koncepcja new work

checklist-1266989_1280

Zostałam zaproszona na konferencję na temat new work. Termin zabrzmiał dla mnie enigmatycznie, bo przecież nie mogło chodzić o tłumaczenie tak banalne, że aż boli. Nie szukam pracy, nie myślę o zmianie zawodu. Ostatecznie na konferencję nie pojechałam, ale dostałam z niej materiały i okazało się, że to naprawdę coś nowego! Przynajmniej dla mnie.

New work to cała nowa koncepcja, trochę kolejny krok po osławionym work life balance, które powoli odchodzić będzie do lamusa. W sumie zawsze byłam dość zachowawcza wobec tego work life balance. Jeżeli kalendarz zapełniony jest terminami zaznaczonymi na czerwono, to nie mam przycisku w głowie, żeby myśli o tych terminach o 18-stej wyłączyć i poświęcać swoją uwagę tylko prywatnym sprawom. Z zastrzeżeniem oczywiście, że musi to być od razu quality time, bo inaczej  się nie liczy.  Przynajmniej mi się to tak nie przestawiało.

New work jest za to odpowiedzią na wkraczającą wielkimi krokami do naszego życia digitalizację. Raczej nie powstrzymamy tego procesu.  Wszelkim protestom przed przejmowaniem kolejnych czynności przez komputery, automaty i roboty wróżę taką samą szansę na powodzenie jak protestom tkaczek ręcznych w XIX w., gdy wprowadzano mechaniczne krosna.   New work uwzględnia także inne czynniki, jak np. globalizacja czy starzenie się społeczeństwa, digitalizacja i automatyzacja są jednak tymi najważniejszymi czynnikami. Zawierają się tu też takie terminy jak przemysł 4.0, pojazdy autonomiczne, sztuczna inteligencja itd.

O ile o wyzwaniach, jakie niesie ze sobą digitalizacja, słyszałam głównie w kontekście  bezwarunkowego dochodu gwarantowanego, to nie bardzo słyszałam/ czytałam dyskusje o tym, jak będzie wyglądało życie tych, którzy na rynku pracy pozostaną.

No bo właśnie, jak już całą naszą pracę przejmą komputery i automaty – to co będziemy robić? Jak wytłumaczyć dzieciom, że zawodów o wykonywaniu których marzą, najprawdopodobniej nie będzie, gdy skończą one szkołę? A idąc dalej – po co w ogóle chodzić do szkoły?! Ja chciałam być ekspedientką, a mój brat kombajnistą. I mimo że nie zrealizowaliśmy naszych dziecięcych planów, to można było sobie siebie wyobrazić, można było się w te przyszłe role bawić! A teraz? Jak przekazać dzieciom, że tak w zasadzie nic nie wiadomo?  To w kogo one mają się bawić? 😉 Biedactwa 😉

New work przynajmniej podejmuje próbę odpowiedzi na pytania, na czym to zawodowe życie będzie w przyszłości polegało. Ponieważ digitalizacja jest stopniowym procesem i cała ta zmiana nie dokona się z dziś na jutro, już jest możliwe wprowadzanie niektórych elementów koncepcji. A należą do nich np.:

  • poczucie sensu tj. wykonywanie tylko takiej pracy, która ma sens w ogóle i ma sens dla mnie (np. prawdziwe tworzenie czegoś zupełnie nowego, ale też np. pomoc innemu człowiekowi, czy wykonywanie czegoś pięknego – np. muzyki)
  • możliwość elastycznego kształtowania czasu i warunków pracy (czyli trochę to będzie szło w kierunku zbliżonym do freelance – tyle, że dla prawie wszystkich)
  • zarabianie pieniędzy przede wszystkim na realizację własnych celów i marzeń, ponieważ zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych typu jedzenie, ubranie i mieszkanie nie powinno stanowić żadnego problemu
  • inna organizacja pracy – skupiona przede wszystkim na projektach, a nie na czasie pracy do odsiedzenia
  • zniesienie smukłych struktur zarządzania (czyli takich, gdzie pracownik ma team leadera, a ten ma kierownika, ten z kolei ma dyrektora, a dyrektor jeszcze ma kogoś nad sobą)
  • większy szacunek dla osoby wykonującej pracę oraz docenienie jej kwalifikacji i wkładu, czyli autorytarnym szefom mówimy już dziękujemy 😉

Oczywiście, że całe to new work jest trochę taką utopią. Nie mam jednak nic przeciwko temu, żeby praca nie była jedynie obowiązkiem, za to była przede wszystkim polem do samorealizacji. Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyniknie 🙂

Popatrzyłam sobie jeszcze raz na listę tych założeń i stwierdziłam, że według takich kryteriów jak:  poczucie sensu, samorealizacja, zarabianie godziwych pieniędzy, szacunek czy brak autorytarnego zarządzania, praca powinna wyglądać już dzisiaj. Czy wygląda? To może dobrze, że digitalizacja to w końcu wymusi? Czas pokaże …

 

 

 

 

Kobieta i praca

american-3644081_1920

Oczywiście, że jestem za równouprawnieniem kobiet i mężczyzn oraz za umiarkowanym gender. Umiarkowanym, bo z „genderowaniem” – jak ze wszystkim – można się zagalopować za daleko. W ostatniej firmie, w której pracowałam, odbywało się wszystko zgodnie z zasadami gender, a polegało  to m.in.  na tym, że żaden facet nie pomógł kobiecie przynieść krzesła 😉  Do tego jeden z kolegów z uśmieszkiem konstatował – same o to walczyłyście! Owszem, inne rzeczy też były przyznawane raczej sprawiedliwie. Nie mogłyśmy narzekać na dyskryminację ze względu na płeć. Dostawałyśmy równie ambitne zadania i siedziałyśmy równo z kolegami do 19-stej lub później.

Oczywiście, że za równą pracę powinna przysługiwać równa zapłata. Ale no właśnie – za taką samą pracę. Jestem kobietą, a śmieszą mnie roszczenia kobiet o przyznanie parytetów w zarządach spółek giełdowych. Dlaczego jakoś nie słyszę żądań o ustanowienie parytetów w rzeźniach, kopalniach, czy na budowach. Jak równo – to równo. Bardzo fajne jest też powiedzenie, że równouprawnienie kończy się, gdy trzeba wnieść lodówkę na czwarte piętro. Jest w nim zawarte w zasadzie wszystko. Tak w sumie to jestem za tym, żeby te najbardziej roszczeniowe kobiety postawić na tych wysokich stanowiskach, do których aspirują. Tak na próbę. Ale po pół roku rzetelnie i bez taryfy ulgowej  rozliczyć z efektów. Bardzo ciekawe, co by wyszło z takiego eksperymentu …

Patrząc na to z drugiej strony   – obecnie stworzony jest taki wzorzec osoby profesjonalnej – czyli takiej, która wykonuje swoje obowiązki na wysokim poziomie, a to czy jest kobietą, czy mężczyzną,  nie ma przy tym najmniejszego znaczenia. Nie macie jednak wrażenia, że te wszystkie korpo działają według jednej matrycy – stworzonej przez mężczyzn i dla mężczyzn?  Te wszystkie procedury, targety, plany, schedule itd.  a potem sprawdzanie ich wykonania  – to jest takie „twarde”,  no męskie po prostu. A my, kobiety, chcąc spełnić stawiane wobec nas oczekiwania, musimy się do tego męskiego wzorca po prostu dostosować. Jest troszkę … jak w wojsku?  Trzeba wykonywać polecenia i słuchać przełożonych. Czy tylko mi się tak wydaje?

Ja w ogóle przez długi czas uważałam coś takiego za normalną sprawę, myślałam, że tak musi być i bardzo starałam się być taka profesjonalna, taka fachowa, taka zostawiająca emocje i moje prywatne sprawy za progiem firmy.  I jako ta profesjonalistka właśnie uczestniczyłam pewnego razu w spotkaniu, na którym byłam obecna ja i pięciu mężczyzn. Czyli żadnej innej kobiety. Nie, nie będę szła w tę stronę, że oni  mnie gorzej traktowali, uważali za nierówną sobie. Nie, ponieważ tak nie było. Nie było też żadnych seksistowskich uwag, też nie w tym rzecz. To raczej ja poczyniłam wtedy bardzo ważną dla mnie obserwację. Na tym spotkaniu musiało być znalezione rozwiązanie pewnego problemu i każdy poproszony został o swoją propozycję rozwiązania. Ostatecznie zostały wybrane dwie koncepcje, reprezentowane przez dwóch panów. Spotkanie przedłużało się, była już 19-sta, potem 20- sta, potem 21-sza. Przez ten czas panowie spierali się, która z tych koncepcji powinna zostać wdrożona. Tak sobie siedziałam i patrzyłam na ten ich pojedynek – werbalny i pozawerbalny. Bo te ich pozy, te miny, te gesty – to był po prostu niezły teatr. Tu już nie chodziło o znalezienie najlepszego rozwiązania, ale wyłącznie o przeforsowanie MOJEGO rozwiązania – czyli koncepcji jednego lub drugiego z panów. Chodziło o  pokonanie rywala, do tego się to wszystko sprowadzało. To właśnie wtedy pomyślałam sobie, że my, kobiety nie do końca do takiego wzorca pasujemy. Bo o tej 21-szej mi już naprawdę było wszystko jedno, która koncepcja zostanie wybrana. Ja chciałam już tylko iść do domu. A gdybym miała np. chore dziecko w tym czasie? To już w ogóle o niczym innym nie potrafiłabym myśleć. Ci faceci za to byli zaangażowani w tę rozgrywkę na 200 % mimo późnej pory. Inne sprawy dla nich na ten moment nie istniały. No i rywalizacja – oni to mają po prostu we krwi, a my niekoniecznie.  Mamy za to wrażliwość, a oni niekoniecznie 😦 To na pewno nie jest cecha specjalnie pożądana w korpo.

Krótko po tym spotkaniu stwierdziłam, że nie chcę dłużej tam pracować. Że tam po prostu nie pasuję. Nie śmiem twierdzić oczywiście, że kobiety w ogóle nie powinny pracować korpo. To zależy od indywidualnych predyspozycji, uwarunkowań, własnych oczekiwań. Sama uważam czas spędzony w korpo za ważny  etap, podczas którego bardzo dużo się nauczyłam. Ale właśnie – etap. Przez 15 czy 20 lat na pewno bym tam nie wytrzymała, bo się do tego psychicznie nie nadaję.

Teraz jestem wolnym strzelcem i dobrze mi z tym. Nie brakuje oczywiście sytuacji, gdy z kolei klienci stawiają twarde (czytaj męskie) wymagania i próbują to wyegzekwować.  Dotyczy to zwłaszcza terminów wykonania. Zawsze mówię, że są terminy i terminy. Te pierwsze to tzw. terminy zawite, których przekraczać absolutnie nie wolno, ponieważ czynność dokonana po tym terminie byłaby bezskuteczna. Te drugie terminy dotyczą sytuacji, kiedy ON (tzn. klient) coś chce, a ja mam to robić, bo on mi płaci. Miałam raz taką sytuację, że klient nakrzyczał na mnie, bo nie przesłałam mu opracowania obiecanego trzy dni wcześniej. To nie tak, że nie chciałam tego zrobić. Nie dałam rady, miałam gorszy dzień, bolała mnie głowa, nie miałam koncepcji, żeby to napisać itd. – cokolwiek. No cóż, to co wtedy odpowiedziałam temu panu dalekie było od profesjonalnych standardów. A powiedziałam mniej więcej coś takiego: proszę na mnie nie krzyczeć, tylko proszę wziąć pod uwagę, że jestem kobietą, w związku z czym – jeżeli Pan będzie na mnie krzyczał – zaraz się tu Panu rozhisteryzuję jak baba i w rezultacie w ogóle tego nie zrobię.

Podziałało. Uspokoił się. A może się przestraszył, bo wiedział, co oznacza babska histeria 😉 Od tego momentu relacja z tym klientem uległa zdecydowanemu … polepszeniu. Ostatecznie powstało dobre opracowanie, a klient oprócz zapłaty faktury przyniósł jeszcze kwiaty i przeprosił za swoje zachowanie.

Dziewczyny – nie dajmy się! I proszę – nie pozwólmy, aby profesjonalizm przysłonił kobiecość. U mnie tak było przez jakiś czas. Naprawdę nie warto. Na szczęście się ocknęłam 🙂

 

 

 

a może tak przestać w końcu udawać

successful-2668386_1920

 

Jestem chyba z tych,  co dali się nabrać.

Możesz wszystko. Trzeba tylko chcieć.  Wszystko zależy od Ciebie. Każdy jest kowalem swojego losu. Get motivated. Świat stoi przed Tobą otworem. Zobacz, temu/ tej się udało. Dobrze się uczysz, nie zmarnuj tego. Wytrwałością i pracą ludzie się bogacą. My nie mieliśmy takich możliwości, ale Wy musicie wykorzystać swoją szansę na lepsze życie. Bez pracy nie ma kołaczy. Trzeba być kimś, bo inaczej ludzie nie będą Cię szanować. Niczym się nie różnicie od swoich rówieśników z Zachodu (powiedziane gdzieś około roku 2005 – ktoś miał tu naprawdę duże poczucie humoru). Najpierw musisz mieć to i to i to. Jak już to osiągniesz, to będziesz mieć dobre życie.    …   i cały ten stek bzdur. Jeszcze sporo hasełek można by tu dorzucić.

Czytaj dalej „a może tak przestać w końcu udawać”

czy jesteśmy ofiarami merytokracji

entrepreneur-2275739_1920

Obejrzałam sobie niedawno „Ziemię obiecaną” w  reż. Andrzeja Wajdy.  W liceum czytałam książkę, film też już widziałam. Będąc jednak życiowo dojrzalsza i znając realia świata pracy – co prawda XXI a nie XIX wieku – dostrzegłam w tym świetnym filmie zupełnie inne rzeczy.  Główny bohater – Karol Borowiecki –  jest negatywną postacią. Bezwzględny, nieczuły, cyniczny.

Czytaj dalej „czy jesteśmy ofiarami merytokracji”

Stabilizacja

children-2487845_1920

Kobieta uważająca na dziewczynki na powyższej uproszczonej grafice bardziej wydaje się być ich opiekunką ew. guwernantką  niż mamą. Mama pewnie w pracy. Tata oczywiście też. Gdzieś tu:

planning-2899922_1920

Tata wraca z pracy jeszcze później niż mama. Ktoś musi zarobić na ten dom, na dwa samochody, na zagraniczne wakacje, na opiekunkę i  na prywatną szkołę dla dzieci. I jeszcze na karmę dla kota 😉

Czytaj dalej „Stabilizacja”

corporate wellness – od czego zacząć

action-2277292_1920

W samej idei corporate wellness generalnie chodzi o osiągnięcie dobrostanu (well-being) w miejscu pracy. Efektem ubocznym może być  także polepszenie jakości  życia na pozostałych płaszczyznach – choć za to akurat pracodawca w całości  odpowiadać nie może.  Dotyczy to zarówno fizycznego samopoczucia, jak i strony emocjonalnej.

Czytaj dalej „corporate wellness – od czego zacząć”