Jak zaoszczędzić trochę pieniędzy

dollar-3289367_1920

Też macie wrażenie, że ostatnio wszystko bardzo zdrożało? Nie chodzi tu zresztą o wrażenie, bo wskaźniki inflacji mówią same za siebie.  Tyle tylko, że wskaźnik inflacji też może być nieco mylący, ponieważ opiera się na uśrednionym koszyku dóbr i usług, a akurat ja nie muszę niektórych artykułów z tego koszyka nabywać. Tzn.  mogła np. potanieć stal, a ja ze stali mogłam nie kupić nic lub prawie nic, a pośrednio też korzystam z niej raczej w ograniczonym zakresie (tzn. z tych nowych inwestycji, do których stal została użyta- bo tylko na te może mieć wpływ spadek ceny stali; stal to przy tym tylko przykład). Subiektywne odczucie jest na pewno takie, że uciekają mi pieniądze. Wzrost cen w ostatnim czasie (2-3 lata) nie powinien w ogóle dziwić nikogo za bardzo, bo z wiadomego powodu na rynek trafiło więcej pieniędzy, a jedno z elementarnych praw ekonomii mówi, że wpuszczenie dodatkowych pieniędzy do obiegu powoduje, że ceny idą w górę.  Ja naprawdę nie jestem jakimś centusiem, obracającym dwa razy każdą złotówkę przed jej wydaniem. Ale wkurza mnie, że przy takiej samej pracy jak  wcześniej stać mnie na mniej. I nie chodzi mi o to, że nie mam co włożyć do garnka, zgrzeszyłabym, gdybym zaczęła na swoją sytuację bardzo narzekać. A jednak muszę jakoś bardziej uważać.

Standardowo w tego typu poradach zaleca się skrupulatne notowanie wydatków, aby móc prześledzić, gdzie pieniądze się rozchodzą. Czyli prowadzenie dzienniczka wydatków? Świetne postanowienie noworoczne! Tylko kto w nim wytrwa? Bez przesady, nie każdy musi być księgowym. Celem ma być oszczędzanie, a nie generowanie dodatkowej pracy samej w sobie. Na pewno jednak warto usiąść raz a porządnie i wypisać podstawowe pozycje kosztowe, które co miesiąc musimy ponosić – czyli rata kredytu lub czynsz, opłaty, ubezpieczenia, przedszkole lub szkoła dla dzieci itd. Na tym za bardzo nie zaoszczędzimy. Po odjęciu tych stałych wydatków od miesięcznego dochodu – z kwoty, która pozostała postarajmy się przelewać co miesiąc jakąś sumę na drugie konto – nazwijmy je oszczędnościowe i nie ruszajmy tych pieniędzy, no chyba że naprawdę  coś by się wydarzyło, czego nie życzę. Reszta musi wystarczyć na życie, przy czym życie to jedzenie, ubranie, bieżące wydatki na dom i samochód, przyjemności i jeszcze obowiązkowo jakiś bufor. Nawet niewielki, ale musi być. Budżet nie może być tak napięty, że aż trzeszczy. Paradoksalnie – całe to planowanie można o kant stołu rozbić, jeżeli wszystko jest rozpisane co do złotóweczki. Życie to nie matematyka.  Aha – pożyczki chwilówki nie istnieją. Nie ma takiej opcji jak finansowanie bieżącej konsumpcji z pożyczek krótkoterminowych, po prostu nie ma. Nie ma też opcji niespłacania w terminie karty kredytowej. Kropka.

No ok, to oszczędzamy. Moje 15 sposobów wygląda tak:

1. wypowiedzenie abonamentów

Celowo wymieniłam abonamenty na pierwszym miejscu. Miesięczna kwota może nie wydawać się zbyt wielka, ale praca nauczyła mnie analizować wszystkie koszty w ujęciu rocznym. Przy przemnożeniu wszystkich abonamentów przez 12 powstaje już całkiem pokaźna sumka, za którą moglibyśmy sprawić sobie coś dużo fajniejszego. Najbardziej „niebezpieczne” są przy tym abonamenty, które ściągają się same z konta, ponieważ podaliśmy numer karty kredytowej lub debetowej. Co więcej – czasami  wcale nie korzystamy ponownie z tych raz zakupionych usług albo robimy to jedynie  sporadycznie. Czyli abonamenty te nie są nam wcale potrzebne, a cały czas opłaty za nie są pobierane z naszego konta. Niekiedy przez taką bierną postawę abonament potrafi się naliczyć za parę lat  i wtedy to naprawdę z opłat za wszystkie okresy uzbierałaby się kwota, która wystarczyłaby na fajne wakacje. Co więcej – usługodawcy są oczywiście sprytni, mają dopracowane w szczegółach regulaminy, na które się zgodziliśmy i wcale nie jest łatwo taki abonament wypowiedzieć. No ale w końcu zazwyczaj się udaje i można powiedzieć uff.

Oglądam bardzo mało telewizji, dlatego ostatnio pozbyłam się telewizji kablowej, ponieważ stwierdziłam, że nie potrzebuję wszystkich tych programów, pomijając już to, że po prostu nie jestem zadowolona z oferty. Wykupiłam za to dostęp internetowy tylko do jednego kanału informacyjnego (ogląda się normalnie na ekranie telewizora). W rezultacie zamiast dotychczasowych 70 PLN/m-c  płacę  30 PLN. Oszczędność 40 PLN x 12 = 480 PLN – będzie na 2-4 bilety do teatru lub na koncert 🙂 Oczywiście – mogłabym zrezygnować zupełnie z TV i nie płacić tych 30 PLN, ale jakoś nie jestem na to gotowa. Nie wiem też, czy w ogóle będę.

Jeżeli chodzi o pozwolenie się naciągnąć – nie jestem wcale aż taka przezorna. Potrzebowałam np. program do konwersji plików pdf na word. Program  kosztował 30 EUR, trzeba było zapłacić kartą i ja się na to zgodziłam, bo nie chciało mi się przepisywać tekstu. Usługę wykorzystałam raz. A dopiero po pięciu miesiącach odkryłam (na koncie, nie inaczej), że te 30 EUR firma ściągała sobie co miesiąc. Trochę trzeba było się nagimnastykować, żeby wypowiedzieć ten  „abonament”.

W ogóle wśród usługodawców jest teraz taka tendencja, żeby jak najwięcej usług oferować w abonamencie (nie tylko dla osób fizycznych, ale też dla firm), ponieważ miesięczna kwota nie wydaje się jakaś ogromna i klient uważa, że może sobie na to pozwolić. Usługodawcy wiedzą jednak co robią – suma kwot zapłaconych jako opłaty abonamentowe prawdopodobnie będzie dużo wyższa niż jednorazowy zakup usługi i zapłacenie za nią z góry.

2. rezygnacja z nowego smartfona przy przedłużaniu umowy telekomunikacyjnej

Czy naprawdę potrzebujemy nowego smartfona co 2 lata, jeżeli ten „stary” jest jeszcze dobry? Ja też niestety dałam się raz nabrać, bo sprzedawcy mają swoje techniki i zostałam zapytana mniej więcej w ten sposób: płaci Pani wysokie rachunki i jest Pani naszą lojalną klientką od X lat, czy nie chciałaby Pani w nagrodę dostać nowego iPhona za 80 PLN? No cóż, brak czujności plus naiwność sprawiła, że chciałam tę „nagrodę”. No i spłacałam ją następnie po 80 PLN przez 24 miesiące. Ostatnio znowu przedłużałam umowę, ale tym razem podziękowałam za nowego smartfona, a w zamian za to obniżono mi abonament (a propos punktu 1. abonament za usługi telekomunikacyjne to jedyny, który teraz posiadam). Rezygnacja z nowego sprzętu jest przy okazji zachowaniem bardzo eko, ponieważ do produkcji tych wszystkich technologicznych cudeniek zużywane są cenne surowce. Odmawiając sobie nowego telefonu nie dokładamy kolejnej cegiełki do dewastacji środowiska.

3. korzystanie z aktywności, które są bezpłatne

Dużo przyjemnych i pożytecznych rzeczy jest dostępnych zupełnie za darmo. Mam tu na myśli zwłaszcza długie spacery, kontakt z przyrodą oraz bieganie, które dla mnie jest jednak najlepszym sportem. Tak samo jest z praktykowaniem jogi przy youtube. Joga jest bardzo indywidualna i naprawdę uważam, że ćwiczenie jej samemu ma większy sens niż w zatłoczonej sali. Jeżeli chodzi o sport – każdy może znaleźć dla siebie dziedzinę, która mu odpowiada, a która przy tym nie kosztuje nic lub prawie nic. Zostawmy sobie granie w golfa na trochę późniejszy okres życia 😉 Oczywiście jeżeli ktoś ma kartę multisport lub podobną wykupioną przez pracodawcę – należy z niej korzystać ile można.

4. Filmy i muzyka z reklamami

Chcemy oglądać filmy i słuchać muzyki oczywiście legalnie. Alternatywą dla wykupienia abonamentów, o których było wyżej, jest przyzwolenie na reklamy. Też ich nie lubię. Ale po pierwsze nie oglądam filmów jakoś bardzo dużo  (a seriali w ogóle) i również dlatego  nie widzę sensu kupowania abonamentu. Kupuję za to czasem film smsem (co i tak jest tańsze niż dvd, a poza tym jest niematerialne czyli nie generuje śmieci)  lub oglądam film z reklamami.

Jeżeli chodzi o muzykę – jestem staroświecka i kupuję sobie płytkę, jeżeli jestem na nią naprawdę zdecydowana. Albo słucham na youtube z reklamami.

5. wymienianie się książkami ze znajomymi

Moje dwie przyjaciółki podobnie jak ja sporo czytają i gdy się spotykamy,  po prostu siebie pytamy: – Co ostatnio czytałaś? – A to i to. – O, też bym chciała to przeczytać, pożyczysz mi? – Jasne. A Ty co masz fajnego?

I tak to działa. Nie trzeba wszystkiego kupować i mieć tylko dla siebie. Korzyść jest jeszcze taka, że z naszymi bliskimi znajomymi mamy w miarę zbliżone zainteresowania, dlatego jest duża szansa, że to co mamy do zaoferowania będzie trafiało w gust odbiorcy. Po prostu. Z przyjaciółkami pożyczamy sobie  też czasem jakieś ciuszki i to też jest fajne.

6. samodzielne wykonywanie kosmetyków i domowych detergentów

U mnie zaczęło się od nadwrażliwości na silne chemiczne zapachy.  Do tego mam atopową skórę, która „odzywa się” zwłaszcza w stresujących sytuacjach. Liczba kosmetyków, których mogłam bezpiecznie używać była mocno ograniczona – w zasadzie produktami, co do których miałam pewność, że mnie nie uczulą,  były hipoalergiczne kosmetyki dwóch francuskich marek. Kosmetyki te są bardzo dobre, ale są przy tym naprawdę  drogie. Nie miałam zatem za bardzo wyboru i musiałam zabawić się w domowe laboratorium.  Tak mi się spodobało,  że – mimo iż moje dolegliwości w dużej mierze ustały – na pewno nie wrócę już do kosmetyków dostępnych w popularnych sieciówkach, od czasu do czasu kupuję  dobry krem w aptece. Używam jednak mniej kosmetyków niż kiedyś, bo wcale nie są one dla nas obojętne – zawierają silne substancje aktywne, które wnikają przez skórę do całego organizmu. Staram się za to więcej niż kiedyś korzystać z najlepszego i zupełnie bezpłatnego kosmetyku regenerującego tj. snu.

Podobnie było z detergentami. Chyba tak już jest, że ktoś, kto wejdzie na drogę eliminowania chemii ze swojego życia – w pewnym momencie  przestaje ją tolerować. Im bardziej coś syntetycznie pachnie, mimo że w założeniu producentów to ma być ładny zapach – tym dla nas bardziej śmierdzi. Naprawdę dom da się posprzątać za pomocą sody oczyszczonej, kwasku cytrynowego, octu, wody utlenionej, mydła i olejków eterycznych. Ponieważ składniki te są taniutkie – oszczędność jest zauważalna. Osobom, twierdzącym, że te środki są za słabe, aby wyczyścić trudne zabrudzenia od razu mówię – tak, mam w szafce też „konwencjonalne” środki, ale używam ich sporadycznie, naprawdę wyjątkowo.  Do bieżącego utrzymania czystości te domowe środki naprawdę wystarczają.

7. kupowanie mniejszej ilości ubrań

Na temat minimalizmu napisano już dostatecznie dużo. Związek z oszczędnością jest bezsporny – mniej kupionych ubrań to więcej pieniędzy na koncie. Do określenia siebie minimalistką jest mi jednak daleko, bo wcale nie dokonałam rytualnego oczyszczenia swojej przestrzeni i nie wyzbyłam się tego, co już miałam. Ale staram się nie nagradzać siebie nowymi ciuszkami ani nie rekompensować sobie nimi złego humoru. (Kiedyś tak było, przyznaję). Ubrania najdroższe będą zawsze w sezonie, dlatego od pewnego czasu staram się kupować ubrania i buty „antysezonowo”, tj. kozaki latem, a sandały zimą- oczywiście jeżeli wiem, że naprawdę ich potrzebuję i naprawdę mi się podobają. Czasami korzystam też z wyprzedaży. A moda? Od kilku lat przestałam na nią specjalnie zwracać uwagę. Kupuję to, w czym dobrze się czuję i dobrze wyglądam.

8. unikanie pokus

Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. To dlatego właśnie w epoce komunizmu Polacy nie czuli się wcale tak bardzo biedni, mimo że w porównaniu do mieszkańców Europy Zachodniej właśnie tacy byliśmy. To tak na marginesie. Wcale nie jestem taka mocna w odmawianiu sobie czegoś. Ale staram się nie stwarzać sobie okazji, żeby znowu dać się na coś złapać. Jest tyle ciekawszych możliwości spędzania czasu niż wizyty w galeriach handlowych. W zasadzie czuję się od tego zupełnie uwolniona.

9. skromniejsze destynacje urlopowe

Teraz tak się jakoś porobiło, że nie można być gorszym od znajomych, którzy byli w jakimś naprawdę atrakcyjnym miejscu. Oczywiście – jeżeli dla kogoś podróże są prawdziwą pasją, ktoś ma żyłkę do ciągłego eksplorowania czegoś – taka osoba wręcz powinna jeździć po całym świecie, bo to jest ważna część jej życia.

Ale jeżeli dla kogoś te dalekie i drogie podróże są raczej sposobem na dowartościowanie się i okazją do wstawienia fotki na Insta – czy to ma aż taki duży sens? Czy nie lepiej pojechać w miejsce, gdzie można naprawdę odpocząć?

Mam wrażenie, że czasem jest jak w piosence Elektrycznych Gitar: Byłem w Rio, byłem w Bajo, miałem bilet na Hawaje, wszystko …j    😦 No właśnie. Ani Rio ani Hawaje czasami nie pomogą. A kosztują na pewno bardzo dużo.

10. znaczne ograniczenie lub rezygnacja z mięsa

Jestem świeżo po lekturze książki Szymona Hołowni „Boskie zwierzęta”. Polecam wszystkim, a zwłaszcza tym, którzy jeszcze się wahają i szukają argumentów, żeby przejść na „dobrą stronę mocy”. Generalnie jestem za ewolucją, a nie za rewolucją – wymaganie od miłośnika krwistych steków, aby od jutra stał się ścisłym weganinem jest z góry skazane na porażkę. Ale bardzo się cieszę, że coraz więcej Polaków rozważa znaczącą redukcję mięsa w swojej diecie, coś w końcu zaczyna docierać. Kuchnia roślinna jest  dużo tańsza, zdrowsza i o wiele, wiele mniej szkodliwa dla środowiska.

11. prowadzenie zdrowego stylu życia i zaoszczędzenie w ten sposób na lekarzach

Ciepłe ubieranie się zimą, wspomaganie odporności naturalnymi sposobami, ograniczenie cukru w diecie, ruch na świeżym powietrzu, odstawienie używek,  wizyty kontrolne u dentysty, badania profilaktyczne – to wszystko jest duużo tańsze niż leczenie chorób, będących czasami niestety skutkiem zaniedbań (ale też nie zawsze, jak już się choroba przytrafi nie ma co się obwiniać, bo to na pewno nie pomoże).

12. medytacja i zaoszczędzenie na psychologach

Jeżeli ktoś czuje, że powinien skorzystać z pomocy psychologa – to oczywiście powinien. Czasami jest konieczna nawet interwencja psychiatry i z tym nie dyskutujemy. Na pewno jednak nie ma lepszego sposobu na spotkanie z samym sobą niż medytacja, ew. kontemplacja natury w ciszy. To spotkanie ze sobą to już jest bardzo dużo – psycholog ani coach nie zrobi tego za nas. Medytacja niweluje skutki stresu i generalnie uspokaja. Ja jestem w ogóle takim niewiernym Tomaszem – nie uwierzę, dopóki nie zobaczę lub nie spróbuję. Tak było i w tym przypadku.  Nie potrafię wyjaśnić jak to działa, ale jednak działa.

13. odstawienie suplementów diety

Brałam tego całkiem sporo – na detoks, na zwiększenie energii, na włosy, skórę i paznokcie plus oczywiście witaminki. Najgorsze jest to, że biorąc kilka preparatów łącznie fundujemy sobie niezły koktajl o nieokreślonym razem działaniu.  Do rezygnacji z suplementów przekonał mnie reportaż, w którym pokazane było, że suplementy nie podlegają żadnym badaniom tak jak ma to miejsce w przypadku leków, że „produkcją” suplementów może zająć się w zasadzie każdy i może robić to niemalże w domowych warunkach, że działanie suplementów często jest niepotwierdzone.  Przy tym przebitka cenowa na wytworzonych specyfikach może wynosić czasem kilkaset lub więcej procent, ponieważ użyte składniki są bardzo tanie. Nie twierdzę, że wszyscy producenci suplementów są nieuczciwi, ale na pewno tacy się zdarzają. Teraz biorę wyłącznie witaminę C i D w okresie zimowym, przy czym są to preparaty zarejestrowane jako leki (tu mam przynajmniej pewność, że zachowano wyśrubowane farmakologiczne standardy czystości). Absolutnie nie przekraczam też zalecanej dawki dziennej, bo to nie jest tak, że jeżeli wezmę dwie tabletki zamiast jednej to będę zdrowsza. Moim suplementem jest teraz własnoręcznie robione zielone smoothie, które uwielbiam.  Cudów nie ma, tabletka nie zastąpi zdrowej diety, szkoda na te wszystkie proszki pieniędzy.

14. Niewyrzucanie jedzenia

To już w ogóle powinno być oczywiste – jedzenie za coś zostało kupione, więc wyrzucone jedzenie, to wyrzucone pieniądze. Ale wiadomo – akurat w przypadku jedzenia nie chodzi tylko o pieniądze. Jedzenie jest dobrem, niezbędnym do życia. Nie wszyscy mają tyle szczęścia co my – zarówno w kontekście geograficznym jak i historycznym. Lata 30. i 40. ubiegłego wieku pokazały, że głód jest możliwy także w naszym rejonie, mimo że to nie natura wtedy narozrabiała. Oj nie. Mam wrażenie, że w Polsce i tak szacunek do jedzenia jest większy niż gdzie indziej. Moja koleżanka przyłapała mnie raz w pracy, gdy wyrzucałam bułkę z poprzedniego dnia do kosza, no zdarzyło mi się. Najwyraźniej poczuła się wtedy upoważniona do pouczenia mnie, bo powiedziała: kto wyrzuca dzisiaj chleb ani się nie obejrzy, a będzie go szukać. Czyli jednak chyba coś zostało z tego  „do kraju tego, gdzie kruszynę chleba …”  Koleżanka miała rację! Teraz jestem o kilka lat starsza i naprawdę staram się zjadać chleb do ostatniej kromki.  Jest bardzo prosta metoda, aby nie wyrzucać pieczywa – w zasadzie wystarczy unikać napompowanych bułek i w ogóle pieczywa z polepszaczami, a kupować wyłącznie chleb pieczony na naturalnym zakwasie. Taki chleb naprawdę starzeje się dużo wolniej i  – co bardzo ważne – nie pleśnieje. Po prostu mamy więcej czasu, aby go zjeść. No i drugą banalną metodą, aby nie wyrzucać jedzenia, jest po prostu kupowanie na bieżąco i w mniejszych ilościach. Czyli nie dopuszczać do zepsucia.  A po trzecie – ja często zauważam taką postawę po otwarciu lodówki, takie zastanawianie się: hmmmm na co miałabym/ miałbym ochotę. I wybiera się to, na co się ma na dany moment ochotę, zamiast zastanowić się – co mogę zjeść, uwzględniając przy tym nie tylko własny kaprys. Potem w koszu lądują np. wędliny, co już w ogóle woła o pomstę do nieba. Jakieś zwierzę zostało zabite, no ale przecież z tą szczytną ideologią, że stanowić będzie nasz pokarm. Ale jeżeli mięso znajduje się ostatecznie na śmietniku i stwarza tam tylko jeszcze zagrożenie biologiczne – to proszę mi wytłumaczyć – jaki to miało sens?

15. Rezygnacja z kawki pitej w biegu

Kawa w plastikowym kubku na wynos to świetny interes – dla sprzedawców tej kawy. Dzięki temu rozwiązaniu sprzedają oni dużo, a mogą wynajmować o wiele mniejszy lokal, niż gdyby chcieli zapewnić każdemu gościowi miejsce przy stoliku. Nie muszą też zatrudniać personelu do zmywania naczyń.  Tak się zastanawiam – pijemy kawę na ulicy, bo ta kawa ma dać nam kopa do dalszego działania, kofeina ma pobudzić, żeby zrobić jeszcze więcej i więcej. Jak przyjdę do biura lub na spotkanie, będę już po kawie i od razu będę mogła zabrać się do działania. A może jednak –  jak nie mam czasu na wypicie tej kawy na siedząco lub przynajmniej  na stojąco – to po prostu go nie mam?

Może warto się zastanowić – po co w zasadzie tak się spieszymy, do czego, co jest na końcu tego naszego wyścigu. Pieniądze? Naprawdę? Tam gdzie ostatecznie zdążamy – tam wszyscy zdążymy. W dodatku pieniędzy tam raczej nie uświadczysz. Co więcej-  jest taka koncepcja, że rodzimy się z jakimś określonym zasobem energii. Im szybciej zużywamy tę energię, tym szybciej ona się wyczerpie. Po prostu. Co to oznacza,  nie muszę chyba tłumaczyć.

Czy to, co zaproponowałam to asceza? Nieeee. Kupujemy mnóstwo rzeczy, które mają nam dać zadowolenie. A jest i tak jak w piosence Stonesów: I can’t get no satisfaction.  Jeżeli nie znajdziemy przyjemności w spędzaniu czasu samej/ samemu ze sobą to nie znajdziemy jej z nikim, z niczym  i nigdzie.

 

„dobre rady” dla początkujących przedsiębiorców

business-2987962_1280

Dobre rady to określenie, które zawsze mnie śmieszyło. Wybitnymi specjalistami od ich udzielania są zwłaszcza ciocie i wujkowie, których tak w zasadzie nikt o radę nie prosił. A jednak czują się oni upoważnieni do instruowania innych, jak powinno wyglądać ich życie.

W moim przypadku – czy to już? 😉 Czy czuję się taką ciocią, która chce innych pouczać, mówić – bo Ty powinieneś/ powinnaś zrobić to i to?  No to odpowiem, że ciocią wolę pozostać dla moich bratanków. Ale ich też nie pouczam, bo od tego – jeżeli w ogóle-  są rodzice. Dlatego absolutnie nie będę się tutaj dzielić własnymi doświadczeniami, mimo że prowadzę działalność od kilku dobrych lat. Po pierwsze dlatego, że moja działalność jest mikro-mikro (mimo, że kiedyś była większa i zatrudniała pracowników), po drugie  – trochę wiadomo jak to jest – szewc bez butów itp. Nie zamierzam się tu mądrować, skoro jakiegoś przyprawiającego o zawrót głowy biznesowego sukcesu nie osiągnęłam i dziwnym trafem Forbes do mnie do tej pory nie zadzwonił, żeby umówić się na wywiad.

Niemniej jednak przez 13 lat pracy jako doradca podatkowy miałam mnóstwo okazji do zaobserwowania sobie wzlotów i upadków, sukcesów mniejszych lub większych i – co nierozłącznie związane z prowadzeniem firmy –  bardzo bolesnych porażek. Dlatego mimo wszystko podzielę się tymi może nie tyle radami, co obserwacjami. Jednak ciocia? 😉 A niech będzie.

Powiedzieć, że o założeniu czegoś swojego marzy spora część sfrustrowanych pracowników korporacji, to nic nie powiedzieć. Ja w ogóle zawsze  dzieliłam pracowników korpo na dwa typy- tych, którym było względnie dobrze i wygodnie oraz tych, którzy jak powietrza łaknęli  wolności. Zrzucić z siebie te kajdany, te nadgodziny, te procedury – albo ktoś to rozumie, albo nie. Pragnienie pójścia na swoje będzie dotyczyło oczywiście tej drugiej grupy.  No to już wiemy, że chcielibyśmy coś założyć. Pytanie tylko – co?

Powiem brutalnie (może właśnie z racji bogatego doświadczenia zawodowego „cioci”) – jak nie masz kasy na początek, możesz sprzedawać tylko … siebie. Pomysł nie jest nowy, bynajmniej. Ma jakieś kilka tysięcy lat 😉 Na szczęście jednak okoliczności się zmieniły i zarabiać można już nie tylko ciałem, ale też a raczej zwłaszcza umysłem, a w zasadzie w zdecydowanej większości przypadków – kombinacją tych dwóch rzeczy. Czyli jeżeli nie mamy konkretnego kapitału początkowego, który możemy zaryzykować i przyjąć na klatę świadomość tego, że możemy go po prostu stracić – zdecydowanie odradzam działalność mocno kosztochłonną na początku. Odradzam zwłaszcza zakup dużej partii towaru, za który musimy zapłacić, a możemy z nim zostać, ponieważ nikt go od nas nie kupi. Albo jeszcze gorzej – ktoś go kupi, ale nie zapłaci.  Ale jak to nie zapłaci?! No tak to – witamy w prawdziwym życiu! Że jeszcze od tego sprzedanego towaru, za który nie otrzymaliśmy zapłaty będzie trzeba odprowadzić VAT? Muszę zapłacić VAT do urzędu skarbowego mimo że go nie dostałam/ dostałem od kontrahenta? Skąd ja mam wziąć pieniądze na ten VAT, jak tak można?! Ano można. Powodów do zdziwienia jest niestety więcej, jeżeli ktoś rozpoczyna działalność, a się do tego nie przygotował.

Podsumowując ten akapit – jeżeli nie masz solidnego źródełka finansowania pochodzącego:

– z własnych oszczędności

– od męża, od taty, od wujka albo w wersji żeńskiej  oczywiście (choć to w praktyce jednak rzadsze) – od żony, od mamy, od cioci

-od inwestora, co do którego będziemy mieli 100 % pewności, że nie będzie dochodził zwrotu swojego wkładu metodami wschodnioeuropejskimi

– z dotacji unijnej

– z crowdfundingu

nie zaczynaj działalności czysto handlowej, czyli polegającej na zakupie i odsprzedaży towaru. Odradzam zwłaszcza branie kredytu na taką działalność pod zastaw np. nieruchomości. Widziałam naprawdę dotkliwe katastrofy, będące po prostu skutkiem początkowego hurra- optymizmu, niedoinformowania oraz podejścia jakoś to będzie. Albo też przeświadczenia o wyjątkowości własnego biznesu, którego idea jest przecież tak rewelacyjna, że „to nie może się nie udać”. A potem jest płacz. Jeszcze bardziej skomplikowana jest działalność produkcyjna, do rozpoczęcia której konieczny jest zakup specjalistycznych maszyn, kosztujących nieraz kilkaset tysięcy złotych. Można sobie coś tam metodą chałupniczą dziergać, ale rozpoczynanie swojej przygody z biznesem od typowej pełnowymiarowej  produkcji nie jest zbyt fortunnym pomysłem. Zupełnie już pomijając to, że raczej mało kto może sobie taką  maszynę kupić.  Naprawdę o wiele bezpieczniejszym modelem jest oferowanie usługi, czyli tego, co potrafimy, na czym się znamy. Że powinniśmy coś potrafić, aby zacząć świadczyć taką usługę – no wypadałoby 🙂 to taki szczegół. Wykonując usługę też wkładamy  dużo – ale jest to głównie nasz know how i nasz czas. Plus oczywiście jakieś zaplecze, ale nie jest ono tak drogie jak w przypadku działalności handlowej lub produkcyjnej.  Jeżeli ktoś za tę wykonaną usługę nie zapłaci – tak, będzie można się ugryźć, ale nie zostaniemy z dużymi długami i egzekucją komorniczą na karku. W takim już najgorszym przypadku pozostanie podkulenie ogonka i powrót do (raczej już innego) korpo.  Nikomu takiego scenariusza nie życzę, ale lepiej wiedzieć, że znajdziemy jakieś wyjście z sytuacji, że przynajmniej zasmakowaliśmy tego „swojego”, no nie udało się, trudno. Jest to przykre, ale na pewno lepsze niż znalezienie się w czarnej D,  jeżeli się przeinwestowało na początku i odpowiada się za długi całym swoim majątkiem. A jeżeli się uda – to super. Jeżeli dalej  marzymy o „prawdziwej” firmie, czyli takiej, która oferuje „prawdziwy” produkt – być może za jakiś czas się to zrealizuje, o ile uda się odłożyć z tej działalności usługowej trochę kaski.

No dobrze, to już mamy tę naszą firmę. Zgadnijcie co robi większość młodych biznesmenów jako jedną z pierwszych czynności? Bierze samochód w leasing. Oczywiście dobry, najlepiej SUV. Bo przecież – jak pojadę do klienta, to musi on wiedzieć, że ma do czynienia z poważną firmą. A poza tym wszyscy tak robią – przecież odliczy się od podatku. Wytłumaczenie super. Dla naiwniaczków.  Nie chce mi się tutaj wchodzić w detale, ale w najlepszym przypadku osiągniętą korzyścią podatkową jest 19 % wartości samochodu, a są jeszcze inne ograniczenia, które trzeba uwzględnić.  Ale ludzie naprawdę myślą, że od podatku odlicza się cały samochód. Ktoś im to tak wytłumaczył, że wręcz muszą kupić ten samochód. Czasami łapię się za głowę.

Czyli przeinwestowanie i niedoinformowanie – to takie dwa podstawowe błędy, które na początku popełniane są przez naprawdę wiele osób. Często są to osoby, które starają się sprawiać wrażenie, jakby pozjadały wszystkie rozumy. A potem okazuje się, że przejechały się jak na skórce od banana.

Po przeczytaniu tego tekstu ktoś mógłby powiedzieć, że podcinam skrzydełka, że kto nie ryzykuje ten nie pije szampana itd. Albo że gdyby ktoś pokroju Richarda Bransona  czy Elona Muska nigdy nie spróbował, to być może całe swoje życie przesiedziałby w jakiejś bibliotece. Może tak, może nie. Ludzie mają bardzo różną skłonność do ryzyka. Jeżeli czujesz, że masz taką odwagę jak Richard Branson czy Elon Musk – proszę bardzo spróbuj, życzę powodzenia i pomyślnych wiatrów w wielkim biznesie. Problemem na pewno jest jednak to, że z mediów dowiadujemy się prawie wyłącznie o spektakularnych  sukcesach i to bardzo nakręca motywację – przecież ja też bym mógł/ też bym mogła! Ale jakoś dziwnym trafem kurtyna milczenia jest spuszczona na ilość przypadających na jeden sukces porażek i skalę tych porażek. Nie, ja nie chcę nikogo zniechęcać do podejmowania działalności gospodarczej. Proszę tylko, żeby być ostrożnym i dobrze się do tego przygotować. Podchodzenie do sprawy „na leniuszka” jak również gra va banque rzadko kończą się dobrze.

Na koniec może coś optymistycznego tzn. zależy z czyjego punktu widzenia 😉  Kobiety są dużo ostrożniejsze w szacowaniu swoich sił na zamiary. Nawet jeżeli biorą na starcie samochód w leasing – to mniejszy. Dokładniej liczą, jakie koszty będzie generowała działalność, zamiast myśleć jak często mężczyźni – sprzedałem za pół miliona, więc jak mogłem nie zarobić. Ano mogłeś 😦 I chyba właśnie z tych powodów kobiety rzadziej zaliczają „piękne katastrofy”. To prawda – skala odnoszonych sukcesów jest najczęściej mniejsza od historii z pierwszych stron Forbesa. Ale ten sukces jest i to się liczy. Za wszystkie panie próbujące swoich sił w  biznesie trzymam zatem mocno kciuki. Oczywiście panom też życzę powodzenia, ale błagam – na samym początku spróbujcie najeść się łyżeczką, a nie od razu chochlą 😉

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

będzie dobrze vs. jest mi dobrze

reflection-3357352_1920

pixabay.com

Koniec roku zawsze jest refleksyjny. Te dni między Świętami a Sylwestrem są dla mnie zawsze takie nijakie, leniwe, rozlazłe. Skoro ten grudzień musi się skończyć,  to niech się już skończy!  Nie umiem w te dni ani pracować, ani w ogóle robić niczego produktywnego. Chociaż … zaraz, zaraz – może ten czas jest jednak do czegoś potrzebny?  Takie wyciszenie, lekka nuda i  nicnierobienie? Przecież nie ma sensu teraz niczego zaczynać. Jeżeli w ogóle to po Nowym Roku.  Też macie takie odczucie? Co niby stoi na przeszkodzie, żeby powiedzieć sobie np. od dzisiaj,  28.12.2018 r. rzucam palenie (o ile ktoś pali oczywiście). A jednak wszyscy wyznaczają sobie za początek wyzwań 1. stycznia. Może te postanowienia noworoczne zakodowały się już tak mocno w naszej kulturze, a może rzeczywiście jest jakaś magia tych liczb, skorelowana np. z  astrologią? Coś się kończy, coś się zaczyna. I chyba ta energia starego roku rzeczywiście musi się wyczerpać do dna, ten rozdział musi się zamknąć. Te dni wyjątkowo nadają się za to na wykonanie wszelkiego rodzaju podsumowań, może one właśnie po to są! Dzisiaj, gdy zajarzyła mi się w głowie ta myśl, sama pokusiłam się o sporządzenie takiej listy – co mi się w tym roku 2018 udało, a co nie, co było dobre, a co złe. Nie będę pisać, co i tym bardziej po której stronie listy się znalazło. Dla każdego są to osobiste sprawy. Niezmiernie cieszę się jednak, że tych „plusów dodatnich” wymieniłam więcej niż negatywnych rzeczy, które mnie spotkały. Co mi się jeszcze rzuciło w oczy – po tej dobrej stronie było dużo małych rzeczy, ktoś mógłby powiedzieć, że nieistotnych, takich bagateli. A jednak ja je dostrzegam i cieszę się z nich. Naprawdę polecam każdemu zrobienie takiej listy, macie jeszcze trzy dni 🙂 To jest takie naturalne, jeżeli wszystko odbywa się we właściwym dla siebie czasie.

A moje postanowienia noworoczne? Być dla siebie dobra, nie brać na swoje barki więcej, niż mogę udźwignąć,  docenić przyjaciół i pożegnać wrogów (także w głowie), rozpieścić się trochę. Ktoś mógłby powiedzieć, że te moje postanowienia to nie są prawdziwe wyzwania, że nie są ambitne, są za to wręcz pasywne, bo nie wymagają prawdziwego wysiłku, czyli aktywnego działania, kiedy trzeba coś robić.  A ja odpowiem w ten sposób – ambitna to ja już byłam, a teraz już mi przeszło. Co więcej – to właśnie zakodowana we mnie ambicja była źródłem moich największych frustracji, niezadowolenia z samej siebie i poczucia braku szczęścia. Bo moje życie przez bardzo długi czas wyglądało według schematu – jeszcze muszę zrobić to i to i wtedy będzie dobrze. Albo oczywiście – muszę mieć to i to i wtedy to JUŻ będzie dobrze. Mimo że miałam już całkiem sporo. No właśnie – ten czas przyszły „będzie dobrze” dawał sygnał mojej podświadomości, że TERAZ dobrze mi nie jest. Bo dobrze to dopiero BĘDZIE pod warunkiem, że coś tam osiągnę lub zdobędę – w sensie niematerialnym lub materialnym. Mechanizm jest oczywiście bardzo dobrze znany – zawsze pojawiają się nowe cele, nigdy nie jest dość. Potrzeba może trochę dojrzałości, żeby dostrzec, że ten mechanizm to perpetuum mobile – sam się napędza i nigdy sam (bez ingerencji siły z zewnątrz lub z wewnątrz) się nie zatrzyma.  Zdecydowanie wolę zatrzymać swoje perpetuum mobile siłą własnego umysłu, czyli dochodząc do wniosku, że wieczna gonitwa za nieosiągalnym nie ma sensu, niż czekać aż pojawi się jakiś zewnętrzny czynnik, który konkretnie zatrzymałby całą mnie, a moje cele razem ze mną. Mam tu na myśli zwłaszcza poważną chorobę, wypadek i inne zdarzenia losowe, odwracające nasz świat o 180 stopni.  Niestety są ludzie, którym dopiero poważne tąpnięcie potrafi coś uzmysłowić. Nie chcę się do nich zaliczać, wolę TO, czymkolwiek to jest, uzmysłowić sobie wcześniej.

Przez cały dzień dzisiaj miałam dziwny dekadencki nastrój,  słuchałam sobie np. Hymnu Leonarda Cohena. Jest świetny na tę końcówkę roku. Polecam.

 

Życzę wszystkim dobrego Nowego Roku 2019, życzę zwłaszcza skupienia się na rzeczach ważnych i potraktowania z pobłażliwością tych mniej istotnych.

Lena

 

 

Zatoki

Widzę, że mój ubiegłoroczny tekst o zatokach cieszy się dużą poczytnością. I to wcale nie tu na wordpressie, ale jako wynik wyszukiwania w wyszukiwarkach. Nie dziwi mnie to specjalnie, bo temat za chwilkę, gdy mocniej się oziębi,  będzie bardzo na czasie.  A skoro już jest wyszukiwany, widocznie ktoś już we wrześniu/październiku zmaga się z zatokowymi dolegliwościami. Ja stoczyłam prawie czteroletnią batalię o zdrowe zatoki. Wygraną! Dlatego chętnie podzielę się wskazówkami, jak można sobie trochę w tej bardzo dyskomfortowej sytuacji pomóc. Tekst jest dość mocno „fizjologiczny”,  jeżeli ktoś nie ma akurat problemów z zatokami, a jest wrażliwy – to może lepiej niech nie czyta 😉

Poniżej link:

https://ecolessstress.wordpress.com/2017/12/04/zatoki-bolesna-zimowa-dolegliwosc

 

Kobieta i praca

american-3644081_1920

Oczywiście, że jestem za równouprawnieniem kobiet i mężczyzn oraz za umiarkowanym gender. Umiarkowanym, bo z „genderowaniem” – jak ze wszystkim – można się zagalopować za daleko. W ostatniej firmie, w której pracowałam, odbywało się wszystko zgodnie z zasadami gender, a polegało  to m.in.  na tym, że żaden facet nie pomógł kobiecie przynieść krzesła 😉  Do tego jeden z kolegów z uśmieszkiem konstatował – same o to walczyłyście! Owszem, inne rzeczy też były przyznawane raczej sprawiedliwie. Nie mogłyśmy narzekać na dyskryminację ze względu na płeć. Dostawałyśmy równie ambitne zadania i siedziałyśmy równo z kolegami do 19-stej lub później.

Oczywiście, że za równą pracę powinna przysługiwać równa zapłata. Ale no właśnie – za taką samą pracę. Jestem kobietą, a śmieszą mnie roszczenia kobiet o przyznanie parytetów w zarządach spółek giełdowych. Dlaczego jakoś nie słyszę żądań o ustanowienie parytetów w rzeźniach, kopalniach, czy na budowach. Jak równo – to równo. Bardzo fajne jest też powiedzenie, że równouprawnienie kończy się, gdy trzeba wnieść lodówkę na czwarte piętro. Jest w nim zawarte w zasadzie wszystko. Tak w sumie to jestem za tym, żeby te najbardziej roszczeniowe kobiety postawić na tych wysokich stanowiskach, do których aspirują. Tak na próbę. Ale po pół roku rzetelnie i bez taryfy ulgowej  rozliczyć z efektów. Bardzo ciekawe, co by wyszło z takiego eksperymentu …

Patrząc na to z drugiej strony   – obecnie stworzony jest taki wzorzec osoby profesjonalnej – czyli takiej, która wykonuje swoje obowiązki na wysokim poziomie, a to czy jest kobietą, czy mężczyzną,  nie ma przy tym najmniejszego znaczenia. Nie macie jednak wrażenia, że te wszystkie korpo działają według jednej matrycy – stworzonej przez mężczyzn i dla mężczyzn?  Te wszystkie procedury, targety, plany, schedule itd.  a potem sprawdzanie ich wykonania  – to jest takie „twarde”,  no męskie po prostu. A my, kobiety, chcąc spełnić stawiane wobec nas oczekiwania, musimy się do tego męskiego wzorca po prostu dostosować. Jest troszkę … jak w wojsku?  Trzeba wykonywać polecenia i słuchać przełożonych. Czy tylko mi się tak wydaje?

Ja w ogóle przez długi czas uważałam coś takiego za normalną sprawę, myślałam, że tak musi być i bardzo starałam się być taka profesjonalna, taka fachowa, taka zostawiająca emocje i moje prywatne sprawy za progiem firmy.  I jako ta profesjonalistka właśnie uczestniczyłam pewnego razu w spotkaniu, na którym byłam obecna ja i pięciu mężczyzn. Czyli żadnej innej kobiety. Nie, nie będę szła w tę stronę, że oni  mnie gorzej traktowali, uważali za nierówną sobie. Nie, ponieważ tak nie było. Nie było też żadnych seksistowskich uwag, też nie w tym rzecz. To raczej ja poczyniłam wtedy bardzo ważną dla mnie obserwację. Na tym spotkaniu musiało być znalezione rozwiązanie pewnego problemu i każdy poproszony został o swoją propozycję rozwiązania. Ostatecznie zostały wybrane dwie koncepcje, reprezentowane przez dwóch panów. Spotkanie przedłużało się, była już 19-sta, potem 20- sta, potem 21-sza. Przez ten czas panowie spierali się, która z tych koncepcji powinna zostać wdrożona. Tak sobie siedziałam i patrzyłam na ten ich pojedynek – werbalny i pozawerbalny. Bo te ich pozy, te miny, te gesty – to był po prostu niezły teatr. Tu już nie chodziło o znalezienie najlepszego rozwiązania, ale wyłącznie o przeforsowanie MOJEGO rozwiązania – czyli koncepcji jednego lub drugiego z panów. Chodziło o  pokonanie rywala, do tego się to wszystko sprowadzało. To właśnie wtedy pomyślałam sobie, że my, kobiety nie do końca do takiego wzorca pasujemy. Bo o tej 21-szej mi już naprawdę było wszystko jedno, która koncepcja zostanie wybrana. Ja chciałam już tylko iść do domu. A gdybym miała np. chore dziecko w tym czasie? To już w ogóle o niczym innym nie potrafiłabym myśleć. Ci faceci za to byli zaangażowani w tę rozgrywkę na 200 % mimo późnej pory. Inne sprawy dla nich na ten moment nie istniały. No i rywalizacja – oni to mają po prostu we krwi, a my niekoniecznie.  Mamy za to wrażliwość, a oni niekoniecznie 😦 To na pewno nie jest cecha specjalnie pożądana w korpo.

Krótko po tym spotkaniu stwierdziłam, że nie chcę dłużej tam pracować. Że tam po prostu nie pasuję. Nie śmiem twierdzić oczywiście, że kobiety w ogóle nie powinny pracować korpo. To zależy od indywidualnych predyspozycji, uwarunkowań, własnych oczekiwań. Sama uważam czas spędzony w korpo za ważny  etap, podczas którego bardzo dużo się nauczyłam. Ale właśnie – etap. Przez 15 czy 20 lat na pewno bym tam nie wytrzymała, bo się do tego psychicznie nie nadaję.

Teraz jestem wolnym strzelcem i dobrze mi z tym. Nie brakuje oczywiście sytuacji, gdy z kolei klienci stawiają twarde (czytaj męskie) wymagania i próbują to wyegzekwować.  Dotyczy to zwłaszcza terminów wykonania. Zawsze mówię, że są terminy i terminy. Te pierwsze to tzw. terminy zawite, których przekraczać absolutnie nie wolno, ponieważ czynność dokonana po tym terminie byłaby bezskuteczna. Te drugie terminy dotyczą sytuacji, kiedy ON (tzn. klient) coś chce, a ja mam to robić, bo on mi płaci. Miałam raz taką sytuację, że klient nakrzyczał na mnie, bo nie przesłałam mu opracowania obiecanego trzy dni wcześniej. To nie tak, że nie chciałam tego zrobić. Nie dałam rady, miałam gorszy dzień, bolała mnie głowa, nie miałam koncepcji, żeby to napisać itd. – cokolwiek. No cóż, to co wtedy odpowiedziałam temu panu dalekie było od profesjonalnych standardów. A powiedziałam mniej więcej coś takiego: proszę na mnie nie krzyczeć, tylko proszę wziąć pod uwagę, że jestem kobietą, w związku z czym – jeżeli Pan będzie na mnie krzyczał – zaraz się tu Panu rozhisteryzuję jak baba i w rezultacie w ogóle tego nie zrobię.

Podziałało. Uspokoił się. A może się przestraszył, bo wiedział, co oznacza babska histeria 😉 Od tego momentu relacja z tym klientem uległa zdecydowanemu … polepszeniu. Ostatecznie powstało dobre opracowanie, a klient oprócz zapłaty faktury przyniósł jeszcze kwiaty i przeprosił za swoje zachowanie.

Dziewczyny – nie dajmy się! I proszę – nie pozwólmy, aby profesjonalizm przysłonił kobiecość. U mnie tak było przez jakiś czas. Naprawdę nie warto. Na szczęście się ocknęłam 🙂

 

 

 

od słoika do stoika

poznan-1670738_1920

Jestem poznańskim słoikiem.  Niewątpliwie najwięcej słoików jest w Warszawie  – zarówno liczbowo, jak i procentowo i to do warszawskich przyjezdnych określenie słoik jakoś najbardziej przylgnęło.  Ale przecież nie tylko Warszawa jest dużym miastem w Polsce i schemat funkcjonowania takich osób w Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu jest pewnie podobny. Dlaczego nie wybrałam Warszawy? Bo nie wybrałam.

Samo określenie słoik jest trochę pejoratywnie zabarwione, ale spoko luz.  Nie, nie wożę co tydzień jedzenia od mamusi, pępowina już dawno jest odcięta. Na pewno jednak nas wszystkich, przyjezdnych – no cóż muszę tego słowa użyć – z prowincji do dużego miasta coś łączy. Np. to, że trzeba sobie poradzić. Że funkcjonujemy w innym środowisku niż to, w którym dorastaliśmy.  Że stykamy się z inną mentalnością i nie możemy czasami zrozumieć niektórych zachowań. Że najczęstszym powodem, dla którego postanowiliśmy osiąść w danym miejscu była jednak praca, a cała reszta miała się dopiero ułożyć. Że duże miasto kusiło swoimi atrakcjami. Że trochę  (nawet podświadomie) tęsknimy, niezależnie od tego ile już lat upłynęło.

Za czym ja tęsknię? Wychowałam się na Pomorzu, które jest bardzo mocno zalesione i dlatego najbardziej w Wielkopolsce brakuje mi porządnych wielohektarowych  iglastych lasów.  Tego tu nie ma. Są pola, bo ziemia jest żyzna.  I miejscami występuje coś, co może zasługuje na miano  lasku, ale nie lasu.  Jak wielkie było moje zdziwienie na początku, gdy chciałam wybrać się na spacer do  – oczywista oczywistość –  lasu. A tu  pszenica, kartofle i rzepak  😦  Podobno  najlepiej czujemy się w scenerii, którą nasza podświadomość pamięta z dzieciństwa …  W  moim przypadku akurat  powiedzenie ciągnie wilka do lasu można interpretować dosłownie, nie wchodząc w metafory.

Brakuje mi czystego powietrza. Bardzo.

Skoro najlepiej czuję się blisko natury,  to dlaczego mieszkam w dużym mieście? Bo wykonuję zawód, który tylko w dużym mieście mogę sensownie wykonywać. Bo uczyłam się dobrze w podstawówce, a potem  zostałam ambicjonalnie nakręcona.  Po co mi to tak w zasadzie było?  Sama do dzisiaj się zastanawiam.

Trochę lat tego mojego słoikowania już minęło i oczywiście wiele się w tym czasie wydarzyło. Zarówno na płaszczyźnie zawodowej, jak i prywatnej, w tym miłosnej i niestety (a może stety) rozwodowej. Ponieważ na początku byłam młodym wilczkiem nastawionym na karierę, reprezentowałam sobą całe spektrum charakterystyczne dla takich osób – intensywna praca, stres, rywalizacja, presja na wynik, nakręcone ego  i przeświadczenie, że czego to ja nie mogę. Że towarzyszyły temu emocje – jasna sprawa. Czy te emocje oraz ich nasilenie były dobre? – Nie. Czy adekwatne do zaistniałej sytuacji? – na pewno nie.

Aż w końcu przyszło bardzo trudne osobiste doświadczenie, które zmieniło wszystko. Nie będę w szczegółach o nim pisać, bo nie o to chodzi. (Nie, to nie rozwód).  Stanęłam jednak wtedy z boku i zobaczyłam, jaka w sumie śmieszna byłam do tej pory. Może  tragikomiczna – to lepsze określenie. Jak teraz patrzę na trzydziesto- i czterdziestoletnie kobiety tupiące nóżką, to widzę właśnie, że są bardzo śmieszne. Faceci, dający  ponieść się emocjom, wywindowanym do ostatniego piętra wieżowców,  też są zabawni. Nie zdają sobie nawet sprawy jak bardzo.

Pewnie każdemu z nas wydaje się, że jesteśmy tacy wyjątkowi, że to, co nas spotkało, to było coś naprawdę nadzwyczajnie trudnego. Długo szukałam odpowiedzi na pytanie dlaczego, jak również uparcie szukałam głębszego sensu tego, co się stało. Czy znalazłam? Nie.

Ale pewnego dnia natknęłam się na cytat Marka Aureliusza (cesarz rzymski, filozof, stoik):

„Każde zdarzenie jest tak zwykłe jak róża na wiosnę i owoc w jesieni. Czymś takim jest bowiem i choroba, i śmierć, i potwarz, i zasadzka, i wszystko to, co głupców cieszy lub smuci” 

A potem jeszcze jeden:

„Nie należy się gniewać na bieg wypadków. Nic ich to bowiem nie obchodzi”.

To była moja Eureka. Zrozumiałam, że bunt nie ma sensu. Że trzeba brać życie takie, jakim ono jest. Że dając się ponieść, a raczej posiąść  emocjom niszczę jedynie samą siebie. Moje negatywne emocje niczego nie zmienią, a już na pewno nie cofną zdarzeń, które już nastąpiły.

I tak właśnie ze słoika zmieniłam się w  stoika 😉 Oczywiście – każdy może zostać stoikiem,  nie trzeba być wcześniej słoikiem. Ach, język polski jest piękny 😉  inaczej ułożona kreseczka a całkowicie zmienia znaczenie.

Potem jeszcze ten nurt zgłębiałam, czytając zwłaszcza Rozmyślania Marka Aureliusza, ale też innych stoików – Senekę, Epikteta. Oni kurde mądrzy byli. Dwa tysiące lat przed nami.

Tak mnie zastanawia –  oczywiście  słyszałam gdzieś tam po drodze o stoicyzmie, głównie w kontekście powiedzenia przyjąć coś ze stoickim spokojem. Ale ja wręcz  trochę  gardziłam taką postawą!  Gardziłam osobami pokrytymi teflonem, po których wszystko spływa, których nic nie rusza. Jesteśmy przecież ludźmi zrobionymi z krwi i kości, a nie z kamienia, mamy nasze emocje,  mamy prawo do ich okazywania, a czasem nawet do dania upustu tym emocjom. Tłumienie ich w sobie jest przecież  jeszcze gorsze. Ale to nie do końca o to chodzi. Chodzi o głębsze zrozumienie. O to, że zwłaszcza nakręcona spirala emocji oraz przekonań myślowych jest bardzo destruktywna – dla nas i dla naszego otoczenia.   Że właśnie wytworzenie takiej teflonowej powłoczki naprawdę pomaga. Pomaga chronić nas i inne osoby, którym oszczędzamy  obdarowania ich naszą złością, frustracją, rozczarowaniem. Także dlatego, że niesieni na fali emocji robimy czasem głupie rzeczy, których później żałujemy.  Albo wypowiadamy słowa, których tak w zasadzie nie chcieliśmy powiedzieć. Przed tym stoicyzm też chroni…

 

 

 

 

 

 

 

Workation

piwko_309

Zrobiłam sobie  pierwsze w życiu workation, czyli work + vacation = praca połączona z odpoczynkiem. Było spontanicznie, dlatego krótko, jedynie od poniedziałku do środy. Nie, nie piłam alkoholu w tzw. godzinach pracy,  proszę się nie sugerować obrazkiem 😉 Ale wieczorkiem czemu nie. Chyba m.in. tym różni się workation od normalnego urlopu, podczas którego możemy robić co chcemy i kiedy chcemy.  Różnica polega jeszcze na tym, że nikogo z moich zawodowych kontaktów nie informowalam z wyprzedzeniem o wyjeździe (tzn. większości w ogóle informowalam), nie było ustawionego  disclaimera w skrzynce pocztowej  – bo maile i telefony odbierałam. Pomyślałam sobie, że  przez 3 dni świat się nie zawali, jeżeli nie będzie mnie w stałym miejscu pracy.  No i się nie zawalił! Tzn. jeden klient trochę pomarudził, że nie może przyjść, a akurat jest w pobliżu, ale zaprosiłam go grzecznie na piątek. Piątek też dzień.

Myślę, że wiele/ wielu z nas ma ten problem – przyzwyczajenie przełożonych, współpracowników i/ lub klientów  (w zależności od konstelacji, w jakiej funkcjonujemy) do stałej dostępności i gotowości do robienia czegoś dla nich. Bo on/ona chce. Bo jemu/jej pasuje, a ja przecież i tak  jestem na stanowisku. Jestem do dyspozycji. Nawet maile standardowo się tak kończą: W razie pytań i wątpliwości jesteśmy do Państwa dyspozycji. bla bla bla …

Takie spontaniczne workation służy chyba właśnie temu, żeby pokazać innym, ale też sobie (sic!), że wcale do dyspozycji na każdy gwizdek być nie musimy.  I nie oznacza to zaniedbywania obowiązków. Wręcz przeciwnie – workation  pozwala zmienić tapetę,  czyli patrzeć na coś innego niż na co dzień,  pomaga złapać dystans, zaczerpnąć oddech, nabrać energii po to właśnie, żeby dobrze pracować.  No OK, u każdego w pracy są na tyle intensywne okresy, że żadne spontaniczne wyjazdy nie wchodzą w rachubę. Ale jeżeli intensywnie jest non stop i oprócz urlopu wpisanego do grafiku z półrocznym wyprzedzeniem już nic nie da się wcisnąć – to trzeba się zastanowić, czy naprawdę chcemy długofalowo funkcjonować w takim modelu. Ja wiem, że duże organizacje rządzą się swoimi zasadami, że za bardzo podskoczyć to tam nie można. Dopóki się tam jest – trzeba się stosować do panujących reguł. Ale można pomyśleć, czy w długim horyzoncie czasowym coś takiego, jak mamy, nam odpowiada.

Połączenie pracy z wypoczynkiem to naprawdę nie musi być przywilej wyłącznie freelancerów, czy tzw. cyfrowych nomadów. Tak jak przyjmuje się praca z domu przez jeden lub dwa dni w tygodniu, tak niektóre firmy, którym zależy na utrzymaniu dobrych pracowników – zaczynają stosować, a raczej wypróbowywać workation. Powiedziałabym, że w Polsce trwa właśnie dopiero taka faza testowa workation, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Wypoczęty pracownik, to dobry pracownik. Lepiej mieć zadowolonych pracowników niż sfrustrowanych, wypalonych maruderów. Na szczęście coraz więcej pracodawców to rozumie. Co ważne – workation nie zmniejsza wymiaru urlopu, ale za to jest się pod telefonem i  mailem,  można też być w pilnej sytuacji  wezwanym z  powrotem do biura na następny dzień. Obie strony muszą poczuć, o co w tym chodzi i się na to zgadzać.  Potrzebne jest też zaufanie pracodawcy do pracownika, że nie zrobi sobie w tym czasie urlopu sensu stricte. Dlatego – no przykro mi – bardziej jest to chyba rozwiązanie skierowane do trzydziestopięciolatków niż do ich młodszych o 10 lat koleżanek i kolegów. Workation jest dobrą wolą pracodawcy i powinno się to docenić, a przynajmniej zachowywać fair.

Jeżeli o chodzi o efektywność pracy? Nie oszukujmy się,  high performance to to nie będzie. Mi udało się przepracować każdego dnia po ok. 4 godziny w hotelowym pokoju. Czyli połowę standardowego czasu pracy. No i ważne są jeszcze kwestie bezpieczeństwa. Na workation nie zabieramy żadnych ważnych dokumentów. Ja używam też mojego podróżnego laptopa, w którym nie ma żadnych ważnych danych, nie ma nawet outlooka. Mogę za to zbierać zanonimizowane materiały, w sensie informacje, do tego, co mam do opracowania po powrocie (akurat ten research w mojej pracy jest bardzo ważny, to nie jest żadna zapchajdziura), mogę pisać maile logując się przez serwer. Mogę też przemyśleć sobie to i owo, mogę robić plany, notatki i listy to do. Jak ktoś przepracował 10 lub więcej lat, sam najlepiej wie, co może zrobić.

Podsumowując – polecam.

sopot_310