zwierzęta domowe

IMG_0904

To jest Toudi, mój pies. Toudi jest znajdą, biegał w lesie. Nie znalazłam go sama, aż tak tkliwa historia to nie będzie. W pewnym momencie po prostu spotkały się nasze potrzeby – on potrzebował domu, a ja bardzo potrzebowałam kogoś, kim mogłabym się zaopiekować. No i tak jesteśmy ze sobą już sześć lat. Przygarnięcie Toudiego było impulsem, nie myślałam wtedy za dużo. Kocham go bardzo, ale czy po raz drugi zaprosiłabym go pod swój dach?  ….. yyyyyy ….  nie wiem.

Nie wiem, bo jestem bardzo świadoma odpowiedzialności za niego. Często myślę, że mógłby znaleźć lepszy dom. Żal mi go, bo siedzi zamknięty w mieszkaniu 8 godzin. Wiem, jak bardzo lubi biegać luzem, a w mieście jest to niemożliwe. Ponieważ  trafił mi się akurat mały awanturnik, co drze mordę i lubi coś dziabnąć (np. kreta albo jeża!)  – jestem też odpowiedzialna za to, żeby nie dziabnął kogoś. Dodatkowo – ponieważ pies jest z natury zwierzęciem stadnym, behawioryści twierdzą, że jeżeli ktoś decyduje się na posiadanie psa, od razu powinien wziąć przynajmniej dwa. Bo one zupełnie inaczej wtedy funkcjonują, po prostu bardziej są sobą. Ja wiem, że Toudi nigdy nie będzie miał w domu towarzystwa, bo nie mogę sobie na to pozwolić.

Generalnie psiak daje dużo radości – ogonek merdający tak szybko, że prawie go nie widać naprawdę poprawi humor w najbardziej podły dzień. No i gwarantowana porcja codziennego ruchu – to też korzyść nie do przecenienia. Czyli wszystko super 🙂 Czy zawsze? … no nie. Nie jest super, gdy jestem chora i muszę z gorączką wyprowadzać go  przy mroźnej pogodzie. Nie jest super, gdy szantażuje mnie, jeżeli chcę wieczorem wyjść. Łajdak jeden kładzie się wtedy Rejtanem w drzwiach i łypie na mnie szelmowsko 😉 😉 😉  Nie jest super, gdy zrobi w domu coś brzydkiego i trzeba to posprzątać. Że na beżowy dywan to już w ogóle szczegół. Nie jest super, że nie można podjąć spontanicznej decyzji o wyjeździe nawet na dwa dni, bo trzeba taki wyjazd logistycznie dograć, stawiając oczywiście na pierwszym miejscu opiekę nad Toudim 🙂

Czyli łyżka dziegciu w beczce miodu. Pewnie jak ze wszystkim. Może doszukuję się na siłę.  Ja w ogóle uważam jednak, że w Polsce trzyma się za dużo psów. Spokojnie, nie chcę fundować zbiorowej psiej eutanazji. Ale jestem przeciwna hodowlom psów (a już zwłaszcza pseudo-hodowlom) i uczynieniu z tego źródła niemałego zarobku. Czyli zamiast wydawać kilka tysięcy na rasowego szczeniaka można zaadoptować kundelka. (Jak widzicie, Toudi jest małą uroczą pokraką z krótkimi nóżkami  i taki jest dla mnie najpiękniejszy :-)) Zaopiekowany kundelek nie będzie też w niekontrolowany sposób się rozmnażał i ta psia populacja powoli, powoli, ale jednak w sposób całkowicie naturalny zmniejszałaby się i docelowo można by zamknąć schroniska. Ech, marzenie…  Jestem też przeciwna braniu psa dla zaspokojenia tylko własnych potrzeb. Jako maskotkę lub jako … no właśnie, jako co? Zapytałam raz mojego znajomego, który ma bulteriera, po co mu taki pies. Odpowiedź brzmiała: bo jak z nim idę, to nikt mi nie podejdzie. No na pewno, nikt nie podejdzie. Tylko … czego boi się właściciel?  Przecież w Polsce nie jest znowu aż tak niebezpiecznie, żeby konieczne były takie atrybuty! Chyba bardziej chodzi tu jednak o zachwiane wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa, brakujące poczucie własnej wartości i trzeba je sobie dorobić bulterierem.  No to takiemu czemuś też jestem zdecydowanie przeciwna.

Odkąd mam psa, bardziej dotarł do mnie też ten dysonans, polegający na tym, że ludzie personalizują zwierzęta domowe, kochają je i traktują jak członków rodziny, a jednocześnie jedzą mięso (ja akurat ograniczam się do kilku razy w roku, no ale jednak jem). Jakoś wypiera się ze świadomości to cierpienie fundowane zwierzętom, abyśmy mogli najeść się my i … nasze zwierzęta. Branża pet food to naprawdę spory biznes. Ponieważ jestem mocno eko, odczuwam sporą irytację, widząc  w sklepie zoologicznym np.  karmę z kangura, czy  ze strusia,  które musiały przelecieć pół świata, żeby zaspokoić podniebienie czyjegoś pupila. Czy pupil to doceni? Wątpię.  Sama zresztą nie jestem święta. Wiedząc jak bardzo  szkodliwa dla środowiska jest hodowla bydła mięsnego, sama nie jem wołowiny, ale  Toudiemu kupuję puszki … z wołowiną. Bo lubi. No i takie właśnie sprzeczności mną targają. Chyba zawsze są dwie strony medalu.

 

 

 

ograniczenie spożycia mięsa

bacon-2766375_1920

Nie jestem 100 % wegetarianką. Od czasu do czasu zjem mięso, ale dzieje się to jedynie okazjonalnie. Nie będę też nikogo kategorycznie przekonywać do całkowitej rezygnacji z mięsa, bo znam argumenty, które padają podczas takich dyskusji. Zdecydowanie najbardziej z nich podoba mi się ten: MIĘSO TRZEBA JEŚĆ. I na tym rozmowa się kończy. Owszem, mięso ma niekwestionowane zalety, takie jak dostarczanie ważnych składników odżywczych, przede wszystkim białka, żelaza i witaminy B12. Jedno jest jednak pewne – ludzie jedzą mięsa zdecydowanie za dużo.

Czytaj dalej „ograniczenie spożycia mięsa”