jak nie spaść z wysokiego konia

mammal-3330882_1920

Aby nie spaść z wysokiego konia – należy na niego nie wsiadać. Brawo, pięć punktów za błyskotliwą odpowiedź 😉 A tak na poważnie to od dzieciństwa jesteśmy stymulowani do osiągnięcia czegoś w przyszłości. W zasadzie w dorosłym życiu  nie jest inaczej. Możliwości rozwoju nie brakuje,  mówcy motywacyjni i coache na brak zajęć raczej nie narzekają.  W każdym bądź razie –  im wyższy ten koń, na którym się siedzi,  tym lepiej, tym bardziej podziwia się taką osobę. Ten koń jest piękny, jazda na takim koniu wydaje się czymś wspaniałym, nie twierdzę, że nie.

Pewnie większość z Was kojarzy przypowieść o talentach (Mt, 25, 14-30). Tak dla przypomnienia w dużym skrócie chodzi tam o to, że właściciel dużego majątku wybierał się w podróż i powierzył swoim sługom majątek w ten sposób, że jednemu słudze wręczył pięć talentów, drugiemu trzy, a ostatniemu jeden. Kiedy wrócił zapytał swoich sług, jak wykorzystali te talenty. Pierwsi dwaj słudzy, którzy pomnożyli otrzymane talenty,  zostali przez Pana bardzo pochwaleni.  Natomiast trzeci  sługa, który z obawy przed utratą swojego jedynego talentu, zakopał go w ziemi a potem ten sam talent oddał swemu Panu – został nazwany sługą złym i gnuśnym 😦  Sługa ten został też wyrzucony z majątku. Przypowieść kończy się  dość „kapitalistyczną” konstatacją –  „każdemu kto ma, będzie dodane tak, że nadmiar mieć będzie. Temu zaś kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma”. Warto też zauważyć, że ten trzeci sługa nie stracił tego jednego talentu, nie przetrwonił go, nie przehulał. On po prostu zachował się asekuracyjnie, ostrożnościowo. W takim kontekście można zapytać – czy przechowując pieniądze na nieoprocentowanej lokacie, ponieważ boimy się ryzyka (a to jest ogromne!) i nie chcemy tych pieniędzy inwestować – jesteśmy sługami złymi i gnuśnymi?

Interpretując przypowieść – jako „talenty” można rozumieć zarówno pieniądze, majątek, jak i własne uzdolnienia, te otrzymane talenty właśnie. W przypowieści talent oznacza tak w ogóle jednostkę wagi, czego dokładnie – tego już nie wiemy, ale możemy zakładać, że było to coś bardzo cennego.

Ja nie chcę tu epatować religią, szanuję  prawo każdego do wyboru zgodnego z własnymi przekonaniami. Na pewno jednak przesłanie tej przypowieści jest bardzo zbieżne z założeniami obecnego (albo po prostu – cały czas jednego i tego samego) systemu. Że talent trzeba rozwijać, nie można go zmarnować/ pieniądze trzeba pomnażać, nie wolno pozwalać im pasywnie leżeć, ponieważ wówczas tracą na wartości.

No to teraz proszę mi powiedzieć – czy rzeczywiście TRZEBA. Czy ktoś uzdolniony np. z matematyki musi kończyć tę politechnikę, a potem MUSI zarabiać pieniądze. Jeżeli ktoś realizuje taki scenariusz – można go pochwalić i stwierdzić, że dobrze wykorzystał swój talent/ swoje talenty.  A tak naprawdę to staje się wówczas idealnym trybikiem w całym systemie. I niewiele ponad to. Czy jeżeli ktoś taki wybierze zupełnie inną drogę  – np. będzie grał na ulicy na gitarze i śpiewał, przy czym uściślijmy  – nie będzie to optymalne wykorzystanie jego kolejnego talentu, lecz raczej chałtura – to będzie on „sługą złym i gnuśnym”? Przecież on nie wyrządzałby nikomu krzywdy. Czy kogoś w ogóle interesuje, co takiej osobie da więcej szczęścia? Jeżeli ambitna praca jako dobry inżynier – super, jest spójność. Ale jeżeli taka praca całkowicie kogoś  wyczerpuje, jeżeli on nie chce siedzieć przez 9 godzin w szklanym biurowcu, tylko – mimo maksymalnego wyniku z matematyki rozszerzonej  na maturze – właśnie chce grać na tej gitarze i ma w tyłku pieniądze?  Gdzie tu jest wolność wyboru? I szacunek dla tego indywidualnego wyboru? Trochę specjalnie przejaskrawiłam ten przykład, ale chciałam pokazać, że ocena społeczna takiego zdolniachy, który dobrowolnie rezygnuje z wykorzystania swojego potencjału byłaby jednak negatywna.

Ponieważ raczej nikt nie chce  być określany mianem sługi złego i gnuśnego – większość ludzi podejmuje ten wysiłek –  intelektualny, emocjonalny i energetyczny – aby dobrze wykorzystać te otrzymane talenty. Czasem jest to wydatek energetyczny ponad siły, ponieważ ktoś chce za bardzo, a zdarza się też, że ktoś  przeszacuje ten swój talent, tzn. nie jest wcale aż tak zdolny jak mu się wydawało.  Ludzie podejmują ryzyko  i jak to z ryzykiem – raz się uda a raz nie. Inaczej nie byłoby to ryzyko. Wychwala się tylko tych, którym się udało. A co z tymi, którym się nie powiodło?  Ktoś się nimi przejmuje w ogóle? Gdzie jest dla nich miejsce?

No i tu dygresja. Nigdy nie myślałam, że będę pisać o Andrzeju Lepperze. Nie będę wchodzić w politykę ani też roztrząsać przyczyny jego śmierci. Kiedyś zrobił jednak na mnie wrażenie artykuł o nim w „Polityce” autorstwa też już nieżyjącej Janiny Paradowskiej. Dziennikarka prześledziła jego drogę i stwierdziła, że w pewnym momencie osiągnął jednak niekwestionowany sukces. Jak wiadomo – chłopak uwierzył w siebie, bo został odpowiednio zmotywowany właśnie przez takich, co to mówią: możesz wszystko. Jak  to się skończyło dla Leppera –  wiadomo. To Paradowska o Lepperze napisała właśnie, że spadł z za wysokiego konia, bo na zbyt wysokiego konia został wsadzony. A na końcu artykułu zamieszczono takie zdjęcie, na którym Lepper patrzy z miłością na dojrzały łan zboża i to zdjęcie było podpisane:   był dobrym rolnikiem …

O co mi tak w zasadzie chodzi? O to, żeby uważać z przestymulowaniem, zarabianiem pieniążków, ambicją itd.  I w ogóle żeby uważać 🙂

Taki trochę manifest lenistwa i głupoty mi tym tekstem wyszedł? Luz 😉

Tak sobie myślę jednak, że chyba jest jeszcze jeden sposób na uniknięcie upadku z wysokiego konia. Oprócz po prostu niedosiadania go. Czasami orientujemy się, że już siedzimy na tym koniu, wtedy na radę „nie wsiadaj” jest już za późno. Jednocześnie czujemy, że ten koń staje się coraz bardziej niespokojny, narowisty, że być może chce nas zrzucić. Albo sami zaraz z niego spadniemy ze zmęczenia. Albo też przymierzamy się do skoku na kolejną przeszkodę, ale ta przeszkoda jest już dla nas za wysoka i możemy się już tylko na niej połamać. W najgorszym przypadku kręgosłup. I to jest chyba ostatni moment, żeby tego konia zatrzymać i spokojnie z niego zsiąść. Wyłapania tego momentu, kiedy można jeszcze wyhamować – wszystkim bardzo mocno życzę.

 

śmieci

Mam wrażenie, że nareszcie coś drgnęło. Coraz więcej osób rozumie, że nie może być dalej tak jak jest, że plastik nie jest fantastic. Wielka jak trzy Francje pacyficzna plama śmieci unaoczniła wielu ludziom, że plastik naprawdę nie znika, czyli że nawet ten recycling jest przereklamowany. Gdyby recycling rzeczywiście rozwiązywał problem – ta plama nie miałaby prawa powstać. A powstała. Mam ogromną nadzieję, że dotarło, że jeżeli będziemy postępować jak dotychczas – zasypiemy się po czubek nosa. Czasami taka szokowa terapia jest potrzebna.

Zawsze musi być coś dla równowagi, więc na przeciwległym biegunie mamy ideę zero waste, która pozostanie jednak raczej w sferze utopii. Można za to starać się wdrażać w życie less waste i tu jest już pole do popisu dla każdego. Tak się składa jednak, że nie jest łatwo zostać less waste’owcem- nie sprzyja temu cały system. On jest tak skonstruowany, żeby po pierwsze kupować, kupować, kupować, a po drugie, żeby było lekko i przyjemnie. Łatwiej jest wyrzucić jednorazowy kubek, niż nosić ze sobą własny i potem jeszcze go myć. Żeby mieć ze sobą kubek czy butelkę, wypadałoby mieć też jakąś torbę lub plecak. A te już nie zawsze idealnie komponują się z całością wizerunku na dany moment. W damskiej torebce jak wiadomo mieści się wszystko, ale na sporych rozmiarów kubek i/lub butelkę może już tego miejsca zabraknąć. A panowie to w ogóle najchętniej chodzą z wolnymi rękami, wygoda przede wszystkim.  Niektóre porady z zakresu ograniczania ilości śmieci są też beznadziejne. Np. napełnianie własnej butelki wodą z kranu w publicznej toalecie nie jest dobrym pomysłem, bo roi się tam od fruwających w powietrzu bakterii, zwłaszcza e.coli. Tak, piję filtrowaną wodę z kranu, ale mogę napełnić butelkę w domu, w kuchni w biurze czy w hotelu. W publicznej toalecie  na lotnisku czy na dworcu kolejowym – nigdy. Pokazuje to, że brakuje po prostu infrastruktury, która sprzyjałaby zachowaniu redukującemu śmieci. Mam tu na myśli np. popularne w USA poidełka, których w Polsce za często niestety nie uświadczysz. (Poidełka są świetne, ponieważ są higieniczne). Również jeżeli  ktoś ma pracę związaną z częstymi podróżami służbowymi – niegenerowanie śmieci też będzie dla niego dużym wyzwaniem. W hotelu raczej nikt nie ugotuje sobie obiadu do lunchboxa. Nie wolno też zabierać nic ze śniadania, co ja akurat uważam za niesprawiedliwe, bo jestem szczupła i w ogóle mało rano jem, więc sponsoruję częściowo śniadanie większym łakomczuszkom. (Z drugiej strony mogę sobie wyobrazić, jak wyglądałoby zaprowiantowanie przez niektórych, gdyby tej zasady nie było, hotele by zbankrutowały).  Wracając jednak do śmieci –  uważam, że w niektórych sytuacjach mamy prawo się rozgrzeszyć. Ekologia powinna się plasować przed wygodą, ale jednak za zdrowiem.

Ze śmieciami większym problemem niż ta przykładowa podróż służbowa jest moim zdaniem codzienny styl życia wielu osób, który jest po prostu stylem „na leniuszka”. Bogata oferta usługowa bardzo w tym pomaga.   Po co mam gotować, skoro mogę zamówić jedzenie na wynos w styropianie. Albo mogę zjeść na mieście – też w styropianie albo czymś podobnym. Mogę też zamówić sobie dostawę diety pudełkowej, która generuje ok. 10 pudełek dziennie.   Można tu zastanawiać  się, czy to popyt wygenerował podaż, czy odwrotnie – wszechobecna reklama pokazuje, że taki sposób postępowania jest OK, że tak jest fajnie. Fastfoody są tanie i szybkie, lokale serwujące swoje dania na tradycyjnych talerzach nie mogą z nimi konkurować  ani ceną ani szybkością przygotowania. Konsument chce mieć tanio  i szybko – no to ma. Ale czy coś może być jednocześnie tanie, szybkie i dobre? (w szerszym kontekście, nie tylko smakowo czy odżywczo, bo tutaj dieta pudełkowa byłaby akurat OK). Raczej nie, dotyczy to zresztą wszystkiego, nie tylko jedzenia.

Żeby było jasne – absolutnie nikogo nie chciałam tym „leniuszkiem” obrazić. Czasami jest tak, że ktoś z pewnością nie jest leniem, może być wręcz jego przeciwieństwem – np. ktoś pracuje tak dużo, że po pracy nie starcza mu już sił na żadne gotowanie ani w ogóle prawie na nic. Kupienie czegoś i zjedzenie na szybko jest w takiej sytuacji jedynym sposobem, żeby w ogóle funkcjonować. Tylko … czy na pewno chcemy tak właśnie funkcjonować?  Czy to normalne, że taki model stał się normą 😉

I tak sobie myślę, że do ograniczenia ilości śmieci bardziej potrzebna jest raczej ogólna zmiana świadomości zamiast promowania w ramach less waste tych bambusowych szczoteczek do zębów. Że tylko odejście od tego dużo, tanio  i szybko może nas uratować. Ale tu akurat musi zmienić się coś od góry, nie można mieć pretensji tylko do zwykłych ludzi, że te śmieci generują.  Ktoś ten plastik produkuje a ktoś inny opakowuje w plastik swoje produkty. Konsumenci korzystają z oferty takiej, jaka jest. Jeżeli ktoś podejmuje decyzję, że chce być less waste, musi iść pod prąd, musi być super hero, a nie można czegoś takiego wymagać od zwykłych ludzi, zresztą to nigdy się nie udaje. Większość ludzi nie jest super hero, bynajmniej.  Inicjatywa UE o zakazie stosowania jednorazowych sztućców i talerzyków jest super, niestety reszta świata cały czas zdaje się nie bardzo przejmować problemem.

Pochwaliłam USA za poidełka, ale tak naprawdę to ta pacyficzna plama śmieci nie przez przypadek powstała u wybrzeży tego kraju. Bo to właśnie tam wszystkiego jest dużo, tanio i szybko. I prawie wszystko kręci się wokół pieniądza. W USA np. w hotelach – i to wcale nie tych naj-najtańszych-  śniadania je się na jednorazowych talerzach, pije kawę (swoją drogą ohydną) z plastikowego kubka i używa plastikowych sztućców. Bo to jest tańsze niż zatrudnienie pracownika do zmywania. Bezsens do kwadratu. Jeżeli nie przestaniemy podejmować decyzji wyłącznie przez pryzmat pieniądza – no to rzeczywiście źle to wygląda. Przykryją nas całkiem te nasze śmieci. Przecież plastik tak na masową skalę zaczął być produkowany dopiero w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. To niecałe siedemdziesiąt lat. Ile jeszcze potrzeba, żeby osiągnąć punkt krytyczny?

produktywność- hit czy kit

idea-3085367_1920

Zawsze byłam w tym kiepska. W szczegółowym planowaniu, co muszę zrobić i  upakowywaniu wielu rzeczy do wykonania w krótkim czasie. Co więcej – nigdy nie prowadziłam nawet kalendarza, w sensie planera. Ani w formie notesu ani w outlooku. Najważniejsze terminy mam wryte w głowie tak mocno, że po prostu ich nie zapomnę. Na spotkania umawiam się zazwyczaj mailowo, więc zawsze mogę ten termin spotkania sprawdzić. Wyjątkowo zdarza mi się zaznaczyć na czerwono jakąś datę na takim zwykłym kalendarzu ściennym. Zapomnieć o terminie zdarzyło mi się tylko raz, jak na 13 lat pracy uważam, że to wcale nie najgorszy wynik. Konsekwencji tego zapomnienia nie było, był za to trochę wstyd, ponieważ na spotkanie przyszli panowie ze spinkami przy mankietach, ja za to wyglądałam, jak bym wybierała się raczej nad jezioro. Akurat był upał i piątek do tego. Z perspektywy kilku lat bardziej się z tego śmieję, niż tym przejmuję.

Moja praca polega jednak zazwyczaj na robieniu większych rzeczy, za to nie jest ich znowu jakoś bardzo dużo. To są takie zlecenia, które robię przez kilka dni jedno. Muszą być wykonane porządnie. Jak mogłabym o nich zapomnieć? Oczywiście w międzyczasie muszę napisać jakieś maile itd., ale też nie są to setki wiadomości, jakoś ogarniam. Jak widać – nie do końca chyba kumam, o co chodzi z tym planowaniem. Kompletnie nie rozumiem, po co np. korzystać z dostępnych na rynku aplikacji do organizacji pracy i zwiększania produktywności. No OK, mogę sobie wyobrazić, że  charakter czyjejś pracy jest diametralnie różny od mojej i ten ktoś musi mieć na uwadze mnóstwo spraw do załatwienia. Żeby te sprawy nie uciekły lepiej jest je zapisać. Ale już to zwiększanie produktywności to dla mnie taka lekka ściema. Takie po prostu kolejne narzędzie do sterowania ludźmi, żeby chciało im się jeszcze więcej zasuwać ku chwale nie wiadomo kogo lub czego. Bo w większości firm wcale nie wygląda to tak, że jak zrobi się X zadań w krótszym czasie, to można iść do domu i myśleć o niebieskich migdałach. I to zupełnie niezależnie od tego, czy jest się pracownikiem, czy pracuje się na swoim. Robota zawsze się znajduje, więc w tym „zaoszczędzonym” czasie po prostu wskakują nowe zadania. Z pracą jest trochę jak z wodą – wlewa się tam gdzie może, gdzie jeszcze się zmieści. Czyli w produktywności chodzi po prostu o to, żeby więcej zadań było wykonanych, załatwionych, odhaczonych, zafakturowanych, zapłaconych. Jak  zawsze chodzi o to samo …  Jeżeli na koniec miesiąca/ kwartału/ roku jest za tę produktywność przynajmniej jakaś konkretna premia – to jeszcze uczestniczenie w takim wyścigu przez określony czas mogę trochę zrozumieć. Ale jeżeli nagrodą jest … pochwała, dyplom lub medal no to sorry niestety nie ogarniam. Bycie stachanowcem podnieca mnie tak średnio. Ludzie są bardzo łasi na pochwały, docenienie swojej pracy przez innych, ale gdzie jest poczucie własnej wartości i  realna ocena sytuacji, jak naprawdę jesteśmy traktowani. Jako prawdziwa wartość w ramach tzw. kapitału ludzkiego czy jako zasób?

I wcale nie mam na myśli tego, że powinno się w pracy opindalać, raczej to, że praca powinna być wykonywana z taką starannością i w takim tempie, jakich wymaga.  Jeżeli praca jest robiona szybko, raczej nie będzie zrobiona dobrze. A nawet jeżeli jest zrobiona dobrze – najczęściej ukryty koszt ponosi jej wykonawca, bo praca pod presją czasu, ale przy wzmożonej uwadze kosztuje po prostu więcej energii. I szybciej się ten życiowy rezerwuar energii wyczerpuje.  Czy ktoś się tym martwi? Przykro mi, nie sądzę.  Od pracowników wymaga się sprintu, ale za to na długim dystansie.  Albo ktoś wymaga tego sam od siebie. Czy jest to wykonalne bez poniesienia konsekwencji zdrowotnych, społecznych itd.? No chyba nie bardzo.

Jest jednak jakaś fiksacja na punkcie tej produktywności. Normalni ludzie stawiają sobie za wzór Marka Zuckerberga czy Elona Muska. Pierwszy ubiera się codziennie tak samo, żeby nie trwonić cennej energii na błahe decyzje, bo przecież ma do podejmowania ważniejsze. Drugi śpi pięć godzin (w dodatku często w firmie), swój dzień dzieli na pięciominutowe takty i je posiłki w ciągu 15 minut, omawiając przy tym biznesowe sprawy. No i co? No i pstro. Po pierwsze zostanie Markiem Zuckerbergiem czy Elonem Muskiem przez tzw. normalsa jest raczej mało prawdopodobne.  Po drugie – nawet Elon Musk się zmęczył i obecnie ma kłopoty. Nawet on jest tylko człowiekiem, a chyba chciał się oszukać, że nie jest 😦

Tak sobie myślę – jeżeli ktoś ma kalendarz wypełniony po brzegi i zaplanowane każde pięć minut dnia – gdzie jest miejsce na myślenie, refleksje, na otwarcie na to, co przyniesie nam życie. Bo ono i tak przyniesie i wtedy jest zdziwienie. To jest takie trochę stawianie siebie w pozycji – to ja jestem panem/ panią wszystkiego i decyduję o wszystkim. Oj oj oj. Życie weryfikuje takie postawy …

Już kiedyś pisałam tutaj, że jestem typem merytorycznego żuczka, do wykonywania niektórych prac – np. w sprzedaży czy marketingu kompletnie bym się nie nadawała, bo niczego bym nie sprzedała.  Już widzę mój – pożal się Boże – wynik. No i z tą produktywnością też chyba po prostu nie łapię. Trudno, jakoś muszę z tym żyć 😉

 

 

WODA

rain-455124_1920

Wczoraj obchodziliśmy Światowy  Dzień Wody. W Polsce sytuacja z wodą naprawdę jest niewesoła, mamy porównywalne zasoby wody pitnej co Egipt a z krajów europejskich jesteśmy pod tym względem trzeci od końca. Nie zanosi się niestety na poprawę,  naukowcy mówią już o pustynnieniu centralnej Polski. Coś musi być na rzeczy. W Wielkopolsce, gdzie mieszkam,  ziemia jest bardzo drenowana z wody przez intensywne rolnictwo i w rezultacie z roku na rok jest coraz bardziej sucho. To się czuje i widzi – np. po postępującej eutrofizacji jezior, które stają się coraz mniejsze i mniejsze. Bardzo suchym rokiem był rok 2015, akurat w końcówce lata tego roku leciałam do Moskwy i miałam okazję zaobserwować sobie Wisłę z góry. Widok był żałosny, ponieważ Wisła wtedy prawie wyschła. Były widoczne białe połacie piasku i jedynie zakola wody. Pomyślałam sobie wtedy – to ma być królowa polskich rzek? Na tamten moment tytuł ten był mocno, mocno wątpliwy. Czyli to naprawdę nie jest tylko takie straszenie, że wody może kiedyś w Polsce zabraknąć. Może nie całkiem, bo nie jesteśmy jednak Afryką, ale już np. ograniczenie dostępności wody mogę sobie za jakieś 20 lat wyobrazić.

Z okazji światowego dnia wody padały oczywiście też propozycje, jak oszczędzać wodę. Czyli standard: perlator w kranie, zakręcanie wody podczas mycia zębów, prysznic zamiast wanny. Tylko że te pomysły po pierwsze są mocno wyświechtane, a po drugie – to takie trochę mydlenie oczu.  Daje się ludziom złudne poczucie sprawczości i przedstawia sprawę tak, że oszczędność wody to oszczędność na rachunkach. Owszem, gdyby wszyscy ludzie  stosowali się do tych zaleceń, byłby jakiś efekt, jakaś oszczędność. To wszystko to jednak jedynie bardzo powierzchowne działania, nie docierające do sedna problemu i tym samym go nie rozwiązujące. Nie oszczędzimy znacząco wody, nie traktując jej jako zasobu. Wspólnego nas wszystkich. Bieżące rachunki za wodę mają przy tym najmniejsze znaczenie.

Jak nie wiadomo o co chodzi … to w zasadzie wiadomo. Chodzi zawsze o kasę. Tak naprawdę jednymi z największych winowajców jeżeli chodzi o kurczenie się zasobów wody są przemysł odzieżowy i przemysł mięsny.  Ktoś za tym stoi i nieźle sobie zarabia (a nawet bardzo nieźle), no i jakoś nie ma powszechnych kampanii – kupuj mniej rzeczy, jedz mniej mięsa albo w ogóle z niego zrezygnuj. Do tego te lamenty, że konsumpcja może spaść, przez co mniejsze będą wpływy z  podatków i wszystkim będzie żyło się gorzej. Czy na pewno gorzej? A może inaczej. Na  pewno zdrowiej. Może trochę wolniej. Na pewno chcemy biec jeszcze szybciej? Dokąd w zasadzie biegniemy? Ile może jeszcze rosnąć konsumpcja, o ile rozwój nie jest zrównoważony.  Bo niestety nie jest 😦

Wśród pomysłów na oszczędzanie wody znalazłam jednak dwie „perełki”. Pierwsza to niekoszenie trawnika latem, ew. koszenie o wiele rzadsze. W sumie to logiczne – trawa mimo że niepozorna to też masa zielona, ma to znaczenie zwłaszcza w mieście. Ona też gromadzi wodę i chłodzi otoczenie. Podczas koszenia źdźbła (ach jakie piękne słowo!) zostają przecięte, odcięta część od razu obumiera i usycha, a ta pozostała, która rośnie – musi ostro walczyć o to, żeby przeżyć. Do tej walki potrzebuje oczywiście wody. To można zauważyć gołym okiem – tam gdzie trawniki są regularnie koszone, trzeba je też ciągle podlewać, żeby były zielone. Inaczej uschną. Za to dziko rosnąca sobie trawka jakoś sobie radzi. Nie jest może tak piękna i równa, jak hodowane trawniki, ale – pomijając pory ekstremalnej suszy – potrafi przeżyć, mimo że podlewa ją wyłącznie deszcz. Ludzie działają niestety na autopilocie i nie myślą. Trawę kosi się regularnie co tydzień  (a tak najlepiej to o siódmej rano w sobotę, czemu nie), a potem trzeba ją podlewać, przecież to normalne. Czy coś wielkiego by się stało, gdyby tę trawę skosić raz na dwa, a nawet raz na trzy tygodnie? Czy to byłby aż tak wielki dyskomfort? Wizualny czy jakiś inny, w sumie nie wiem jaki. No cóż, niektórzy tak mają, że taka o 1,5 cm za wysoka trawa naprawdę im przeszkadza 😦

A drugi sposób na oszczędzanie wody i to w kontekście mocno  globalnym – to niekupowanie tanich marketowych ciętych kwiatów, zwłaszcza róż. Kwiaty te hodowane są w przeważającej mierze w Afryce. Do ich uprawy zużywa się ogromne ilości wody, której w Afryce i tak jest jak na lekarstwo. Do upraw wykorzystuje się też mnóstwo chemikaliów, które dodatkowo zatruwają wody gruntowe, czyli wody zdatnej do użytku jest jeszcze mniej.  Ciekawy przykład. Także w kontekście kryzysu migracyjnego. Podobno największa fala uchodźców jest przed jeszcze przed nami, bo przyjdą oni do Europy  nie tylko po zasiłki, ale przede wszystkim po wodę. Gdy Afryka wysuszy się już całkiem na skwarkę. To może nie róbmy im tej skwarki. Warto czasem pomyśleć. Tanie róże z supermarketu to tylko jeden z tysiąca przykładów na to, jak wszyscy jesteśmy połączeni. Taki „efekt motyla” trochę mi wyszedł. Ale tak jest.

earth-2214024_1280

 

 

Sposoby na S na Stres

girl-1245773_1920

Miałam w tym tygodniu stresującą sytuację. Popsuł mi się komputer, a następnego dnia przypadał termin wysłania bardzo ważnego pisma. Termin był zawity, czyli taki, którego przekroczenie może spowodować skutki, że  ojojoj 😦  Prawie przygotowane 15-sto stronicowe pisemko, nad którym naprawdę się napracowałam,  siedziało sobie w tym komputerze, a on mimo próśb i gróźb nie chciał odpalić. Kopii nie miałam, bo po co, a wizja tzw. nocki na napisanie tego pisma od nowa tak średnio mi się uśmiechała. Skończyło się na strachu, bo przyjechał mój kochany informatyk i  naprawił ten komputer.  Stres potrwał jednak około pięciu godzin i  aż sama byłam zdziwiona, jak silnie zareagował na niego mój organizm. Zjadłam od razu całą czekoladę. To taki standard na początek. Potem zaczął boleć mnie brzuch, to też standard, zresztą konsekwencja standardu nr 1. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca, nie potrafiłam robić nic innego.  No i to uczucie napięcia w zasadzie w całym ciele. To napięcie czasem boli. Stres boli.

Moje zdarzenie w tym tygodniu to był techniczny incydent. Ludziom zdarzają się przecież o wiele gorsze rzeczy niż to, co opisałam powyżej. Od około trzech lat nie stresuję się zresztą wcale aż tak  bardzo na co dzień, bo po prostu mniej pracuję, podjęłam taką decyzję.  Dzięki temu jestem spokojniejsza. Ale tak jakoś mi się przypomniało, że kiedyś tak właśnie się czułam prawie cały czas. Ten stan wydał mi się dziwnie znajomy, moje ciało go pamiętało i pewnie dlatego tak natychmiast przełączyło się na ten stresowy tryb. I aż zrobiło mi się samej siebie żal…

Nie chcę tu jednak wylewać żali tylko nad sobą. Nie tylko ja dużo pracuję/ pracowałam. W taki sposób funkcjonują w Polsce tysiące, jeżeli nie miliony osób. Tak sobie myślę, czy zasłużyliśmy na coś takiego. Ja akurat robię w podatkach, to trudna praca. Bywa trudna. Ale inni też mają trudną pracę, czasami odpowiedzialną o wiele bardziej niż moja. To zazwyczaj osoby, które były ambitne i zostały od dzieciaka odpowiednio pokierowane, żeby właśnie te trudniejsze prace w przyszłości wykonywać. No i co? No i pstro. Zamiast wielkiej satysfakcji i spełnienia jest tyrka, zmęczenie i ból. Jeszcze bezsenność na dokładkę. Co jest w zamian? Pieniądze? Owszem, są jakieś, ale nie wiem, czy rekompensują pakiet wymieniony powyżej. Zresztą – jakie pieniądze by zrekompensowały, nie wszystko da się na nie przeliczyć.

W międzyczasie sporo sobie poczytałam, no i generalnie na stres zalecana jest taka triada: sport, sen, seks. Kolejność jak kto woli. No cóż – skoro eksperci tak radzą, chyba coś w tym jest. Ponieważ lubię bawić się słowami, zaczęłam wymyślać sobie, jakie sposoby mogłabym dołożyć. Na S oczywiście. No to tak:

– SENS – jeżeli Twoja praca nie ma sensu dla Ciebie lub nie ma sensu w ogóle, wcześniej czy później stres z powodu jej wykonywania będzie gigantyczny

– SPÓJNOŚĆ – to bardzo ważne, żeby to, co robimy było zgodne z całą naszą osobą, z naszymi przekonaniami, z wartościami, które reprezentujemy. Wegetarianin nie powinien podejmować pracy w sklepie mięsnym, bo zwariuje. Wegetarianina w rzeźni nie chcę sobie nawet wyobrażać. Zresztą mi samej zdarzyło się odmówić współpracy z fermą norek, czułam, że muszę odmówić. Ciekawym pytaniem w kontekście zgody z własnymi wartościami jest praca minimalisty, czyli osoby kwestionującej nadmierną konsumpcję, w dziale marketingu.

– SYSTEM – a raczej działania systemowe. W moim przypadku wystarczyłoby przecież zrobić kopię na dysku zewnętrznym, czy nawet przesłać wstępną wersję mailem i byłabym dostatecznie przed całym stresem zabezpieczona. No cóż, jak zawsze się myśli, że się nic nie stanie. Podobnie jest w innych sytuacjach – niewielkie działania podjęte zawczasu pozwalają zazwyczaj uniknąć bardzo dużej części problemów. Jest taka biblijna przypowieść o pannach mądrych i głupich, choć w innym tłumaczeniu byli bardziej dyplomatyczni i nazwali tę przypowieść:  o  pannach roztropnych i nierozsądnych. No cóż – to ja chyba jestem ta nierozsądna 😉

– SATYSFAKCJA – na szczęście udaje mi  się czasem komuś  pomóc. To sprawia, że dalej robię to, co robię i zapominam o stresie, który temu towarzyszy

– małe SUKCESY –  od czasu do czasu musi być jakieś,  nawet małe osiągnięcie, które motywuje do dalszego działania. Najgorzej jest wykonywać ciągle to samo i to samo , bez żadnej odmiany, bez pochwały, bez nagrody. Rutyna zabija. I stresuje

– SPOKÓJ – łatwo powiedzieć. Ale warto w trudnych sytuacjach usiąść i porozmawiać,  może da się jakoś rozwiązać nasz problem. Zamiast od razu stawać na barykady i obmyślać strategie wojenne. Stresujemy wtedy sami siebie.

– SZACUNEK – gdyby ludzie mieli więcej szacunku do siebie nawzajem, wszystkim żyłoby się lepiej. Czasami warto też ugryźć się w język, zanim się kogoś obrazi. Właśnie z szacunku do niego. To też oszczędza stresu, obu stronom.

– SŁOŃCE – nie chodzi mi o leżenie plackiem na plaży, lecz o jak najczęstsze przebywanie na świeżym powietrzu i aktywowanie dzięki słońcu witaminy D – naturalnego antydepresantu. Oczywiście, jeżeli nie ma akurat okropnego zjawiska, też na literę S, czyli smogu.  Wakacje raz do roku w słoneczku też bardzo dobrze robią 🙂

Macie jeszcze jakieś pomysły na S na stres? … np. sernik? szarlotka? snickers? Czyli jednak SŁODYCZE. Nie jestem pewna, czy powinnam te słodycze akurat zamieścić na samym końcu, czy raczej na początku 😉

 

 

 

 

 

 

szkoda zdrowia na smog

Gdy przyszłam wczoraj wieczorem do domu, moje włosy miały wyraźny zapach węgla. Mieszkam w Poznaniu, mieście w którym problem smogu jest bagatelizowany, bo przecież smog to w Krakowie i na Śląsku, ale nie u nas. Tymczasem jest naprawdę bardzo źle. Tzn. może nie mamy aż tylu dni w ciągu roku z przekroczonymi normami jak na południu Polski, ale za to jak już dowali to konkretnie. Dzisiaj o 2-giej w nocy było np. tak:

smog

Prawie koniec skali. I było to naprawdę najgorzej z dużych miast w Polsce, w których podawane są pomiary. W sumie trudno, żeby było gorzej, skoro skala się kończy. A zresztą co tam w Polsce. 22. stycznia tego roku byliśmy trzeci na świecie, czyli brązowy medal, podium. Brawo? No wolałabym jednak w jakiejś innej kategorii. Towarzystwo mieliśmy zacne, bo wyprzedziły nas tylko Kalkuta w Indiach i Katmandu w Nepalu. W tym co piszę jest dużo rozżalenia, ale tego smogu nie robią krasnoludki tylko mieszkańcy mieszkańcom. I tak – będę jednak zarzucać właścicielom domów jednorodzinnych, że do takiego stanu doprowadzają (nie wszystkim, ale tym, którzy rzeczywiście to robią). Czy to przypadek, że poziom zanieczyszczenia rośnie skokowo po 22-giej? Czy raczej efekt tego, że kontrola tego co wkłada się do pieca może być przeprowadzana tylko w godzinach 6-22. Taka specyficzna poznańska przezorność. Czy samochody powodują ten ekstremalny poziom o drugiej w nocy? Chyba jednak nie. Mam dość, ponieważ w dużych miastach większość mieszkańców mieszka w blokach (myślę, że nawet dwie trzecie), a bloki podłączone są przecież do ciepła systemowego. Nikt w blokach sam nie pali.  Elektrociepłownia znajduje się z reguły poza centrum miasta i przede wszystkim są tam zainstalowane dobre i nowoczesne filtry. Czyli to ta pozostała jedna trzecia (tak około) robi krzywdę sobie i wszystkim innym. Jasne – część domów jednorodzinnych ma ogrzewanie gazowe, a w części z nich pali się dobrej jakości opałem.  Właściciele tych domów są oczywiście w porządku. Ale niestety reszta pali tym, co jest najtańsze. A zalicza się tu także najgorszej jakości węgiel, w tym ten importowany, którego z roku na rok przywozi się do Polski coraz więcej. Wydaje mi się, że tu właśnie może być piesek pogrzebany, dlaczego w niektóre dni jest u nas znacznie gorzej niż w Katowicach. Na pewno na Śląsku lepiej się na węglu znają. W to nie wątpimy. I mają dzięki temu orientację  w cenie węgla, jaka może być, a jaka nie powinna. Że jak węgiel jest nieprzyzwoicie tani, to widocznie jest z nim coś nie w porządku. I po prostu takiego węgla nie kupią. A w Poznaniu kupią, bo oszczędność to przecież taka poznańska cnota. Efekty zastosowania tej cnoty w praktyce możemy poczuć każdego wieczoru w swoim nosie. Mam dość. Ktoś może powiedzieć, że jestem przewrażliwiona. Tak, jestem, bo mam akurat poważne problemy z układem oddechowym. Mój laryngolog zapisując mi kolejne dawki wziewnych sterydów mówi: ale wie Pani, że to jest tylko leczenie objawowe. Tak, wiem. Wcześniej myślałam, że to ze mną jest coś nie tak, że jestem nienormalna, bo przecież nie wszyscy reagują na silny smog nieinfekcyjnym stanem zapalnym. Ale odkąd zaczęłam śledzić te wszystkie PM2,5, PM10 dotarło do mnie, że to te ekstremalne stany zanieczyszczeń nie są normalne. (ekstremum siłą rzeczy nie będzie nigdy normalne; jeżeli ktoś liznął odrobinę statystyki to wie o co chodzi ;-)) Ale nawet, jeżeli ktoś nie ma nadwrażliwych dróg oddechowych i z powodu smogu poza lekkim dyskomfortem nie odczuwa bieżących dolegliwości – nie znaczy to, że smog jemu nie szkodzi. Cząsteczki PM 2,5 są tak malutkie, że mają zdolność przenikania z pęcherzyków płucnych do krwi, a wraz z nią mogą swobodnie dotrzeć do każdej komórki organizmu. Czyli to, że ktoś nie cierpi specjalnie z powodu smogu od razu, nie jest równoznaczne z tym, że nie ucierpi w ogóle. Skutki mogą być odroczone i niestety bardzo poważne. Śmieję się trochę przez łzy, że to właśnie ta moja nadwrażliwość może mnie uratować. Bo ja przynajmniej próbuję coś robić, staram się chronić.  Np. dwa tygodnie temu, gdy ze smogiem i z moimi objawami też było bardzo źle, tak się wkurzyłam, że spakowałam walizkę i … uciekłam. Do Sopotu. Było tam tak:

Sopot

Czyli pięknie. Powietrze oczywiście dzięki morzu też jest czyste. Gdy tak sobie chodziłam brzegiem morza to się zastanawiałam – jaki to ma sens. Jestem w dobrym zawodowym momencie, dopiero teraz mogę powiedzieć, że czuję się pewnie w tym, co robię (bo wcześniej to było jednak czasami takie  fake it till you make it  ;-)), a przy tym jestem na tyle głupia, że daję się w miejscu mojego stałego zamieszkania po prostu truć. Bo ktoś chce sobie zaoszczędzić trochę pieniążków i myśli że jest sprytny, a jeszcze ktoś inny, kto handluje tym najgorszym węglem, sobie na tym zarabia. I naprawdę nie obwiniam tu tych naj-najuboższych osób, które nie mają za co kupić lepszego opału. Ta grupka nie spowodowałaby aż takiego zanieczyszczenia, jakie jest. Nie wiem, czy wyprowadzę się z Poznania raz na zawsze, bo to miasto- mimo całego negatywnego wydźwięku tego, co napisałam-  ma również swoje plusy. Ale na pewno będę z niego wyjeżdżać, gdy tylko będę mogła. Brak umowy o pracę bardzo w tym pomaga. Eskapizm smogowy. Smutne. Coś czuję, że moim celem będzie stworzenie sobie takiego modelu pracy, żeby móc ją wykonywać  prawie niezależnie od miejsca. Smog jest przy tym jedną z najważniejszych determinant tej decyzji!  To też pokazuje absurdalność całej sytuacji – smog dyktuje nam warunki życia – gdzie będę żyła, jak będę żyła, czy mogę wyjść na dwór, czy muszę siedzieć w domu. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdy może podjąć natychmiastową decyzję o wyjeździe z miasta, wynika to po prostu ze specyfiki danej pracy. Dlatego dawanie mądrych rad typu „wyjedź” można sobie czasami … no.  Np. nauczyciel czy lekarz musi być przecież w wyznaczonym miejscu o wyznaczonej godzinie, nie może się wkurzyć, spakować walizki i wyjechać.  Poza tym jeżeli ktoś ma dzieci, to one muszą przecież chodzić do szkoły i nie powinny za dużo dni opuszczać. Inna sprawa, że przez smog chorują, więc i tak opuszczają. Napisałam ten tekst o Poznaniu, bo tu mieszkam, ale wiadomo, że w innych miejscach w Polsce jest podobnie. To bardzo przykre, że tak niewiele się zmienia w świadomości mimo trąbienia wszem i wobec o fatalnym stanie powietrza.  A najgorsze jest dla mnie to, że to właśnie mniejszość tych „spryciulków” wyrządza tak ogromną krzywdę całej reszcie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak zaoszczędzić trochę pieniędzy

dollar-3289367_1920

Też macie wrażenie, że ostatnio wszystko bardzo zdrożało? Nie chodzi tu zresztą o wrażenie, bo wskaźniki inflacji mówią same za siebie.  Tyle tylko, że wskaźnik inflacji też może być nieco mylący, ponieważ opiera się na uśrednionym koszyku dóbr i usług, a akurat ja nie muszę niektórych artykułów z tego koszyka nabywać. Tzn.  mogła np. potanieć stal, a ja ze stali mogłam nie kupić nic lub prawie nic, a pośrednio też korzystam z niej raczej w ograniczonym zakresie (tzn. z tych nowych inwestycji, do których stal została użyta- bo tylko na te może mieć wpływ spadek ceny stali; stal to przy tym tylko przykład). Subiektywne odczucie jest na pewno takie, że uciekają mi pieniądze. Wzrost cen w ostatnim czasie (2-3 lata) nie powinien w ogóle dziwić nikogo za bardzo, bo z wiadomego powodu na rynek trafiło więcej pieniędzy, a jedno z elementarnych praw ekonomii mówi, że wpuszczenie dodatkowych pieniędzy do obiegu powoduje, że ceny idą w górę.  Ja naprawdę nie jestem jakimś centusiem, obracającym dwa razy każdą złotówkę przed jej wydaniem. Ale wkurza mnie, że przy takiej samej pracy jak  wcześniej stać mnie na mniej. I nie chodzi mi o to, że nie mam co włożyć do garnka, zgrzeszyłabym, gdybym zaczęła na swoją sytuację bardzo narzekać. A jednak muszę jakoś bardziej uważać.

Czytaj dalej „Jak zaoszczędzić trochę pieniędzy”