Nie możesz wysiedzieć 8 godzin w pracy?

I bardzo dobrze, że nie możesz! Ja też już nie mogę i dlatego staram się coś zmienić w moim życiu. Dyskomfort daje asumpt do szukania nowych rozwiązań, to jest na pewno pozytyw. Ważne jednak, żeby pojawiające się myśli przełożyć potem na czyny. Bo jeżeli mamy tylko dyskomfort, a nic z nim nie zrobimy – to wychodzi chyba jednak negatyw 😦

Stałam wczoraj w korku w Poznaniu. Korek wyglądał mniej więcej jak na poniższym obrazku:

W godzinę przejechałam 3,5 km. I jak to w korku bywa -nie można zrobić nic fizycznie, więc pracuje głowa 🙂 Naszła mnie oczywiście refleksja – jaki sens ma życie według schematu, w którym tkwią przecież w Polsce setki tysięcy, a na świecie miliony osób. W Polsce może też już kilka milionów, nie wiem, nie znam statystyk.

Jeżeli ktoś rano w drodze do pracy regularnie tkwi w korku, potem dociera do biura wyglądającego mniej więcej tak:

Inside, Business, Center, Interior

a wieczorem znowu wraca w tym korku do mieszkania (na kredyt oczywiście) w budynku przedstawiającym się podobnie jak poniższy:

to czy możliwy w jego przypadku jest tzw. dobrostan? Czy w pewnym momencie jego całe ciało, jego całe jestestwo nie powinno krzyknąć głośno: DOOOOŚĆ!?

Bo to nie jest normalne, zwłaszcza biorąc pod uwagę biologiczne aspekty naszego gatunku, że żyjemy w oderwaniu od natury, że oddychamy zanieczyszczonym powietrzem, że jesteśmy tak bardzo stłoczeni na małej powierzchni w mieście, że nie znamy już ciszy ani ciemności …

Do tego dochodzi oczywiście stres w pracy, bo zajmujemy się rzeczami trudnymi. Są to często zupełnie abstrakcyjne konstrukcje, będące wytworem ludzkiego umysłu. Czyli ten materiał, któremu poświęcamy w pracy naszą uwagę, też nie ma nic wspólnego z prawami natury. Piszę m.in. o sobie. Zajmuję się podatkami. Czy w naturze ktoś pobiera od kogoś podatki???? Wiele jest innych abstrakcyjnych dziedzin – np. zaawansowana matematyka finansowa, też te wszystkie nowe technologie. Odnośnie tych ostatnich – oczywiście, one z jednej strony ułatwiają życie, ale z drugiej dehumanizują jego różne płaszczyzny. Zobaczymy, w jakim kierunku to wszystko pójdzie…

Ironia polega na tym, że życie według schematu, który przedstawiłam na tych trzech obrazkach bardzo długo utożsamiane było z sukcesem. I dlatego też dało się wkręcić w ten model mnóstwo ambitnych i zdolnych ludzi. Jeżeli narracja ze wszystkich stron brzmi jednakowo – taaaaak, to jest ta najlepsza droga, to dopóki na własnej skórze nie odczujemy, że coś nie gra – skąd mamy wiedzieć, że jesteśmy manipulowani? Jeżeli znalazł się ktoś, kto właśnie zakrzyknął – ja już nie mogę, mam dosyć, pierdolę to, mam w dupie – to niestety uznawano, że to z tym człowiekiem jest coś nie w porządku. Najlepiej to przyczepić mu łatkę wariata i wysłać do psychiatry po receptę na antydepresanty. Bo taki ktoś musi się leczyć. A czy to system nie wymagałby bardziej swojego psychiatry?

Bardzo się cieszę, że jako temat debaty publicznej pojawił się ostatnio wątek „kultury zapierdolu” i etosu pracy 16 godzin na dobę. 16 czyli dwa razy tyle, ile wynosi przyjęta dobowa norma. Owszem – te osiem godzin, a czasem nawet więcej, ma sens, gdy człowiek jest bardzo młody i jeszcze się uczy. Zasada jest bardzo prosta – żeby coś wyjąć, najpierw trzeba włożyć. Uśmiecham się często słysząc o wymaganiach płacowych i pozapłacowych świeżo upieczonych absolwentów. Patrząc prawdzie w oczy ci opuszczający mury uczelni młodzi ludzie bardzo niewiele potrafią. No ale mają szansę się wszystkiego się jeszcze nauczyć 🙂 Po iluś tam latach regularnej pracy przychodzi jednak zmęczenie i obserwując po prostu siebie stwierdzam, że nawet te osiem godzin to za dużo. Może to stanie w korku ma jakiś sens -to jest czas może niekoniecznie zmarnowany, ale właśnie dany nam na myślenie. Szczerze nie cierpię korków, ale właśnie dlatego ta irytacja osiąga swój zenit. I dopiero gdy ta czara się przepełni, to wtedy pojawia się chęć rzeczywistej zmiany.

Ku przestrodze mam zawsze z tyłu głowy cytat z Pabla Nerudy:

Powoli umiera ten, kto nie opuszcza swojego przylądka, gdy jest nieszczęśliwy w miłości lub pracy, ten kto nie podejmuje ryzyka spełnienia swoich marzeń, ten kto chociaż raz w życiu nie odłożył na bok racjonalności.

Bardzo chcę uchronić się przed takim scenariuszem.

Chciałam studiować germanistykę

Też tak macie, że pandemia obudziła w Was stare sentymenty? Do czynności, które kiedyś nas zajmowały. Do miejsc, w których bywaliśmy jako dzieci, nastolatki albo studenci. No i do ludzi, z którymi kiedyś wiele nas łączyło.

Mnie akurat zebrało się na sentyment do języka niemieckiego. Jak znajdę czas, to dopiszę po polsku.

Als ich ein kleines Mädchen war, konnte so ca. fünf sein, hat uns der Vater (meine Mutter, meinen Bruder und mich) zum Bahnhof gebracht, weil wir die Oma besuchen wollten. Es war ganz, ganz früh am morgen und es war ein tiefer Winter. Es herrschte also noch volle Dunkelheit draußen und nur die Straßenlichter beleuchteten die Gegend. Als wir über unser Städtchen durchfuhren, habe ich zum ersten Mal im Leben einen richtigen Menschenstrom gesehen. Ich weiß nicht, wie viele Leute es sein konnten. Ja klar, wenn man Kind ist, scheint alles größer und mehr zu sein. Auf jeden Fall waren es sehr, sehr viele und sie gingen alle in eine Richtung.

– Wo gehen all die Leute hin? – hab ich gefragt

– zur Arbeit – hat der Vater mit Offensichtlichkeit in der Stimme geantwortet

– und jeden Tag so?

– ja, jeden Tag – bestätigte der Vater

Für meinen Vater als Erwachsenen war es doch völlig normal – in unserer Stadt befand sich eine Fabrik und die Mitarbeiter begannen um sechs ihre Schicht. Doch ich habe sein Verständnis für die Situation nicht geteilt – das ganze Bild machte auf mich einen eher abschreckenden Eindruck. Die Leute sahen traurig aus und es musste ihnen wirklich kalt gewesen sein. Na ja, der Winter vor über dreißig Jahren war auch anders, als der heute ist, ein heftiger Frost gehörte einfach dazu. Und natürlich nicht die Kälte ist hier das tatsächliche Problem, sondern der Zwang in den Betrieb hinzugehen.

Obwohl so lange Zeit vergangen ist, kann ich mich an diesen frühen, dunklen Morgen wirklich gut erinnern. Ich glaube, mein fünf Jahre altes Unterbewusstsein hat damals eine Entscheidung gefasst – ich möchte so nicht!

Ja, ich wusste es wirklich damals schon:

Ich möchte nicht nur in einer Menschenmasse mitgehen und individuell kaum wahrgenommen werden.

Ich möchte nicht, dass mir jemand sagt, was ich von A bis B und von B bis C machen muss und dass ich es gar nicht in Frage stellen darf

Und endlich – ich will nicht so früh aufstehen müssen 😉

Wie froh bin ich, dass ich mein Leben selbst gestalten konnte und dass ich von den Umständen nicht gezwungen war, das zu machen, womit ich innerlich nicht einverstanden bin. Jeder ist seines eigenen Glückes Schmied? Grundsätzlich schon, aber auch nicht immer. Leben …

Was mich jedoch wundert- einige sind gar nicht gezwungen, ihre Freiheit abzugeben, tun es aber freiwillig.

Die meisten arbeiten den größten Teil der Zeit, um zu leben und das bisschen, das ihnen von Freiheit bleibt, ängstigt sie“

Diese Worte hat Johann Wolfgang von Goethe in den Leiden des jungen Werther im Jahr 1774 geschrieben, bleiben aber völlig aktuell. Das würde zeigen – Leute ändern sich nicht so sehr über die Zeit. Und Leute unterscheiden sich auch nicht so sehr voneinander – egal wo sie leben.

Meine Einstellung zum Angestelltendasein wurde mir im Alter von 5 Jahren klar, obwohl mir damals der Begriff Festangestellte natürlich nicht bekannt war. Na ja, irgendwo muss man anfangen, ich habe aber nur vier Jahre lang mit einem Arbeitsvertrag, heißt auch mit einem Chef bzw. Chefin ausgehalten. Natürlich finde ich, dass die Zeit als Mitarbeiter/Mitarbeiterin am Anfang der Karriere nötig und wichtig ist. Man lernt dann enorm viel und man kann auch die Arbeitsweise beobachten. Das Arbeitsumfeld hat sich heutzutage auch weitgehend geändert und natürlich ist das Leben eines qualifizierten Mitarbeiters in einer internationalen Gesellschaft nicht mit dem Leben des Fabrikmitarbeiters im kommunistischen Polen in den 80-gern zu vergleichen. Was sich nicht geändert hat – man muss das machen, was jemand anderer bestimmt hat. Trotzdem scheint ein unbefristeter Arbeitsvertrag mit festem Gehalt sehr komfortabel zu sein. Da kommen wir jedoch auf die Worte von Goethe zurück: das bisschen, das den Leuten von Freiheit bleibt, ängstigt sie.Ich denke sogar, die Worte sind heute aktueller denn je. Dies hängt damit zusammen, dass ganz viele Dinge, die man so wirklich gar nicht braucht, für ein Kredit gekauft werden. Und die Angst vor Freiheit, über die Goethe schrieb, betrifft vor allem die Angst, die genommenen Kredite nicht bezahlen zu können. Woher wusste Er, dass das 21. Jahrhundert so aussehen wird?

Bei mir wurde die innerliche Stimme in einem Moment zu laut und ich wusste, dass ich aus der Schein-Komfortzone raus muss. Keinen Chef zu haben war schon ein der Hauptvorteile. Noch wichtiger war aber, ganz flexibel bezüglich den Arbeitszeiten und auch bezüglich den Aufgaben zu sein. Wie erwähnt – ich bin ein bisschen allergisch gegen „Schlauköpfchen“ und so einem netten Herren mal sagen zu dürfen, dass ich bei seinen hervorragenden Ideen nicht mitmachen möchte – befestigte mich nur, dass meine Entscheidung mich selbständig zu machen, die richtige war. Und es ist mir schon öfter passiert, dass ich einen Auftrag nicht genommen habe. Weil ich es nicht wollte und weil ich es nicht brauchte. Ein schönes Gefühl. Man muss wirklich sehr bewusst entscheiden, wem man seine Zeit verkauft. Geld kann man immer noch verdienen, aber unsere in die Arbeit gesteckte Zeit werden wir nie wieder zurückbekommen.

Natürlich bin ich keine Ignorantin, wenn es ums Geld geht, aber es stellte für mich nie die Hauptmotivation dar. An erster Stelle stand immer, einfach gute Arbeit zu leisten. Wahrscheinlich sind hier Erziehung und Beispiel der Eltern nicht ohne Bedeutung. Ich glaube aber wirklich dran, dass alles ein System ist und das dieses System nach Gleichgewicht strebt. In einem Moment kommt für gut gemachte Arbeit auch eine angemessene Vergütung. Stimmt, manchmal muss man sich ein bisschen gedulden und bei jungen Leuten ist es oft ein Problem, dass sie alles sofort haben möchten. Wenn ich so zurückschaue – vor 10 Jahren konnte ich nicht so viel wie jetzt verdienen, weil ich mit mir nicht das gleiche Niveau wie jetzt vertreten habe. Alles muss in der richtigen Zeit kommen und es ist OK so.

In Bezug auf die Angemessenheit der Vergütung wird es jetzt oft diskutiert, ob z.B. die Influencer einen wirklichen Wert schöpfen, indem Sie ein Photo machen und mehrere Tausende dafür bekommen. Eine interessante Frage. Was schafft eigentlich ein Influencer ausser den Konsumrausch noch weiter anzukurbeln. Gilt heutzutage „ohne Fleiß kein Preis“ wirklich nicht mehr? Tja, die Welt war nie gerecht und in einem Moment des Lebens akzeptiert man es einfach. Und da es an allem eben das Gleichgewicht geben muss, vielleicht bezahlen die Influencer woanders ihren Preis, nur wir bekommen es nicht mitgeteilt. Für mich ist es enorm wichtig, mit mir selbst konform zu sein und ich würde mein Leben mit einem Influencer nicht tauschen.

Gdy marzenie staje się koszmarem

Jestem pod wrażeniem pewnej osobistej relacji, którą obejrzałam sobie na Youtube. Wypowiadała się tak na oko 35-letnia Szwajcarka. Pani była ponadprzeciętnie urodziwa i na pewno niegłupia. Nazwijmy może naszą bohaterkę Petra, nie chcę naruszać niczyich dóbr osobistych, dlatego to imię jest zmienione.

Petra już we wczesnej młodości postanowiła, że zostanie prawniczką. Wpłynął na to rozwód rodziców oraz ciąg dalszy, czyli przepychanki między rodzicami w sprawach o opiekę nad dziećmi. Petra musiała zamieszkać z ojcem (później dołączyła do nich jeszcze druga żona ojca), za to jej młodszy brat został przyznany matce. Sprawiło to oczywiście, że bardzo za tymi dwoma bliskimi jej osobami tęskniła. I cierpiała. No i tak sobie postanowiła, że jak dorośnie to będzie pomagać dzieciom w takiej sytuacji, w jakiej sama się znalazła jako nastolatka – w sensie, że to jednak dobrostan dziecka powinien być stawiany na pierwszym miejscu.

Jak można się domyślić, potem były studia prawnicze a po ich ukończeniu podjęcie pracy w kancelarii. Gdy zaczęła pracować, no to się zdziwiła, że zamiast przypadków z prawa rodzinnego, pomocy dzieciom i samotnym matkom dostawała sprawy dotyczące relacji między wspólnikami spółek handlowych a zwłaszcza tego, kto powinien dostać więcej pieniążków. Do tego zrozumiała, że sprawiedliwość można znaleźć jako hasło w leksykonie, za to w sądzie to już niekoniecznie.

Może i nie powinna się dziewczyna dziwić. No bo tak po prostu w kancelariach jest i być może pomyliła adresy. Ale z drugiej strony – gdy jest się młodym, to nie do końca zdążą jeszcze wywietrzeć z głowy ideały. Dlatego rozumiem trochę to zdziwienie, gdy na własne oczy się zobaczy, jak to wszystko funkcjonuje.

Petra wytłumaczyła sobie, że praca to tylko praca, postanowiła bardziej skupić się na innej ważnej sferze życia, oczywiście na rodzinie. Obiecywała sobie przecież, że kiedyś stworzy lepszą niż ta, w której żyła jako dziecko. Miała to „szczęście”, że na danym etapie życia się zakochała, wyszła za mąż i urodziła zdrową córeczkę. Oceniając sytuację życiową takiej dziewczyny można powiedzieć – ta to ma dobrze, tak super jej się ułożyło, ma po prostu wszystko: inteligencję, wykształcenie, rodzinę, urodę, bardzo dobre warunki finansowe (nie bez znaczenia jest mieszkanie w jednym z najbogatszych krajów świata), pracę w prestiżowej kancelarii. Patrząc na czyjeś życie z boku można jeszcze powymieniać dużo rzeczy, co ta druga osoba ma. I można lekko zazdrościć …

No tylko, że po urodzeniu dziecka przyszedł baby blues, zaczęły się kłótnie z mężem o pieniądze (może rzeczywiście lepiej, gdy ich nie ma? Nie ma się o co kłócić? ;-)))). Wkrótce mąż się wyprowadził i złożył pozew o rozwód. Petra postanowiła wrócić do pracy, do której po urlopie macierzyńskim oczywiście musieli ją przyjąć. No i przyjęli, ale niedługo potem zwolnili, bo Petra nie dawała rady łączyć wymagającej pracy zawodowej z samotną opieką nad małym dzieckiem. I w tym momencie przyszło jeszcze podejrzenie nowotworu, które ostatecznie wyjaśniło się na szczęście w tę niegroźną stronę. Czekając na wynik histopatologii Petra stwierdziła jednak, że tak w zasadzie wszystko jej jedno, jaki ten wynik będzie i postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Wysłała córeczkę niby tylko na weekend do byłego męża, a sama wzięła tabletki … Obudziła się w szpitalu, jakoś ją odratowali. Potem był jeszcze szpital psychiatryczny, jak to się stosuje w takich przypadkach zgodnie z procedurą.

A potem były jeszcze długie terapie i powolne wracanie do życia. Do wykonywania zawodu prawniczki Petra nie wróciła już na full, nie miała już na to ochoty. Postanowiła się przebranżowić i zajmuje się teraz marketingiem cyfrowym, okazjonalnie doradza z zakresu prawa własności intelektualnej, bo ta dziedzina jest akurat mocno powiązana z internetem i marketingiem. Nie jest na razie w żadnym związku, mieszka z córką. Pro bono pracuje też w telefonie zaufania, na który mogą zadzwonić osoby mające myśli samobójcze. Chodzi oczywiście o to, żeby je od tego pomysłu odwieść.

Ta opowiedziana relacja była bardzo autentyczna, było widać, że wszystkie zdarzenia pozostawiły po sobie blizny. Pewnie jeszcze trochę czasu potrzeba, żeby mogły się wygoić. Oczywiście – relacja tylko jednej strony nigdy nie będzie całkiem obiektywna, dla pełnego obrazu należałoby wysłuchać innych osób.

Można tutaj też skonstatować – niedojrzała emocjonalnie, taki dzieciak z bogatego kraju, któremu się poprzewracało w głowie. No co jej się tak w zasadzie stało – nowotwór okazał się łagodny, nie pierwsza nie ostatnia się rozwiodła i nie pierwsza nie ostatnia została zwolniona z pracy. Truła się idiotka, a przecież miała córkę. Co ma powiedzieć samotna matka czwórki dzieci, która nie wie za co je wyżywić. A do tego jeszcze jedno z dzieci jest niepełnosprawne. Jasne, można tak relatywizować. Uważam jednak, że właśnie takie porównywanie – bo ktoś inny ma gorzej, czego ty chcesz – również jest krzywdzące. Bardzo często wymaga się od ludzi takiej postawy – nie marudź, nie narzekaj, inni mają gorzej, ciesz się tym, co masz. A tak naprawdę to jest zbycie tej osoby, powiedzenie jej trochę: mam cię w dupie. Tymczasem ktoś naprawdę cierpi… Poza tym – mam wrażenie, że narzekanie jest na cenzurowanym, bo gdyby na nie pozwolić – to z kolei tego powszechnego lamentu byłoby za dużo. I wtedy wiele rzeczy przestałoby sprawnie funkcjonować, nie byłoby ogarnięte – praca, dom, dzieciaki. Chwyć się roboty! – to taka śląska rada na wewnętrzne rozkminy. No ok – można chwycić się roboty, wtedy ta robota będzie wykonana, ale … gdzie w tym wszystkim jest człowiek? Takie postawienie sprawy pokazuje, że praca (po prostu jako różnego rodzaju zadania do wykonania) jest ważniejsza od człowieka.

Cały ten przypadek jest ciekawy, bo pokazuje bolesną konfrontację marzeń z rzeczywistością. Albo utratę wiary w idee, w które naprawdę wcześniej się wierzyło. Często w takiej sytuacji są osoby, którym inni czegoś zazdroszczą. W rzeczywistości rzeczy nie są takie, jakimi się wydają. Na koniec dwa banały – wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma i trawa u sąsiada jest zawsze bardziej zielona. No banały do kwadratu, ale może warto o nich pamiętać.

Odporność jest naszą siłą. Ale wrażliwość też

Gdy myślę odporność, to co przychodzi mi do głowy jako pierwsze? Oczywiście szczepionka. Ale muszę na nią jeszcze trochę poczekać. Na drugim miejscu jest witamina D. No cóż, taki czas. Odpowiedni poziom witaminy D podobno potrafi uchronić przed ciężkim przebiegiem zakażenia wirusem. Podobno – no bo kto go tam wie, covid cały czas pokazuje pazury i chyba same witaminki aż tak bardzo go nie odstraszają. To już szczepionka bardziej. Odporność należy rozumieć oczywiście też w aspekcie psychicznym. I rzeczywiście – jakiś poziom odporności jest niezbędny, żeby przetrwać ten wyjątkowo wymagający czas. W przeciwnym wypadku – słuchając, czytając i oglądając nabiegające wciąż informacje o liczbie zakażeń i zgonów – można by sobie już w ogóle usiąść na podłodze, popłakać się i już z tej podłogi nie wstawać. Nie wspominając o medykach na pierwszej linii frontu- gdyby oni nie mieli odpowiedniej dozy wytrzymałości psychicznej – nie byliby w stanie wykonywać swojej pracy, czyli nie miałby kto ratować ludzkiego życia. Na pewno warto zatem przyjrzeć się pojęciu rezyliencji, czyli całemu procesowi adaptacji do zmieniających się warunków i wyrabiania w sobie odporności na niesprzyjające, czasami szkodliwe czynniki. A takie czynniki zdaje się właśnie mamy…

A jednocześnie – to chyba też nie o to chodzi, żeby powlec się teflonową osłonką i twierdzić, że mnie te liczby zgonów nie ruszają, bo taka już jestem odporna. Chorzy i zmarli mnie ruszają, bo przecież za każdą liczbą kryje się ludzka tragedia. Co więcej – dzisiaj w tych statystykach mnie nie ma, ale za kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt dni już mogę być. Albo ktoś z moich bliskich. I jak mam się nie przejmować?

Jeżeli ta cała pandemia miałaby coś zmienić, to – mam ogromną nadzieję – że będzie to większa czułość i wrażliwość. Wobec siebie i wobec innych. Siłą rzeczy – świat się zatrzymał i jeżeli nie ma aż tak wielu możliwości wychodzenia na zewnątrz, to człowiek zwraca się do wewnątrz. Mogą pomóc w tym mądre książki, ale też … cisza. Do tej pory byliśmy bardzo przebodźcowani, a to w ciszy docierają do nas te naprawdę ważne pytania. I to cisza podsuwa odpowiedzi na nie. W tym czasie może warto też dojrzeć tę małą dziewczynkę czy małego chłopca, którzy cały czas w nas głęboko siedzą. Nawet jeżeli ktoś ma 80 czy 90 lat. Wcześniej nie było czasu tym wewnętrznym dzieciakiem się zajmować, bo przecież tyle było do zrobienia i zazwyczaj były to „dorosłe” rzeczy – praca, spotkania, mieszkanie, samochód, ba! własne dzieci. Jeżeli ktoś jest matką albo ojcem – to czy ma jeszcze przestrzeń, żeby zajmować się sobą jak dzieciakiem? A powinien mieć. Nie chodzi tu o infantylność, czy też wyłącznie rozpieszczanie siebie. Czyli tylko jedzenie lodów śmietankowych, ciągłe strojenie się w nowe fatałaszki i kupowanie nowych elektronicznych gadżetów. Chodzi właśnie o czułość dla siebie i zapytanie: Hej Mała, jak się czujesz? A ponieważ czułość/wrażliwość jedynie dla siebie to w zasadzie egoizm – to również osoby obok nas należałoby zapytać: Hej Mała/ Hej Mały, jak TY się czujesz. Nie tylko mi jest ciężko, wiem, że Tobie też …

Powiedzieć, że przed Covidem wiele osób miało poprzewracane w dupskach, to nic nie powiedzieć. Pandemia chyba w jakimś stopniu rozwiązała część problemów typu: nie mogę się zdecydować, na co miałabym ochotę. Jest teraz tak, że często trzeba brać to, co jest dostępne, a nie to, czego dusza by zapragnęła. Może to było w jakimś sensie potrzebne.

Michael Hopf już jakiś czas temu nazwał cztery etapy cyklu cywilizacyjnego. Wygląda on tak:

  1. Ciężkie czasy tworzą silnych ludzi
  2. Silni ludzie tworzą dobre czasy
  3. Dobre czasy tworzą słabych ludzi
  4. Słabi ludzie tworzą ciężkie czasy

I tak w kółko. Od punktu 4. można wrócić już tylko do pkt. 1. W którym punkcie byliśmy przed wizytą koronowanego maleństwa? Moim zdaniem właśnie w 4. A teraz jesteśmy w pkt. 1. Czyli jest jakaś nadzieja, że gdy wirus nas opuści, znajdziemy się w pkt. 2. Tylko… co to znaczy silni ludzie? Historia, ale też życie nauczyły nas, że silni ludzie bywali okrutni, a na pewno tacy, którzy nie wahali się poświęcać róż, gdy płonęły lasy. Nie płakali zbytnio nad tymi różami. Ale może jednak teraz jest ten moment, kiedy trzeba zrozumieć, że to właśnie wrażliwość i wgląd na drugiego człowieka jest tą siłą. Świat się zmienił. Także za sprawą nowoczesnych technologii i AI – sama siła fizyczna bardzo traci na znaczeniu. Mam nadzieję, że militarna (jako odmiana siły fizycznej) jednak też. Jesteśmy trochę w innej erze. Silni ludzie to teraz dla mnie lekarze i pielęgniarki toczący codzienny bój z wirusem. To są teraz prawdziwi żołnierze, nie potrzebują karabinów. Silni ludzie to ci, którzy widzą drugiego człowieka, któremu trzeba pomóc i po prostu to robią. Bardzo życzę wszystkim, żebyśmy już wkrótce znaleźli się w punkcie drugim, stworzonym przez silnych ludzi. Silnych swoją wrażliwością i otwartymi umysłami.

Lena

Szlachta nie pracuje

W taki zabarwiony ironią sposób niektóre osoby określały swój status na facebooku. Przeważnie nastolatki, które z racji młodego wieku pracować jeszcze nie muszą, ale za jakiś czas na pewno się tego miodu związanego z pracą najedzą. Brawo za poczucie humoru! Chociaż jeszcze większe poczucie humoru mają moim zdaniem beneficjenci systemu socjalnego, którzy też określili się w powyższy sposób. Też nie pracują, też nie muszą 🙂

Naprawdę nie chcę tu wchodzić w jednostkowe sytuacje, które mogą być przecież bardzo trudne. Czasami życie pokazuje swoje ponure oblicze i – kto wie – może ja sama wyciągnę kiedyś rękę do systemu. Nigdy nie mów nigdy, czasami wystarczy jedna błędna decyzja i … i jesteśmy pod wozem 😦 Może dobrze, że ci „szlachcice” mają jeszcze dystans do sytuacji i potrafią żartować. Co więcej – myślę, że w tym krótkim zdaniu: szlachta nie pracuje, jest całkiem sporo prawdy.

Piszę tak dlatego, bo zostaliśmy wychowani w etosie pracy. Ja na pewno, specjalne podziękowania dla tatusia 🙂 Praca ma być wartością, sensem naszego życia. A tak naprawdę zostaliśmy w to bardzo mocno wrobieni. I wcale nie przez tatusiów (dajmy już im spokój), oni też zostali zmanipulowani tak samo jak my, tylko że odpowiednio wcześniej.

Piszę to, bo dla kogoś patrzącego z zewnątrz – praca na wyższym stanowisku w korporacji lub w kancelarii – może wydawać się uprzywilejowaną pozycją. I w pewnym sensie tak jest … ale nie do końca. Praca w korpo i w kancelarii jednak zawsze jest dla kogoś. Dla kogoś, kto ma pieniądze. W pierwszej kolejności dla udziałowców/ właścicieli, w korpo to juz w ogóle nie ma co do tego żadnych wątpliwości. W kancelariach w sumie też nie. Ale nawet jeżeli ktoś jest partnerem, (współ)właścicielem to i tak pracuje dla tego, kto ma kapitał, kto może zapłacić, czyli dla klientów. A ci też są różni, naprawdę. Mało jest osób pracujących wyłącznie dla idei, musimy zarabiać pieniądze, żeby po prostu przeżyć. I tak jak w niektórych poradnikach finansowych rekomenduje się zgromadzenie poduszki finansowej, aby możliwe było przeżycie sześciu miesięcy bez osiągania dochodów i spłacanie w tym czasie swoich zobowiązań – to ja pytam, co to jest te sześć miesięcy? To jest kurde NIC! A drugie pytanie brzmi – jakie zobowiązania?? Co to ma w ogóle być, że najczęściej na starcie zaciągamy potężny dług w postaci kredytu hipotecznego a potem nie mamy innego wyjścia niż harować przez długie lata, aby go spłacić. Piszę oczywiście też o sobie, bo sama spłacam kredyt we wdzięcznej walucie CHF. No i przeklinam sobie czasem z tego powodu 🙂

Dlatego zgadzam się ze stwierdzeniem, że szlachta (choć niekoniecznie już tylko w tym rodowym znaczeniu) nie musi pracować. Nie musi, bo pracuje na nią kapitał zgromadzony przez wcześniejsze pokolenia. No i pracuje na nią kapitał ludzki, który zatrudnia. A ten kapitał ludzki to np. ja. I może Ty. Kapitał ludzki i tak brzmi lepiej niż zasób, to tak na pocieszenie 🙂

Naszło mnie do napisania tego tekstu, bo nudzę się w pandemii i z tych nudów oglądam stare filmy 🙂 Zwłaszcza polskie i darmowe, dostępne na Youtube. Zobaczyłam sobie np. świetny film z 1982 r. „Pensja pani Latter”. Jest to ekranizacja części powieści „Emancypantki” Bolesława Prusa (swoją drogą ja nie wiem, co wszyscy widzieli w tym Sienkiewiczu, Prus był o niebo lepszym pozytywistycznym pisarzem ;-)) Syn tytułowej bohaterki nie pokalał się w swoim życiu robotą, czerpał pieniądze od matki. Gdy sytuacja finansowa zrobiła się trudna, on rzucił takie zdanie, które właśnie bardzo mocno mi utkwiło: „Przecież nie pójdę pracować do jakiejś kancelarii!!” Zamiast tego zdecydowanie wolał „wejść w kontakt” i robić interesy. Widzicie? W XIX w. było jasne, że ten kto musiał pracować w kancelarii, był jednak wyrobnikiem, robolkiem. Prawdziwa szlachta nie pracowała, miała kapitał i rozwiniętą sieć relacji, dzięki której się utrzymywała. Czy dużo się zmieniło? …. eeeee chyba nie za bardzo

Dobranoc. Lena

Ulżyjmy chłopakom!

Pewnie oberwie mi się za ten tekst w komentarzach. Ale trudno. Coś każe mi to napisać, więc piszę.

Rok 2020 nie sprzyjał podróżom – ani służbowym, ani tym przyjemnościowym. Nie jestem ostatnio zbyt mobilna. Przed pandemią przemieszczałam się jednak całkiem sporo. W tym służbowo. Jeżeli tylko mogłam, wybierałam pociąg. Do Warszawy zdarzało mi się latać, ponieważ cena biletu lotniczego niewiele różniła się od ceny biletu kolejowego. Dlaczego wybierałam środki publicznego transportu? Bo jestem kiepściutkim kierowcą i po prostu boję się jeździć. Zwłaszcza na trasie, której nie znam. Mam całkiem sporo koleżanek, które mają prawo jazdy czasami od dwudziestu lat, ale jeżdżą samochodem na takiej samej zasadzie jak ja. Jadą tam, gdzie umieją. A jak nie umieją, to nie jadą 🙂 Rozkoszne, prawda?

Oczywiście – są dziewczyny/ kobiety, które świetnie czują się za kółkiem i jeżdżą lepiej niż nie jeden mężczyzna. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że jeżeli na nowej i dalekiej trasie jest możliwość oddania kierownicy facetowi – większość kobiet chętnie to zrobi.

Jeżeli chodzi o mnie – zdarza mi się podjąć wyzwanie! 😉 I tak miałam np. na początku roku dwie dalsze wyprawy samochodem – z Poznania do Kalisza i z powrotem (ok. 300 km), a potem z Poznania do Włocławka i z powrotem (w dwie strony ok. 400 km). W jednym i drugim przypadku musiałam bardzo wcześnie wstać ok. 5.30, pokonać trasę, odbyć bardzo konkretne, merytoryczne, trudne spotkania z klientami trwające 4-5 godzin i wrócić tego samego dnia samochodem do domu.

No cóż, w obu przypadkach czułam się wieczorem zupełnie jak dętka. Zero sił. Co więcej – na drugi dzień potrzebowałam wręcz rekonwalescencji. Zupełnie nie miałam energii, żeby normalnie pracować.

Można powiedzieć – phi, a cóż to za wielki wyczyn – z Poznania do Włocławka ? No rzeczywiście – można się tu uśmiechnąć, ale mi było po prostu fizycznie ciężko. Można powiedzieć też – nie jesteś przyzwyczajona, to kwestia treningu. Przepraszam bardzo, treningu do czego? Do zapier…. ? No i można powiedzieć też: to, że ty słabo jeździsz, nie znaczy, że inne kobiety też tak mają (oczywiście, nie muszą tak mieć). Albo – może jesteś fizycznie za słaba do tej pracy? No fakt, nie jestem tytanem 😦

Jeżeli się tak jednak rozejrzę dookoła, to muszę stwierdzić, że ….. trudne wyzwania zawodowe podejmowali jednak raczej moi znajomi faceci niż kobiety, nawet jeżeli były bezdzietnymi singielkami. Jasna sprawa – jeżeli w domu czekają małe dzieci, to ciężko jest pogodzić częstą kilkunastogodzinną nieobecność z opieką nad nimi. Ale jeżeli dzieci są już kilkunasto- lub czasami już dwudziestoletnie, to jaka jest w zasadzie różnica między kobietą a mężczyzną w aspekcie łączenia pracy zawodowej i opieki nad dziećmi? Żadna.

Niezależnie jednak od statusu – kobieta, jeżeli ma do przeprowadzenia trudną sprawę w innym mieście, to raczej pojedzie tam dzień wcześniej, prześpi się w hotelu, a rano znajdzie jeszcze czas, żeby ładnie się uczesać i ubrać. No i bardzo dobrze, że tak robi 🙂 Facet będzie za to bardziej się starał skompresować więcej czynności w krótszym czasie, żeby w danym miesiącu/kwartale/roku zebrać więcej. Więcej klientów, więcej zleceń, więcej odhaczonych zadań. Więcej zrobione, więcej zarobione. Tak naprawdę do tego to się sprowadza.

No a poza tym – on przecież nie może pokazać, że jest słaby. Ani powiedzieć, że mu ciężko …

Czyli następnego dnia znowu wsiada w samochód o 5.30 i jedzie. Bo przecież tak trzeba. Bo jest facetem i przecież musi dać radę.

No i to jest właśnie bez sensu! Bez sensu jest zasuwanie ponad siły, żeby konkurować z innymi w najróżniejszych kategoriach: większego domu, lepszego samochodu, bardziej wypasionych wakacji, bardziej prestiżowej szkoły dla dzieci, na pewno też czasami – piękniejszej kobiety … bo muszą udowodnić, że ich na nią stać.

No i teraz napiszę to, za co spodziewam się dostać po uszach 😉 Czy nie byłoby lepiej zdjąć z nich trochę tej presji? Jeżeli jest mowa o równouprawnieniu, to zawsze wysuwa się argument o gender pay gap, czyli o tym, że kobiety za taką samą pracę jak mężczyźni zarabiają mniej. Zjawisko gender pay gap jest haniebne i nie powinno mieć miejsca. Kobieta powinna zarabiać tyle samo co mężczyzna za taką samą wykonywaną pracę. Ale podkreślę to jeszcze raz – za taką samą pracę. A ile kobiet ma ochotę pracować 10-11 godzin dziennie? Ale tak naprawdę dzień w dzień. Las rąk? Jakoś nie widzę 😉

Akurat nie mogę powiedzieć, że byłam dyskryminowana ze względu na płeć. Przez całkiem długi okres zarabiałam jak facet, bo … pracowałam jak facet. Tylko … jestem tym naprawdę wykończona 😦 Jasne, ktoś może mi powiedzieć: no słaba jesteś. Ok luz. Tzn. już mam luz.

Teraz przyszło złośliwe maleństwo w koronie i pokazało nam, że filary, na których opierał się nasz świat dość mocno się chyboczą. Natura musiała sobie odpocząć, bo to nasza konsumpcja doprowadziła ją do takiego stanu, że nie potrafiła już oddychać. No i pytanie – jaki jest sens naszego ciągłego wyścigu po kolejne dobra materialne i inne oznaki prestiżu. Co jest na jego końcu? Myślę, że Natura – może trochę w trosce o nas (?) – postanowiła odwlec jeszcze ten moment, kiedy dowiedzielibyśmy się, co tak naprawdę jest na mecie.

A efekt zrównania płac można osiągnąć też w ten sposób, że faceci zarabialiby trochę mniej. Nie chodzi mi o obcięcie im pensji czy stawek godzinowych, ale o wyznaczenie bardziej humanitarnych celów do osiągania. Dziewczynom zresztą też! Równa praca – równa płaca, wtedy jest sprawiedliwie. Na całe szczęście pandemia uświadomiła wielu ludziom, że większości rzeczy, o które tak bardzo zabiegaliśmy, wcale nie potrzebujemy. Więc może nie musimy aż tak zasuwać?

Utopia? No może trochę 😉

„Nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w oka mgnieniu”

Lubię uprawiać wszelkiego rodzaju gierki słowne, lubię rozbierać wyrazy na czynniki pierwsze. Jednak tak najbardziej zastanawiam się nad jakimś słowem, kiedy jest ono powszechnie używane a jakoś nie do końca mi pasuje. Pierwszy lepszy przykład z brzegu to zwracanie się per Pani Profesor albo Panie Profesorze do nauczycieli w szkole średniej. Oni są przecież w ponad 90 % magistrami. Też odczuwaliście lekki zgrzyt, gdy musieliście w ten sposób po raz pierwszy się odezwać? Dopiero gdy zastanowimy się nad pochodzeniem danego słowa, także nad kontekstem, w jakim to słowo jest, bądź było w przeszłości używane, to jakoś wszystko w głowie się układa. I tak właśnie rozjaśniło mi się z tym tytułowaniem licealnych magistrów, ponieważ słowo „profesor” jest w tym przypadku zaczerpnięte z francuskiego (professeur) i oznacza po prostu nauczyciela. Odnosi się zatem do pełnionej funkcji, co na pewno miało przydawać respektu, niekoniecznie za to osoba, do której się tak zwracamy, musi mieć nadany tytuł naukowy profesora.

Jeszcze kilka razy doznałam takich „olśnień”, kiedy powiedziałam do siebie: Aha! a więc o to tak naprawdę chodzi! Jakoś tak zupełnie inaczej zaczęłam rozumieć słowa, których przecież używałam od X lat. Dlatego – no właśnie – „nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w oka mgnieniu” (Uwielbiam zespół Raz dwa trzy za ich świetne teksty. Za muzykę oczywiście też)

Takim słówkiem, którego nie rozumiałam wcześniej był np. „żywot” używany w najbardziej znanej modlitwie: i błogosławiony owoc żywota Twojego. Myślałam, że chodzi tu po prostu o życie. Bo przecież – kara dożywocia, dokonać żywota itd. A w tej modlitwie „żywot” oznacza brzuch. Może dla kogoś jest to oczywiste, ale dla mnie akurat nie było. Pokapowałam się, że coś nie gra, ponieważ zarówno w tłumaczeniu niemieckim, jak i angielskim użyte jest w tym miejscu słowo oznaczające ciało ew. łono. No i żywot to także po rosyjsku brzuch, pewnie w staropolskim języku też tego słowa używano, ale to już nie mi badać.

Garsonka. Garsonka to „ubiór damski złożony z żakietu i spódnicy” – cytując za Wiki. Jakoś nigdy nie czułam się specjalnie komfortowo w garsonkach i może dlatego odeszłam z korporacji, w której obowiązywał dresscode 😉 Garsonka ma być damskim odpowiednikiem męskiego oficjalnego stroju tj. garnituru. Ale gdy popatrzymy sobie na etymologię tego słowa, to widzimy że pochodzi ono od francuskiego garçon czyli od słowa chłopiec. I coś jest na rzeczy, bo krój garsonki jest taki bardzo prosty, no taki męski trochę. Czyli w garsonce – mimo że ma spódnicę – i tak wygląda się trochę jak facet. Odkąd przestawiłam się na lżejsze spódnice i sukienki to jakoś mi lepiej 🙂

Jesteś nienormalna! :-)) Tak, owszem słyszałam kilka razy 🙂 Na pewno zwrot normalny/ nienormalny jest starszy niż cała nauka statystyki i rachunku prawdopodobieństwa. Ale liźnięcie statystyki bardzo pomaga w zrozumieniu, co znaczy być „normalnym”. Jest taki ładny wykres rozkładu normalnego i wygląda on tak:

źródło: Wikipedia

Chodzi o to, że najwięcej osób będzie wykazywało jakąś cechę, która jest bliska średniej (te pola zaznaczone na ciemnoniebiesko). Jeżeli odstajemy (jesteśmy po bokach tego rozkładu), to już tak całkiem normalni nie jesteśmy. Można być normalnym pod względem jednej cechy, a pod względem innej już nie. Ja np. mam 170 cm wzrostu i pod tym względem jestem „normalna” w populacji polskich kobiet, bo na pewno mój wzrost mieści się w środkowych wynikach. Ale biorąc pod uwagę inne kryteria mogę już być nienormalna i jakoś mi to specjalnie nie przeszkadza 🙂

Niewiasty i wiedźmy. Znaczenie tych wyrazów odkrył także Roman Dmowski, który powiedział: „kobiety dzielą się na te, które nie wiedzą nic, czyli niewiasty, oraz te, które wiedzą wszystko – wiedźmy„. Dmowski powiedział to z lekkim przekąsem, taki żarcik słowny. Okropne jednak, gdzie widziano kiedyś miejsce tzw. niewiasty. Najlepiej, żeby nic nie wiedziała, bo wtedy będzie pokorna, potulna i … posłuszna. A jakie będzie miała wtedy inne wyjście. Co te kobiety mogły, jeżeli nie miały żadnej samodzielnej pozycji i wykształcenia … Najgorsze jest, że takie spojrzenie także dzisiaj niektórym się podoba …. 😦 😦 😦 A wiedźmy? Przedstawiano je wyjątkowo paskudnie. Tak naprawdę to były bardzo mądre a często także piękne kobiety, które nie pasowały do systemowego obrazka. Rozprawiano się z nimi wyjątkowo okrutnie.

Posiłek. Wiadomo – jeść trzeba. Najlepiej pięć posiłków dziennie – to z punktu widzenia dietetyki. Ale już językowo posiłek jest po to, żeby się posilić, żeby zdobyć siły do działania, do życia po prostu. Nie zapominamy o tym przypadkiem? Czy foodporn jest posiłkiem?

Spirytus. To akurat bardzo proste. Słowo pochodzi od łacińskiego „spirit” czyli duch. A ja się dziwiłam, że mój dziadek tak lubił herbatę „z duszkiem” 😉

Emocje. W polskim języku tego tak nie widać. Ale podzielone angielskie słowo e-motion zawiera w sobie ruch. Tak, emocje to ruch czyli energia. Czy można tłumić emocje? Owszem można. W zasadzie bardzo często oczekuje się od nas trzymania emocji na wodzy. Ale do czego to prowadzi. Przecież nagromadzona energia musi wybuchnąć. I albo w końcu wybucha ze zwielokrotnioną siłą, albo niszczymy siebie od środka. Bo jeżeli nie następuje eksplozja, to następuje implozja. A zatem – można tłumić emocje (w sensie nauczono nas już tego), ale nie powinno się tego robić. Na pewno tak będzie dla nas zdrowiej.

powiedzieć. Wystarczy podzielić słowo i otrzymujemy po-wiedzieć. Czyli najpierw trzeba wiedzieć, a potem dopiero mówić 😉 No niestety chyba zbyt często kolejność jest odwrotna.

No i tak się można bawić tymi słówkami – półsłówkami. Nudzę się trochę w tej pandemii, to wymyślam 🙂 Żeby mieć tylko takie problemy, że nuda – to nie będzie jeszcze tak źle. Musimy to jakoś przetrzymać. Uważajcie proszę na siebie – DDM.

TETRIS

Cube, Tetris, Play, Blocs, Bloc

Pamiętacie grę Tetris? Z Tetrisem jest trochę jak z nauką rosyjskiego w podstawówce 😉 Od razu człowiek się zdradza, ile ma lat ;-))))))

No to tym, którzy nie załapali się na rosyjski w podstawówce, już wyjaśniam 🙂

Tetris to była kultowa gra komputerowa, graficznie banalna i pewnie dzisiejsi gracze uznaliby ją za szczyt prymitywizmu. Jednak albo w tej prostocie właśnie tkwiła jej genialność, albo może działało to wtedy na zasadzie: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma 😉

Tetris polegał na tym, że z góry spadały różne figury geometryczne, złożone z kwadratów i trzeba było szybko obrócić tę figurę w ten sposób, aby wpasowała się kształtem do ułożonych już figur w dolnych rzędach. Gdy cały rząd wypełniony był już kwadracikami, to ten cały rząd znikał. Najgorsze było, gdy za szybko zbudował się „murek” do samej góry, bo wówczas był game over.

Dzięki Tetrisowi można było bardzo dużo się nauczyć. Szybkości działania i podejmowania decyzji, dopasowywania kształtów „na oko”, tego, że jeden felerny ruch powoduje, że cała gra jest przegrana…

Ale Tetris pokazał mi też, że kto się dopasuje, ten …. znika. Razem ze wszystkimi innymi, którzy też się dopasowali. Nie ma ich. Nie trzeba się nimi zajmować.

A w życiu tak przypadkiem nie jest? Ci wszyscy, którzy chcą dla nas tak dooobrze- czy nie oczekują od nas po prostu wpasowania się w społecznie pożądane role? Najpierw merytokratyczne formowanie od małego. No a potem praca, żeby grzecznie płacić podatki, a także żeby zasilać zarobionymi pieniędzmi gigantyczną gospodarczą machinę, która niestety wiecznie jest głodna, niemożliwa do nasycenia. No i jeszcze jeden obowiązek do spełnienia – posiadanie dzieci, bo ktoś musi przecież finansować ubezpieczenia społeczne w przyszłości. Dzieci absorbują oczywiście też uwagę i środki, co zazwyczaj sprawia, że ich rodzicom dość szybko wietrzeją z głowy pomysły, aby samemu zrobić coś szalonego. Trzeba być przecież odpowiedzialnym. Jeżeli ktoś odhaczy te wyznaczone zadanka – to jest w miarę OK, nie musimy się nim specjalnie zajmować, bo on/ ona nie sprawia problemów. Zauważyliście coś takiego? Że w zasadzie najwięcej uwagi jest poświęcane osobom, które właśnie poza system się wyłamują? W kontekście ostatnich wydarzeń nie sposób nie wspomnieć o osobach LGBT, bo one właśnie miały czelność poza systemowe ramki wychynąć. I jakoś tak mi się wydaje, że największym „przewinieniem” tych osób jest właśnie to, że one mogą coś naruszyć. Że wyłamie się element z systemu, który przecież tak dobrze funkcjonuje i tak mocno się trzyma. LGBT to jednak tylko przykład. Generalnie najlepiej by było, gdyby wszyscy żyli według jednego wyznaczonego modelu… Historia zna niestety bardzo niechlubne przykłady sytuacji, gdy próbowano zrównać wszystkich. Najlepiej odzwierciedlają to słowa: Gleichschaltung po niemiecku i urawniłowka po rosyjsku. To tylko tak ku przestrodze …

Ale wracając do współczesności – kto w ogóle się interesuje, czy osoby żyjące według jednego słusznego modelu są szczęśliwe? Czy chociaż jeden raz jakiś Urząd Skarbowy w Polsce podziękował komuś, że przez 20-30 lat sumiennie płaci podatki? Niestety oni mają tylko kij, o marchewce nie słyszeli. A szkoda. Czy ktoś docenia, że codzienne życie w najwłaściwszym schemacie, czyli praca, dzieci i dom bardzo często oznacza po prostu ciężką harówkę? Czy poświęca się w ogóle uwagę tym ludziom, dzięki którym ten cały „najwłaściwszy” system funkcjonuje i może funkcjonować dalej?

Dopasowałaś/ dopasowałeś się? OK, zajmijmy się tymi, co jeszcze dopasowani nie są. Aż zrozumieją, że dopasowanie będzie dla nich najlepsze …

Jeżeli ktoś nigdy nie grał w Tetris, polecam odnalezienie tej gry w jakiejś aplikacji i spróbowanie. W Tetris dopasowanie jest sukcesem. A w życiu? Odpowiedź zostawiam każdemu na dobranoc 🙂

biuro prawie zero waste

No kurczę, chyba się udało! Daleko mi do ideału, jeżeli chodzi o eliminowanie odpadów w ogóle, ale widzę u siebie bardzo duży postęp w tym zakresie. I bardzo, ale to bardzo mnie to cieszy.

Koronawirusowi mamy do „zawdzięczenia” na pewno ogromny skok cyfrowy. Tam, gdzie tylko to było możliwe,  pożądaną formą kontaktu była forma elektroniczna. Niesamowicie pomogła tu platforma epuap, dzięki której możliwy był kontakt ze zdecydowaną większością organów administracji publicznej. Jeżeli ktoś nie zarejestrował się jeszcze na platformie – naprawdę zachęcam, bo można w ten sposób załatwić bardzo wiele urzędowych spraw. Nie trzeba stać w kolejkach w urzędzie czy na poczcie, o ile chcemy wysłać list. Kopia naszej korespondencji pozostaje na serwerze publicznym, więc raczej nie zginie. No i  jak ogromna jest ilość zaoszczędzonego papieru, a tym samym uratowanych drzew!

Drugą zmianą, która pomogła ograniczyć  ilość wykorzystywanego papieru, było przestawienie  korespondencji z klientami wyłącznie na mailową. W marcu i kwietniu było to oczywistością. Jakże innego znaczenia nabrał dopisek na końcu maila – korespondencja wolna od wirusów! 😉 Oczywiście mógł zdarzyć się wyjątek, kiedy bezwzględnie wymagany był oryginał, ale przyjmijmy, że był to właśnie wyjątek potwierdzający regułę. Po zakończeniu lockdownu – okazało się, że dalej można pracować w ten sposób. Akurat moim klientom bardzo się spodobało, że nie musieli przesyłać dokumentów pocztą czy kurierem i chyba już tak zostanie. Ale zauważyłam dalszą zmianę mojego zachowania – wcześniej nawet jeżeli otrzymałam zeskanowaną korespondencję – prawie wszystko drukowałam. A teraz przestawiłam się na pracę na dwóch monitorach, przy czym za monitor, a w zasadzie  zastępczą drukarkę może  robić drugi laptop. Pracowałam głównie z domu i nie chciałam zarosnąć stertami wydruków. Tak się przyzwyczaiłam, że chyba już pozostanę przy tej metodzie pracy na dwóch komputerach. Aha,  technika idzie do przodu i coraz częściej dane są wczytywane z jednego systemu do drugiego. Oznacza to, że nawet żadne skany nie są potrzebne, a jedynie pliki xml.

Coś jeszcze?  Jeżeli ktoś nie przestawił się jeszcze na e-faktury od swoich dostawców (także za prywatne sprawy typu prąd czy internet) – chyba najwyższy czas to zrobić 🙂

OK, napisałam o ograniczaniu papieru. Jasna sprawa – wydruk to nie do końca odpad. To jest raczej dokumentacja, którą należy starannie przechowywać. Taaaak, rozumiem to. Mam jednak już system archiwizacji na dysku, a do tego robię potrójną kopię danych. Przeżyłam kilka lat temu atak  hakerski  i  naprawdę wiem, jak ważna jest ochrona danych. Dlatego – róbcie kopie, proszę Was. W pewnym sensie wydruk to jednak też jest odpad, ponieważ w biurach drukowało się zdecydowanie za dużo. Wszystkie wersje próbne, zbędne załączniki, wydrukowane materiały źródłowe – to wszystko lądowało w niszczarce, a na koniec na śmietniku. Ponieważ udało się teraz baaardzo ograniczyć zużycie papieru, wystarczy mi chyba jeden toner do drukarki rocznie. Aż trochę się boję, że ten tusz mi zaschnie 😉  Nie pamiętam już też, kiedy ostatni raz kupowałam segregatory, koperty, koszulki itd. czyli te wszystkie biurowe materiały. Z drugiej strony – mam zaprzyjaźnionego sprzedawcę w sklepie z takimi artykułami i chwilami bardzo mi go żal, bo przecież nie tylko ja przestałam u niego kupować.  On już wie jednak , że musi jakoś przestawić swój biznes, zaczął oferować inne usługi, mam ogromną nadzieję, że sobie chłopak poradzi.

A inne sprawy?

– teraz na topie jest ta cała dezynfekcja. W biurze też przecież trzeba dezynfekować te wszystkie klamki, uchwyty, kontakty itd. Akurat tutaj najbardziej ufam spirytusowi wymieszanemu z polską poczciwą wódką. Kupuję po prostu szklane „połówki”. A szkło to taki odpad- nie odpad

– ostatnio zachwyciłam się starymi dobrymi wkładami do długopisów typu ZENIT. Są naprawdę rewelacyjne. Nie kupuję już w ogóle plastikowych pisaków i długopisów.

– wróciłam do starego dobrego ekspresu przelewowego do kawy i używam wielorazowego filtra. Wcześniej piłam kawę z kapsułek, ale podczas epidemii był problem z dostawą tej kawy do „mojego” sklepu. No i chyba zostanę już przy tym starym przelewowym ekspresie.

– pracuję teraz głównie z domu, ale jeden lub dwa dni w tygodniu jadę do biura. Jest lato, więc jeżdżę rowerem. Wcześniej jeździłam samochodem. Nie emituję spalin ani CO2.

– segreguję w pracy śmieci bio. Kupiłam też worki kompostowalne, w których możne te odpady bio wyrzucać. Dzięki temu czuję się rozgrzeszona, bo śmieci bio zapakowane w worek kompostowalny to nieszkodliwy odpad. W  bio lądują także fusy od kawy. Kapsułki, których używałam wcześniej, musiały być wyrzucone oczywiście do zwykłych śmieci.

– nie chodzę teraz do kawiarni, czyli nie generuję papierowo- plastikowych kubków

– piję filtrowaną wodę z kranu, a dla klientów – no i dla siebie czasem też- kupuję wodę wyłącznie w szklanych butelkach. Naprawdę da się.

– no i nie bez znaczenia – w roku 2020 było o wiele mniej okazji, żeby się pokazać. Potrzebowaliśmy zatem, a raczej powinnam napisać – potrzebowałyśmy – o wiele mniej wyjściowych ciuchów. To na pewno oszczędność w portfelu, ale także ostatecznie mniej tych ubrań trafi na śmietnik

– gotuję wyłącznie samodzielnie w domu, do biura zabieram  jedzenie w wielorazowym lunchboxie. Zero styropianów i plastików.

Coś jeszcze? Jeżeli macie jakieś dalsze pomysły – to bardzo proszę się podzielić. Jeżeli pomysł będzie wykonalny na pewno chętnie skorzystam. Z góry dziękuję 🙂

 

 

 

 

zamień korporację na kooperację

I jak? Robicie już zawodowo tylko to, co kochacie? Jak dla mnie jedna z największych ściem naszych czasów. Że trzeba kochać pracę. To chyba bardziej jest manipulacja – masz zasuwać, ale jednocześnie być z tego powodu mega zadowolona/zadowolony. A już na pewno nie wolno narzekać. Owszem, są pewne kreatywne zajęcia, kiedy powstaje coś zupełnie nowego,  jest wtedy  przypływ endorfin i  ten „twórca” może czuć się naprawdę szczęśliwy. Czasem udaje się też zakończyć jakiś projekt, towarzyszy temu poczucie spełnienia, może duma, rośnie poczucie własnej wartości, a do tego udaje się zarobić. Super. Są też zawody, których wykonywanie ma głęboki sens, ponieważ od dobrze wykonanej pracy zależy zdrowie i życie drugiej osoby – jak w przypadku lekarzy, ale też strażaków, ratowników itd.  Z kolei od podejścia np. nauczyciela do swojej pracy może zależeć przyszłość młodego człowieka, ponieważ nauczyciel zarazi go jakąś pasją, zainspiruje i odpowiednio ukierunkuje. Przykłady można by mnożyć. Czyli generalnie praca ma sens. Ale nie oszukujmy się – wzniosłych momentów w pracy jest raczej mało. Może 10 – 15%? Reszta to rzemiosło. Praca pochłania oczywiście mnóstwo naszej energii i czasu. O ile energię można jeszcze trochę odbudować, to ten czas przeznaczony na pracę jest niemożliwy do odzyskania. Dlatego dobrze byłoby chyba spojrzeć na sprawę w ten sposób, że pracodawca płaci nie tylko za wykonaną pracę, ale też za kawałek życia swoich pracowników. Ponieważ to młodych ludzi zatrudnia się do tzw. orki, ponieważ mają oni jeszcze siły i potrzebują pieniędzy – praca niestety bardzo często zabiera też młodość. Można powiedzieć – jeżeli ktoś na to pozwoli – to jemu zabierze. Ale system jest jaki jest. Jego założenia bardzo często są sprzeczne – z jednej strony odjechane w kosmos oczekiwania i presja na wyniki, a z drugiej kąśliwe uwagi – zwłaszcza w stosunku do kobiet, które się w tę pracę zaangażowały i ileś lat na nią poświęciły – że jest już stara. Przy czym  ta kobieta ma ok. 35 lat! Rzeczywiście bardzo stara.

I żeby nie było, że tylko narzekam. Mojej pracy nie kocham, bo to jest po prostu za duże słowo, zarezerwowane też chyba dla innych dziedzin życia. Ale w miarę ją lubię, bo mam już opanowany warsztat, mogę moją wiedzą i doświadczeniem wymiernie komuś pomóc, a nawet usłyszałam kilka razy – uratowała nas Pani.  Piękne kwiaty dostałam też parę razy w podziękowaniu i to są te momenty, które dają siłę, żeby robić dalej to, co się robi. Ale jak najbardziej mam też chwile zwątpienia, zmęczenia i takiej niechęci do pracy, że wolę już chyba depilować nogi. I rzeczywiście wybieram czasem tę depilację, a praca sobie czeka.

Dlatego trochę wkurzają mnie złote rady typu – odkryj dziedzinę, którą kochasz, potem znajdź kogoś kto Ci za to zapłaci. I dalej – w ten sposób ani dnia nie spędzisz w pracy, za to każdy dzień będzie  realizacją Twojej pasji.

Jakoś dziwnym trafem te nowe zajęcia, które ktoś odnalazł  i które tak kocha, są takie … niemerytoryczne. To może być założenie agroturystyki, szycie lalek czy misiów, jakieś inne rękodzieło itp. Do wykonywania tych zajęć bardziej potrzeba talentu, jakiegoś zmysłu niż gruntownego wykształcenia. Z jednej strony fajnie, że się komuś udało.  Pokazywałoby to też, że ta cała merytokracja rzeczywiście jest takim oszustwem, na które miliony ambitnych osób na świecie dało się nabrać. W rzeczywistości, aby się realizować, żadne studia nie są potrzebne. Z drugiej strony – no ktoś musi te merytoryczne prace wykonywać. Co by było, gdyby wszyscy porzucili np. mało uwzniośloną księgowość? I jeszcze taki mały szczegół, że do założenia konkretnego własnego biznesu potrzebne są na początek konkretne pieniądze. O tym też często podczas udzielania złotych rad jakoś się  zapomina.

Drugą grupką osób, które zostawiły za sobą korpo i robią już tylko to, co kochają, są ci wszyscy „nauczyciele życia”. Tylko ilu może być nauczycieli jogi, trenerów, coachów i szkoleniowców od wszystkiego i niczego?

I tu pytanie – czy jeżeli ktoś jest specjalistą w swojej dziedzinie, poświęcił rozwojowi zawodowemu ileś tam lat i jest naprawdę dobry w tym, co robi – powinien to całkowicie rzucić, jechać w Bieszczady i produkować ser? Nie szkoda jednak trochę tej całej wieloletniej inwestycji w siebie? Tego całego włożonego wysiłku? Stopniowo dochodzę do konkluzji, że najczęściej nie praca sama w sobie jest zła,  ale zasady, na jakich trzeba ją wykonywać. Bo są idiotyczne procedury, bo jest hierarchia, bo są za krótkie terminy, bo szef idiota a koleżanka/ kolega kopie dołki pod współpracownikami.

Lekarstwem może być w mojej opinii przejście na freelance,  zajmowanie się jednak w dalszym ciągu tym, na czym się znamy. Oczywiście – są plusy i minusy takiego rozwiązania. Po iluś latach takiego funkcjonowania mogę powiedzieć, że największą zaletą dla mnie jest to, że sama ustalam zasady. Generalnie pracuję trochę mniej niż na etacie. Mogę też odmówić przyjęcia  zlecenia, jeżeli mi ono nie pasuje. W korporacji raczej jest to trudne do wyobrażenia, o ile ktoś dostaje polecenie od przełożonego.  Dużą zaletą własnej działalności jest także dywersyfikacja klientów, czyli to, że nasz los nie jest zależny od jednej osoby – od jej dobrego lub złego humoru.

Zanim postawimy wszystko na jedną kartę, zagramy va banque i spalimy za sobą wszystkie mosty – pomyślmy. Na skutek splotu różnych okoliczności oraz dokonanych wyborów na różnych etapach życia – wpadliśmy w dziedzinę, którą się zajmujemy, trochę jak śliwka w kompot. Ale może ta dziedzina wcale nie jest taka zła, a przede wszystkim – nauczyliśmy się już w tym kompocie bardzo dobrze pływać. Czasem wystarczy zmienić tylko kilka elementów układanki, zamiast rozwalać wszystkie klocki i budować wszystko całkowicie od nowa. Z jednej strony podziwiam odwagę tych, którzy potrafili zagrać va banque. Wiem jednak o sobie, że ja takiej odwagi nie mam. Zamiana korporacji na kooperację, czyli pracy na współpracę, to też jest jakaś opcja. Naprawdę nie jest najgorsza. Wiem, wiem – strefa komfortu. Ale sprawa też nie może być postawiona w ten sposób, że trzeba zaryzykować wszystko. Bo nie łudźmy się – ci, którzy tak bardzo namawiają do rzucenia wszystkiego, oddychania pełną piersią i realizacji wyłącznie własnych pasji – oni nam nie pomogą, jeżeli nam się nie uda. Ważne jest, żeby zasady według których funkcjonuję,  mi odpowiadały.

Jak już przejdę na ten freelance, to na pewno powstaje bardzo zasadne pytanie – ale skąd wezmę klientów? Nie, nie, nie, nie. Nie podbieramy klientów swojemu byłemu pracodawcy. Bardzo się cieszę, że mam czyste sumienie w tym zakresie. Ja akurat wierzę w zasadę systemu czyli tego, że wszystko dąży do równowagi. Jeżeli naprawdę coś potrafimy i mamy coś do zaoferowania, do tego można to zobaczyć w profesjonalnych portalach społecznościowych typu linkedin – klienci wcześniej czy później nas znajdą. Możemy też odpowiadać na ogłoszenia o pracę, zaznaczając jednak od razu, że możliwa jest forma współpracy wyłącznie  w formie B2B.

Myślę, że ten freelance’owy model będzie coraz częściej występował. Duża część informatyków funkcjonuje już w ten sposób. Także czas epidemii pokazał, że możliwych jest wiele rzeczy, których wcześniej nawet się nie rozważało. Czytałam np., że wiele osób (nie tylko freeelancerów, ale także osób zatrudnionych na etat, pracujących zdalnie) rozważa wyjazd na 1-2 miesiące np. do Grecji czy Hiszpanii, wynajęcie tam apartamentu i wykonywanie stamtąd pracy. Żeby po prostu sobie pożyć w innym kraju, a nie jechać tam wyłącznie z biurem podróży na wakacje. Generalnie  super pomysł i zamierzam go kiedyś zrealizować, poczekam jednak trochę, aż wirus  się uspokoi.