WODA

rain-455124_1920

Wczoraj obchodziliśmy Światowy  Dzień Wody. W Polsce sytuacja z wodą naprawdę jest niewesoła, mamy porównywalne zasoby wody pitnej co Egipt a z krajów europejskich jesteśmy pod tym względem trzeci od końca. Nie zanosi się niestety na poprawę,  naukowcy mówią już o pustynnieniu centralnej Polski. Coś musi być na rzeczy. W Wielkopolsce, gdzie mieszkam,  ziemia jest bardzo drenowana z wody przez intensywne rolnictwo i w rezultacie z roku na rok jest coraz bardziej sucho. To się czuje i widzi – np. po postępującej eutrofizacji jezior, które stają się coraz mniejsze i mniejsze. Bardzo suchym rokiem był rok 2015, akurat w końcówce lata tego roku leciałam do Moskwy i miałam okazję zaobserwować sobie Wisłę z góry. Widok był żałosny, ponieważ Wisła wtedy prawie wyschła. Były widoczne białe połacie piasku i jedynie zakola wody. Pomyślałam sobie wtedy – to ma być królowa polskich rzek? Na tamten moment tytuł ten był mocno, mocno wątpliwy. Czyli to naprawdę nie jest tylko takie straszenie, że wody może kiedyś w Polsce zabraknąć. Może nie całkiem, bo nie jesteśmy jednak Afryką, ale już np. ograniczenie dostępności wody mogę sobie za jakieś 20 lat wyobrazić.

Z okazji światowego dnia wody padały oczywiście też propozycje, jak oszczędzać wodę. Czyli standard: perlator w kranie, zakręcanie wody podczas mycia zębów, prysznic zamiast wanny. Tylko że te pomysły po pierwsze są mocno wyświechtane, a po drugie – to takie trochę mydlenie oczu.  Daje się ludziom złudne poczucie sprawczości i przedstawia sprawę tak, że oszczędność wody to oszczędność na rachunkach. Owszem, gdyby wszyscy ludzie  stosowali się do tych zaleceń, byłby jakiś efekt, jakaś oszczędność. To wszystko to jednak jedynie bardzo powierzchowne działania, nie docierające do sedna problemu i tym samym go nie rozwiązujące. Nie oszczędzimy znacząco wody, nie traktując jej jako zasobu. Wspólnego nas wszystkich. Bieżące rachunki za wodę mają przy tym najmniejsze znaczenie.

Jak nie wiadomo o co chodzi … to w zasadzie wiadomo. Chodzi zawsze o kasę. Tak naprawdę jednymi z największych winowajców jeżeli chodzi o kurczenie się zasobów wody są przemysł odzieżowy i przemysł mięsny.  Ktoś za tym stoi i nieźle sobie zarabia (a nawet bardzo nieźle), no i jakoś nie ma powszechnych kampanii – kupuj mniej rzeczy, jedz mniej mięsa albo w ogóle z niego zrezygnuj. Do tego te lamenty, że konsumpcja może spaść, przez co mniejsze będą wpływy z  podatków i wszystkim będzie żyło się gorzej. Czy na pewno gorzej? A może inaczej. Na  pewno zdrowiej. Może trochę wolniej. Na pewno chcemy biec jeszcze szybciej? Dokąd w zasadzie biegniemy? Ile może jeszcze rosnąć konsumpcja, o ile rozwój nie jest zrównoważony.  Bo niestety nie jest 😦

Wśród pomysłów na oszczędzanie wody znalazłam jednak dwie „perełki”. Pierwsza to niekoszenie trawnika latem, ew. koszenie o wiele rzadsze. W sumie to logiczne – trawa mimo że niepozorna to też masa zielona, ma to znaczenie zwłaszcza w mieście. Ona też gromadzi wodę i chłodzi otoczenie. Podczas koszenia źdźbła (ach jakie piękne słowo!) zostają przecięte, odcięta część od razu obumiera i usycha, a ta pozostała, która rośnie – musi ostro walczyć o to, żeby przeżyć. Do tej walki potrzebuje oczywiście wody. To można zauważyć gołym okiem – tam gdzie trawniki są regularnie koszone, trzeba je też ciągle podlewać, żeby były zielone. Inaczej uschną. Za to dziko rosnąca sobie trawka jakoś sobie radzi. Nie jest może tak piękna i równa, jak hodowane trawniki, ale – pomijając pory ekstremalnej suszy – potrafi przeżyć, mimo że podlewa ją wyłącznie deszcz. Ludzie działają niestety na autopilocie i nie myślą. Trawę kosi się regularnie co tydzień  (a tak najlepiej to o siódmej rano w sobotę, czemu nie), a potem trzeba ją podlewać, przecież to normalne. Czy coś wielkiego by się stało, gdyby tę trawę skosić raz na dwa, a nawet raz na trzy tygodnie? Czy to byłby aż tak wielki dyskomfort? Wizualny czy jakiś inny, w sumie nie wiem jaki. No cóż, niektórzy tak mają, że taka o 1,5 cm za wysoka trawa naprawdę im przeszkadza 😦

A drugi sposób na oszczędzanie wody i to w kontekście mocno  globalnym – to niekupowanie tanich marketowych ciętych kwiatów, zwłaszcza róż. Kwiaty te hodowane są w przeważającej mierze w Afryce. Do ich uprawy zużywa się ogromne ilości wody, której w Afryce i tak jest jak na lekarstwo. Do upraw wykorzystuje się też mnóstwo chemikaliów, które dodatkowo zatruwają wody gruntowe, czyli wody zdatnej do użytku jest jeszcze mniej.  Ciekawy przykład. Także w kontekście kryzysu migracyjnego. Podobno największa fala uchodźców jest przed jeszcze przed nami, bo przyjdą oni do Europy  nie tylko po zasiłki, ale przede wszystkim po wodę. Gdy Afryka wysuszy się już całkiem na skwarkę. To może nie róbmy im tej skwarki. Warto czasem pomyśleć. Tanie róże z supermarketu to tylko jeden z tysiąca przykładów na to, jak wszyscy jesteśmy połączeni. Taki „efekt motyla” trochę mi wyszedł. Ale tak jest.

earth-2214024_1280