Karol Borowiecki –  jest negatywną postacią. Bezwzględny, nieczuły, cyniczny.

Czytaj dalej „czy jesteśmy ofiarami merytokracji”