czy są jakieś plusy obecnej sytuacji

No jeden plus zapewne większość osób mogła już zauważyć. Plus na wadze. Sama stwierdziłam plus dwa, ale ani mnie to specjalnie nie zdziwiło, ani nie załamało. Odchudzać będziemy się później, teraz nie jest na to odpowiednia pora, najważniejsza jest dobra odporność, a tej ostre diety nie sprzyjają. Tak na serio –  przytycie to raczej „plus ujemny”.  Na pewno znajdą się też jednak jakieś pozytywy zaistniałej sytuacji.

1. Czas

Nie mam czasu, nie mam czasu, nie mam czasu. Na co? Na nic poza pracą, rodziną i innymi sprawami bezwzględnie niezbędnymi.  Ile/ ilu z nas słyszało takie tłumaczenie? Używane jako prawdziwy powód lub jako wymówka. Aż tu nagle większość osób miała czas. Całe jego mnóstwo! Zwłaszcza podczas przymusowego zamknięcia w domach.  To oczywiście skrót myślowy, bo przed epidemią  nasza doba też liczyła sobie 24 h, a tydzień 7 dni. Ale od marca ten dzień i tydzień jakby jakieś dłuższe, prawda? Jeżeli dzięki temu zyskanemu czasowi odbyła się jakaś bardzo, bardzo ważna głęboka rozmowa, no bo gadać do trzeciej w nocy nawet podczas ostrego lockdownu  było wolno – to już jest ten jeden plus.

2. spojrzenie z boku

„Kiedy się spieszysz, nic nie widzisz, nic nie przeżywasz, niczego nie doświadczasz, nie myślisz! Szybkie tempo wysusza najgłębsze warstwy Twojej duszy, stępia Twoją wrażliwość, wyjaławia Cię i odczłowiecza” – R. Kapuściński 

Trochę powiązane z punktem nr 1. Koronawirus zafundował większości z nas przymusowe staycation, a przy tym wyskoczenie z kółka chomika, w którym normalnie biegamy bez większego sensu i większego celu. Normalnie  małe też są szanse, że widzimy co jest na zewnątrz tego kółka. Dlaczego? – patrz cytat z Kapuścińskiego 😉  Gdy już  wyskoczyliśmy, mamy szansę dostrzec bardzo istotne rzeczy. Np. właśnie to, że biegliśmy bez sensu. I może niekoniecznie chcemy z powrotem do tego kółka wskakiwać? Tak naprawdę chodzi oczywiście o biuro, w którym nie można nawet otworzyć okna. Ale mogą to być też inne rzeczy.

3. czyste powietrze

Natura odetchnęła, a wraz z nią odetchnęliśmy my – o ile znajdziemy się w miejscu, gdzie można zdjąć maskę. Jestem alergikiem/ astmatykiem, czyli jestem przeczulona na zanieczyszczenia powietrza. Zapewniam,  że od nastania wirusa różnica w oddychaniu jest dla mnie ogromna. Na plus.

4. założyliśmy maski czy może właśnie je zdjęliśmy?

„Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”. Albo wytarte „prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie”  Kryzysowe sytuacje zawsze odsłaniały prawdziwe oblicze ludzi. Na kogo możemy teraz liczyć? Albo z drugiej strony – dla kogo przestaliśmy być raptem atrakcyjni, bo na ten moment nie możemy im nic zaoferować?

5. zużycie zapasów zamiast wyrzucania

Że mieliśmy już poprzewracane w tyłkach, to oczywista oczywistość.  I może musiał przyjść trudny czas, aby nastąpił koniec problemu „nie mogę się zdecydować,  na co miałabym ochotę”.  Był taki moment, że strach przed wyjściem do sklepu skutecznie leczył z powyższej przypadłości i nagle okazywało się, że serek wiejski w ostatnim dniu przydatności do spożycia albo nawet dzień po (!)  jeszcze się nadaje 😉

6. no make up +  no bra

Dziewczyny świetnie rozumieją. Czyż nie jest tak dużo wygodniej? Chłopaki też rozumieją, ale jedynie leksykalnie 😉

7. najpierw matura potem natura – czy może jednak odwrotnie?

Szkoła przygotowuje do pracy, a praca to w istocie swojej zarabianie pieniędzy. Niestety świat jest mocno podparty pieniądzem i nie zmieni się tego z dnia na dzień. Bardzo wiele osób uważa jednak, że wirus to taka zemsta natury na człowieku za to, jak ją traktowaliśmy. Jeżeli korona zaświeci tę czerwoną lampkę i pokaże, że bezwzględna eksploatacja przyrody nieuchronnie prowadzi do game over  – to może w końcu się coś zmieni? Wiem, naiwna jestem. Ale nadzieja jest w młodych ludziach – żeby oni właściwie ustawili sobie priorytety. Czyli najpierw natura.

8. docenienie dotychczas mniej poważanych zawodów

W pewnym sensie to jest ICH czas. Np. pań kasjerek. Nie jest tajemnicą, że ich praca nie cieszyła się zbyt dużą estymą. Aż tu nagle okazało się, że to właśnie ich zajęcie jest niezbędne w zasadzie do przeżycia innych ludzi. Bo o ile mieszkamy w mieście, jedzenie możemy  przecież kupić jedynie w sklepie. (W normalnych okolicznościach, no wojny jeszcze nie ma). Jednocześnie do wielu pań w garsonkach i panów w garniturkach zaczęło chyba stopniowo docierać, że ich praca wcale aż tak fundamentalnego znaczenia nie ma.  Na pewno nie wykonują niczego, co jest niezbędne komuś drugiemu, aby przeżył,  a oni sami poza wysławianiem się Ą i Ę tak naprawdę niewiele potrafią. Ewentualnie potrafią totalnie się rozkleić.

9. papierosy są do dupy

Palacze o wiele gorzej przechodzą infekcję koronawirusem i częściej umierają. Nie żebym miała tu jakąś szczególną Schadenfreude, bo ta „kara” spotykająca palaczy – jeżeli w ogóle w takich kategoriach myśleć – jest za surowa. Ale jeżeli ktoś się na serio przestraszy i rzuci palenie – to mamy kolejny plus. Papierosów szczerze nie cierpię.

10. dla hedonizmu jest alternatywa

W wielu głowach zakiełkowała chyba myśl, że schowanie się w domu jak w mysiej dziurze to jednak nie jest szczyt heroizmu. Dlatego wiele osób odczuło autentyczną potrzebę,  żeby coś zrobić, komuś pomóc np. przynieść zakupy, szyć maski, czy chociaż wpłacić pieniądze na walkę z  koronawirusem. Co więcej – nawet jeżeli te czynności wiązały się z wysiłkiem, to dawały ogromną satysfakcję. Jeżeli choć odrobinkę uda się odciągnąć wajchę od szeroko rozumianego hedonizmu w stronę innych wartości – to będzie to naprawdę duży sukces.

Życzę nam wszystkim, aby tych plusów wynikających z koronawirusa było jak najwięcej. Oby nie na teście.

Witamy w nowej rzeczywistości

Wygląda na to, że wirus z nami trochę zostanie, trochę się nami zabawi, trochę z nami zatańczy. Niektórych poprosi do danse macabre. Brutalne, ale realne.

Czy się boję? Boję się jak cholera. A jednocześnie zauważyłam, że trochę się już z tymi korona- myślami oswoiłam. Robię wszystko jak trzeba, noszę maskę, myję ręce itd., itp. I próbuję na nowo poukładać moje klocki, bo mam wrażenie, że (znowu) je ktoś okropnie porozrzucał. A przecież miałam je jako- tako uporządkowane.

Gdy rozmawiam ze znajomymi, widzę, że reprezentowane są dwie postawy:

1) trzeba to przeczekać. Epidemie zdarzały się wielokrotnie w historii, w końcu mijały i wszystko wracało do normy

2) nic już nie będzie takie samo

Aha, nie bylibyśmy w Polsce, gdybyśmy nie dodali jeszcze:

3) jakoś to będzie ;-)))))

Do której opcji Wam najbliżej? Mnie zdecydowanie do tej drugiej. Dlatego też gotowa jestem podjąć dość radykalne kroki. Przede wszystkim chcę wyprowadzić się z dużego miasta. Na pewno nie ja jedna na taki pomysł wpadłam i nie ja jedna poczułam, jak bardzo potrzebujemy natury do życia.  No i jeszcze ta informacja, że wirus jest obecny w pyle zawieszonym, którego jak wiadomo mamy w powietrzu o kilkaset procent za dużo. Aż boję się pomyśleć, co będzie się działo w Polsce zimą, jakie żniwo zbierze koronawirus.

Tak w sumie to ja nie wiem, co my w ogóle sobie wyobrażaliśmy – że to wszystko, co czynimy naturze ujdzie nam całkowicie na sucho? Że jesteśmy tacy mądrzy, tacy sprytni? Kogo tak w zasadzie chcieliśmy przechytrzyć?

Czyli zmiana modelu życia. Parafrazując szwedzką nastolatkę – będzie to konieczne, czy nam się to podoba, czy nie.

Na razie, oczywiście, nie podoba mi się. Ale może okazać się, że gdy już dokonamy koniecznych zmian, to będzie nam lepiej niż jest teraz. Czyli jest szansa, że się spodoba. Wiele osób zauważa, że te filary, na których opiera(ł) się nasz świat, nie były tak solidne, jak się wydawało.  Że założenia, według których wszystko funkcjonowało, były chybione. Mam na myśli oczywiście nieograniczony wzrost oparty na konsumpcji,  bo chyba właśnie okazało się, że znalazł on jednak swój limes. No i  jeszcze globalizacja, merytokracja, a być może nawet demokracja – to wszystko są hasełka, nad którymi trzeba będzie teraz  mocniej się zastanowić. (Odnośnie demokracji – proszę mnie posądzać o jakieś autorytarne zakusy. Wcześniej nawet nie podejrzewałabym siebie o tak kontrowersyjny pogląd, że demokracja powinna odejść do lamusa. Przeczytałam jednak świetną książkę „21 lekcji na XXI wiek” i to zmieniło trochę moje spojrzenie. Autor książki – Yuval Noah Harrari – wysunął taki wniosek, że demokracja nie spełnia już swojej roli, ponieważ ludzie są obecnie za bardzo sterowalni za sprawą nowych technologii, co jest oczywiście wykorzystywane, więc w efekcie są sterowani. I nawet jeżeli oddają oni swój głos, to niekoniecznie jest to ich w pełni autonomiczny wybór. To tak na marginesie. Książkę bardzo polecam).

Ponoć Ślązacy, gdy ktoś ma za dużo rozterek i za dużo rozmyśla,  mają dla niego taką radę: chyć się roboty. I ja nawet próbowałam się „chycić”,  ale coś mi ta robota średnio idzie. To już rozmyślanie lepiej 😉  A tak najbardziej trafiły do mnie słowa p. Wisławy Szymborskiej z wiersza Sto pociech. Przecież ona nie żyje od kilku lat. A jednak jakby coś wiedziała …

Zachciało mu się szczęścia,
zachciało mu się prawdy,
zachciało mu się wieczności,
patrzcie go!
Ledwie rozróżnił sen od jawy,
ledwie domyślił się, że on to on,
ledwie wystrugał ręką z płetwy rodem
krzesiwo i rakietę,
łatwy do utopienia w łyżce oceanu,
za mało nawet śmieszny, żeby pustkę śmieszyć,
oczami tylko widzi,
uszami tylko słyszy,
rekordem jego mowy jest tryb warunkowy,
rozumem gani rozum,
słowem: prawie nikt,
ale wolność mu w głowie, wszechwiedza i byt
poza niemądrym mięsem,
patrzcie go!
Bo przecież chyba jest,
naprawdę się wydarzył
pod jedną z gwiazd prowincjonalnych.
Na swój sposób żywotny i wcale ruchliwy.
Jak na marnego wyrodka kryształu –
dość poważnie zdziwiony.
Jak na trudne dzieciństwo w koniecznościach stada –
nieźle już poszczególny.
Patrzcie go!
Tylko tak dalej, dalej choć przez chwilę,
bodaj przez mgnienie galaktyki małej!
Niechby się wreszcie z grubsza okazało,
czym będzie, skoro jest.
A jest – zawzięty.
Zawzięty, trzeba przyznać, bardzo.
Z tym kółkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze.
Sto pociech, bądź co bądź.
Niebożę.
Istny człowiek.

praca w koronie

 

Trochę mi już  odbija w tym home office. Zdziwiło mnie to lekko, bo przecież przed wirusem i tak połowę czasu pracowałam  z domu. Lubię zostać sobie w domku, zwłaszcza gdy pogoda nie zachęca do wyściubienia nosa na zewnątrz. Jestem szczęściarą, bo mogę tak robić. Mam całą infrastrukturę, dostępy i hasła. No ale zupełnie czym innym jest chcieć i móc, a czym innym musieć. Pewnie wiele osób się o tym przekonało.

Moja efektywność podczas epidemii? Oj niziutka, niziutka. Po prostu uwaga jest przekierowana na coś innego i ciężko jest mi się skupić na wykonywaniu bieżącego zadania. I trochę mnie śmieszą te wszystkie porady typu: jak zwiększyć produktywność, jak sobie wszystko zorganizować, jak się nie dać, no bo przecież co mi tam jakiś wirus … Takie utrzymywanie na siłę status quo, udawanie, że  nic, no może prawie nic się nie zmieniło, że to tylko chwilowe, że wszystko wróci do starego … Otóż nie wróci. A teraz na pewno nie jest czas na bicie rekordów. Raczej na włączenie spowolnionego trybu i przemyślenie sobie wielu rzeczy.

Jak powiedziała Olga Tokarczuk w jednym ze swoich ostatnich wywiadów – „coś nas testuje. Natura, Bóg, coś bezosobowego, przypadek mówi: Sprawdzam”. No i niestety – jak to z testami – jedni go zdadzą, a inni obleją. Na pewno musimy zdać ten egzamin  wszyscy jako ludzkość, bo inaczej no to już w ogóle  będzie płacz i zgrzytanie zębów 😦 😦 Załóżmy jednak optymistycznie, że jeszcze jakoś na tej naszej Ziemi jako gatunek przetrwamy.  Ten trudny egzamin „z korony” musi jednak każdy z nas zdać też indywidualnie. Przy czym samo fizyczne przeżycie będzie testem zaliczonym chyba jedynie na słabą trójkę. To nie wystarczy, żeby po koronie ŻYĆ przez duże Ż.

Bo korona dokona takiej weryfikacji, jakiej nie pamiętamy.  Weryfikacja wartości, weryfikacja modelu życia, weryfikacja stosunków gospodarczych na całym świecie. I weryfikacja wartości pracy, bo to o niej chciałam napisać.

Co mnie mierziło od jakiegoś czasu i o czym też już tutaj pisałam, to było takie obranie sobie przez wielu ludzi celu – jak dobrze się ustawić, żeby nie napracować się za bardzo, a mieć pieniążki na fajne życie. Fajne w rozumieniu hedonistycznym oczywiście – czyli jak zapewnić sobie jak najwięcej przyjemności typu coraz bardziej wymyślne jedzenie, wakacje, wakacje, wakacje, drogie ciuszki itd. To wszystko przecież kosztuje.

I chociaż podobno – bez pracy nie ma kołaczy, to bardzo wiele osób chciało mieć te kołacze, ale bez ciężkiej (własnej) pracy. Z akcentem na własnej, bo tak naprawdę ktoś musiał jednak na te wszystkie atrybuty statusu zapracować.

W innych językach też mają to powiedzenie, więc chyba coś musi być na rzeczy.  No pain no gain.  Albo Ohne Fleiss kein Preis. Nie tylko Polacy wymyślili swoje kołacze 😉

Ciekawe pytanie pojawia się np. w kontekście influencerów, zarabiających po kilka lub kilkanaście tysięcy za jedno wstawione zdjęcie. Czy ich wkład w pracę jest proporcjonalny do otrzymanej gratyfikacji. I czy to normalne, że zarabiają oni o wiele więcej niż ludzie wykonujący bardzo odpowiedzialne zawody, wymagające zdobywania kwalifikacji przez długie lata. Oczywiście można powiedzieć, że influencerka, która wstawiła to zdjęcie nikomu niczego nie ukradła, że takie są prawa rynku – o ile znalazł się ktoś, kto chciał jej zapłacić – widocznie to jej zdjęcie jest właśnie tyle warte. No ale jednak – coś chyba było postawione na głowie.

I czego dokona teraz koronawirus – to  bezlitośnie podzieli pracę na tę prawdziwą i na „zabawę w pracę”. Bo ludzie będą mieć mniej pieniędzy i wówczas bardzo szybko wykreśla się z listy zakupów te rzeczy, które nie są naprawdę potrzebne. I nawet najbardziej odjechany instagramowy post nic nie da, jeżeli ktoś po prostu nie będzie miał za co tej reklamowanej rzeczy kupić. Czy koronawirus brutalnie wykreśli te wszystkie zabawy w pracę? Myślę, że w dużym stopniu tak. Skutki będą bolesne, bo bardzo wiele osób pozostanie bez pracy, a przecież będą musieli za coś żyć.  Może to jest moment na wprowadzenie bezwarunkowego dochodu podstawowego? Może to będę ja, która straci dotychczasowe zajęcie i się w tej (w wirtualnej raczej) kolejce po ten dochód gwarantowany ustawi?  Korona na pewno funduje nam gigantyczny eksperyment, a także będzie katalizatorem wielu ciekawych rozwiązań. Że praca zdalna już pozostanie i niekoniecznie do tych naszych biur wrócimy? A nawet jeżeli wrócimy, to będą one funkcjonować inaczej niż dotychczas? To już wiadomo, nie trzeba o tym pisać.

Pożyjemy, zobaczymy. Fajne powiedzonko, lubiłam go używać. Dotarło do mnie właśnie, jak do bólu dosłownie trzeba je interpretować. Uważajcie na siebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

śmieci

Mam wrażenie, że nareszcie coś drgnęło. Coraz więcej osób rozumie, że nie może być dalej tak jak jest, że plastik nie jest fantastic. Wielka jak trzy Francje pacyficzna plama śmieci unaoczniła wielu ludziom, że plastik naprawdę nie znika, czyli że nawet ten recycling jest przereklamowany. Gdyby recycling rzeczywiście rozwiązywał problem – ta plama nie miałaby prawa powstać. A powstała. Mam ogromną nadzieję, że dotarło, że jeżeli będziemy postępować jak dotychczas – zasypiemy się po czubek nosa. Czasami taka szokowa terapia jest potrzebna.

Zawsze musi być coś dla równowagi, więc na przeciwległym biegunie mamy ideę zero waste, która pozostanie jednak raczej w sferze utopii. Można za to starać się wdrażać w życie less waste i tu jest już pole do popisu dla każdego. Tak się składa jednak, że nie jest łatwo zostać less waste’owcem- nie sprzyja temu cały system. On jest tak skonstruowany, żeby po pierwsze kupować, kupować, kupować, a po drugie, żeby było lekko i przyjemnie. Łatwiej jest wyrzucić jednorazowy kubek, niż nosić ze sobą własny i potem jeszcze go myć. Żeby mieć ze sobą kubek czy butelkę, wypadałoby mieć też jakąś torbę lub plecak. A te już nie zawsze idealnie komponują się z całością wizerunku na dany moment. W damskiej torebce jak wiadomo mieści się wszystko, ale na sporych rozmiarów kubek i/lub butelkę może już tego miejsca zabraknąć. A panowie to w ogóle najchętniej chodzą z wolnymi rękami, wygoda przede wszystkim.  Niektóre porady z zakresu ograniczania ilości śmieci są też beznadziejne. Np. napełnianie własnej butelki wodą z kranu w publicznej toalecie nie jest dobrym pomysłem, bo roi się tam od fruwających w powietrzu bakterii, zwłaszcza e.coli. Tak, piję filtrowaną wodę z kranu, ale mogę napełnić butelkę w domu, w kuchni w biurze czy w hotelu. W publicznej toalecie  na lotnisku czy na dworcu kolejowym – nigdy. Pokazuje to, że brakuje po prostu infrastruktury, która sprzyjałaby zachowaniu redukującemu śmieci. Mam tu na myśli np. popularne w USA poidełka, których w Polsce za często niestety nie uświadczysz. (Poidełka są świetne, ponieważ są higieniczne). Również jeżeli  ktoś ma pracę związaną z częstymi podróżami służbowymi – niegenerowanie śmieci też będzie dla niego dużym wyzwaniem. W hotelu raczej nikt nie ugotuje sobie obiadu do lunchboxa. Nie wolno też zabierać nic ze śniadania, co ja akurat uważam za niesprawiedliwe, bo jestem szczupła i w ogóle mało rano jem, więc sponsoruję częściowo śniadanie większym łakomczuszkom. (Z drugiej strony mogę sobie wyobrazić, jak wyglądałoby zaprowiantowanie przez niektórych, gdyby tej zasady nie było, hotele by zbankrutowały).  Wracając jednak do śmieci –  uważam, że w niektórych sytuacjach mamy prawo się rozgrzeszyć. Ekologia powinna się plasować przed wygodą, ale jednak za zdrowiem.

Ze śmieciami większym problemem niż ta przykładowa podróż służbowa jest moim zdaniem codzienny styl życia wielu osób, który jest po prostu stylem „na leniuszka”. Bogata oferta usługowa bardzo w tym pomaga.   Po co mam gotować, skoro mogę zamówić jedzenie na wynos w styropianie. Albo mogę zjeść na mieście – też w styropianie albo czymś podobnym. Mogę też zamówić sobie dostawę diety pudełkowej, która generuje ok. 10 pudełek dziennie.   Można tu zastanawiać  się, czy to popyt wygenerował podaż, czy odwrotnie – wszechobecna reklama pokazuje, że taki sposób postępowania jest OK, że tak jest fajnie. Fastfoody są tanie i szybkie, lokale serwujące swoje dania na tradycyjnych talerzach nie mogą z nimi konkurować  ani ceną ani szybkością przygotowania. Konsument chce mieć tanio  i szybko – no to ma. Ale czy coś może być jednocześnie tanie, szybkie i dobre? (w szerszym kontekście, nie tylko smakowo czy odżywczo, bo tutaj dieta pudełkowa byłaby akurat OK). Raczej nie, dotyczy to zresztą wszystkiego, nie tylko jedzenia.

Żeby było jasne – absolutnie nikogo nie chciałam tym „leniuszkiem” obrazić. Czasami jest tak, że ktoś z pewnością nie jest leniem, może być wręcz jego przeciwieństwem – np. ktoś pracuje tak dużo, że po pracy nie starcza mu już sił na żadne gotowanie ani w ogóle prawie na nic. Kupienie czegoś i zjedzenie na szybko jest w takiej sytuacji jedynym sposobem, żeby w ogóle funkcjonować. Tylko … czy na pewno chcemy tak właśnie funkcjonować?  Czy to normalne, że taki model stał się normą 😉

I tak sobie myślę, że do ograniczenia ilości śmieci bardziej potrzebna jest raczej ogólna zmiana świadomości zamiast promowania w ramach less waste tych bambusowych szczoteczek do zębów. Że tylko odejście od tego dużo, tanio  i szybko może nas uratować. Ale tu akurat musi zmienić się coś od góry, nie można mieć pretensji tylko do zwykłych ludzi, że te śmieci generują.  Ktoś ten plastik produkuje a ktoś inny opakowuje w plastik swoje produkty. Konsumenci korzystają z oferty takiej, jaka jest. Jeżeli ktoś podejmuje decyzję, że chce być less waste, musi iść pod prąd, musi być super hero, a nie można czegoś takiego wymagać od zwykłych ludzi, zresztą to nigdy się nie udaje. Większość ludzi nie jest super hero, bynajmniej.  Inicjatywa UE o zakazie stosowania jednorazowych sztućców i talerzyków jest super, niestety reszta świata cały czas zdaje się nie bardzo przejmować problemem.

Pochwaliłam USA za poidełka, ale tak naprawdę to ta pacyficzna plama śmieci nie przez przypadek powstała u wybrzeży tego kraju. Bo to właśnie tam wszystkiego jest dużo, tanio i szybko. I prawie wszystko kręci się wokół pieniądza. W USA np. w hotelach – i to wcale nie tych naj-najtańszych-  śniadania je się na jednorazowych talerzach, pije kawę (swoją drogą ohydną) z plastikowego kubka i używa plastikowych sztućców. Bo to jest tańsze niż zatrudnienie pracownika do zmywania. Bezsens do kwadratu. Jeżeli nie przestaniemy podejmować decyzji wyłącznie przez pryzmat pieniądza – no to rzeczywiście źle to wygląda. Przykryją nas całkiem te nasze śmieci. Przecież plastik tak na masową skalę zaczął być produkowany dopiero w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. To niecałe siedemdziesiąt lat. Ile jeszcze potrzeba, żeby osiągnąć punkt krytyczny?

WODA

rain-455124_1920

Wczoraj obchodziliśmy Światowy  Dzień Wody. W Polsce sytuacja z wodą naprawdę jest niewesoła, mamy porównywalne zasoby wody pitnej co Egipt a z krajów europejskich jesteśmy pod tym względem trzeci od końca. Nie zanosi się niestety na poprawę,  naukowcy mówią już o pustynnieniu centralnej Polski. Coś musi być na rzeczy. W Wielkopolsce, gdzie mieszkam,  ziemia jest bardzo drenowana z wody przez intensywne rolnictwo i w rezultacie z roku na rok jest coraz bardziej sucho. To się czuje i widzi – np. po postępującej eutrofizacji jezior, które stają się coraz mniejsze i mniejsze. Bardzo suchym rokiem był rok 2015, akurat w końcówce lata tego roku leciałam do Moskwy i miałam okazję zaobserwować sobie Wisłę z góry. Widok był żałosny, ponieważ Wisła wtedy prawie wyschła. Były widoczne białe połacie piasku i jedynie zakola wody. Pomyślałam sobie wtedy – to ma być królowa polskich rzek? Na tamten moment tytuł ten był mocno, mocno wątpliwy. Czyli to naprawdę nie jest tylko takie straszenie, że wody może kiedyś w Polsce zabraknąć. Może nie całkiem, bo nie jesteśmy jednak Afryką, ale już np. ograniczenie dostępności wody mogę sobie za jakieś 20 lat wyobrazić.

Z okazji światowego dnia wody padały oczywiście też propozycje, jak oszczędzać wodę. Czyli standard: perlator w kranie, zakręcanie wody podczas mycia zębów, prysznic zamiast wanny. Tylko że te pomysły po pierwsze są mocno wyświechtane, a po drugie – to takie trochę mydlenie oczu.  Daje się ludziom złudne poczucie sprawczości i przedstawia sprawę tak, że oszczędność wody to oszczędność na rachunkach. Owszem, gdyby wszyscy ludzie  stosowali się do tych zaleceń, byłby jakiś efekt, jakaś oszczędność. To wszystko to jednak jedynie bardzo powierzchowne działania, nie docierające do sedna problemu i tym samym go nie rozwiązujące. Nie oszczędzimy znacząco wody, nie traktując jej jako zasobu. Wspólnego nas wszystkich. Bieżące rachunki za wodę mają przy tym najmniejsze znaczenie.

Jak nie wiadomo o co chodzi … to w zasadzie wiadomo. Chodzi zawsze o kasę. Tak naprawdę jednymi z największych winowajców jeżeli chodzi o kurczenie się zasobów wody są przemysł odzieżowy i przemysł mięsny.  Ktoś za tym stoi i nieźle sobie zarabia (a nawet bardzo nieźle), no i jakoś nie ma powszechnych kampanii – kupuj mniej rzeczy, jedz mniej mięsa albo w ogóle z niego zrezygnuj. Do tego te lamenty, że konsumpcja może spaść, przez co mniejsze będą wpływy z  podatków i wszystkim będzie żyło się gorzej. Czy na pewno gorzej? A może inaczej. Na  pewno zdrowiej. Może trochę wolniej. Na pewno chcemy biec jeszcze szybciej? Dokąd w zasadzie biegniemy? Ile może jeszcze rosnąć konsumpcja, o ile rozwój nie jest zrównoważony.  Bo niestety nie jest 😦

Wśród pomysłów na oszczędzanie wody znalazłam jednak dwie „perełki”. Pierwsza to niekoszenie trawnika latem, ew. koszenie o wiele rzadsze. W sumie to logiczne – trawa mimo że niepozorna to też masa zielona, ma to znaczenie zwłaszcza w mieście. Ona też gromadzi wodę i chłodzi otoczenie. Podczas koszenia źdźbła (ach jakie piękne słowo!) zostają przecięte, odcięta część od razu obumiera i usycha, a ta pozostała, która rośnie – musi ostro walczyć o to, żeby przeżyć. Do tej walki potrzebuje oczywiście wody. To można zauważyć gołym okiem – tam gdzie trawniki są regularnie koszone, trzeba je też ciągle podlewać, żeby były zielone. Inaczej uschną. Za to dziko rosnąca sobie trawka jakoś sobie radzi. Nie jest może tak piękna i równa, jak hodowane trawniki, ale – pomijając pory ekstremalnej suszy – potrafi przeżyć, mimo że podlewa ją wyłącznie deszcz. Ludzie działają niestety na autopilocie i nie myślą. Trawę kosi się regularnie co tydzień  (a tak najlepiej to o siódmej rano w sobotę, czemu nie), a potem trzeba ją podlewać, przecież to normalne. Czy coś wielkiego by się stało, gdyby tę trawę skosić raz na dwa, a nawet raz na trzy tygodnie? Czy to byłby aż tak wielki dyskomfort? Wizualny czy jakiś inny, w sumie nie wiem jaki. No cóż, niektórzy tak mają, że taka o 1,5 cm za wysoka trawa naprawdę im przeszkadza 😦

A drugi sposób na oszczędzanie wody i to w kontekście mocno  globalnym – to niekupowanie tanich marketowych ciętych kwiatów, zwłaszcza róż. Kwiaty te hodowane są w przeważającej mierze w Afryce. Do ich uprawy zużywa się ogromne ilości wody, której w Afryce i tak jest jak na lekarstwo. Do upraw wykorzystuje się też mnóstwo chemikaliów, które dodatkowo zatruwają wody gruntowe, czyli wody zdatnej do użytku jest jeszcze mniej.  Ciekawy przykład. Także w kontekście kryzysu migracyjnego. Podobno największa fala uchodźców jest przed jeszcze przed nami, bo przyjdą oni do Europy  nie tylko po zasiłki, ale przede wszystkim po wodę. Gdy Afryka wysuszy się już całkiem na skwarkę. To może nie róbmy im tej skwarki. Warto czasem pomyśleć. Tanie róże z supermarketu to tylko jeden z tysiąca przykładów na to, jak wszyscy jesteśmy połączeni. Taki „efekt motyla” trochę mi wyszedł. Ale tak jest.

earth-2214024_1280

 

 

szkoda zdrowia na smog

Gdy przyszłam wczoraj wieczorem do domu, moje włosy miały wyraźny zapach węgla. Mieszkam w Poznaniu, mieście w którym problem smogu jest bagatelizowany, bo przecież smog to w Krakowie i na Śląsku, ale nie u nas. Tymczasem jest naprawdę bardzo źle. Tzn. może nie mamy aż tylu dni w ciągu roku z przekroczonymi normami jak na południu Polski, ale za to jak już dowali to konkretnie. Dzisiaj o 2-giej w nocy było np. tak:

smog

Prawie koniec skali. I było to naprawdę najgorzej z dużych miast w Polsce, w których podawane są pomiary. W sumie trudno, żeby było gorzej, skoro skala się kończy. A zresztą co tam w Polsce. 22. stycznia tego roku byliśmy trzeci na świecie, czyli brązowy medal, podium. Brawo? No wolałabym jednak w jakiejś innej kategorii. Towarzystwo mieliśmy zacne, bo wyprzedziły nas tylko Kalkuta w Indiach i Katmandu w Nepalu. W tym co piszę jest dużo rozżalenia, ale tego smogu nie robią krasnoludki tylko mieszkańcy mieszkańcom. I tak – będę jednak zarzucać właścicielom domów jednorodzinnych, że do takiego stanu doprowadzają (nie wszystkim, ale tym, którzy rzeczywiście to robią). Czy to przypadek, że poziom zanieczyszczenia rośnie skokowo po 22-giej? Czy raczej efekt tego, że kontrola tego co wkłada się do pieca może być przeprowadzana tylko w godzinach 6-22. Taka specyficzna poznańska przezorność. Czy samochody powodują ten ekstremalny poziom o drugiej w nocy? Chyba jednak nie. Mam dość, ponieważ w dużych miastach większość mieszkańców mieszka w blokach (myślę, że nawet dwie trzecie), a bloki podłączone są przecież do ciepła systemowego. Nikt w blokach sam nie pali.  Elektrociepłownia znajduje się z reguły poza centrum miasta i przede wszystkim są tam zainstalowane dobre i nowoczesne filtry. Czyli to ta pozostała jedna trzecia (tak około) robi krzywdę sobie i wszystkim innym. Jasne – część domów jednorodzinnych ma ogrzewanie gazowe, a w części z nich pali się dobrej jakości opałem.  Właściciele tych domów są oczywiście w porządku. Ale niestety reszta pali tym, co jest najtańsze. A zalicza się tu także najgorszej jakości węgiel, w tym ten importowany, którego z roku na rok przywozi się do Polski coraz więcej. Wydaje mi się, że tu właśnie może być piesek pogrzebany, dlaczego w niektóre dni jest u nas znacznie gorzej niż w Katowicach. Na pewno na Śląsku lepiej się na węglu znają. W to nie wątpimy. I mają dzięki temu orientację  w cenie węgla, jaka może być, a jaka nie powinna. Że jak węgiel jest nieprzyzwoicie tani, to widocznie jest z nim coś nie w porządku. I po prostu takiego węgla nie kupią. A w Poznaniu kupią, bo oszczędność to przecież taka poznańska cnota. Efekty zastosowania tej cnoty w praktyce możemy poczuć każdego wieczoru w swoim nosie. Mam dość. Ktoś może powiedzieć, że jestem przewrażliwiona. Tak, jestem, bo mam akurat poważne problemy z układem oddechowym. Mój laryngolog zapisując mi kolejne dawki wziewnych sterydów mówi: ale wie Pani, że to jest tylko leczenie objawowe. Tak, wiem. Wcześniej myślałam, że to ze mną jest coś nie tak, że jestem nienormalna, bo przecież nie wszyscy reagują na silny smog nieinfekcyjnym stanem zapalnym. Ale odkąd zaczęłam śledzić te wszystkie PM2,5, PM10 dotarło do mnie, że to te ekstremalne stany zanieczyszczeń nie są normalne. (ekstremum siłą rzeczy nie będzie nigdy normalne; jeżeli ktoś liznął odrobinę statystyki to wie o co chodzi ;-)) Ale nawet, jeżeli ktoś nie ma nadwrażliwych dróg oddechowych i z powodu smogu poza lekkim dyskomfortem nie odczuwa bieżących dolegliwości – nie znaczy to, że smog jemu nie szkodzi. Cząsteczki PM 2,5 są tak malutkie, że mają zdolność przenikania z pęcherzyków płucnych do krwi, a wraz z nią mogą swobodnie dotrzeć do każdej komórki organizmu. Czyli to, że ktoś nie cierpi specjalnie z powodu smogu od razu, nie jest równoznaczne z tym, że nie ucierpi w ogóle. Skutki mogą być odroczone i niestety bardzo poważne. Śmieję się trochę przez łzy, że to właśnie ta moja nadwrażliwość może mnie uratować. Bo ja przynajmniej próbuję coś robić, staram się chronić.  Np. dwa tygodnie temu, gdy ze smogiem i z moimi objawami też było bardzo źle, tak się wkurzyłam, że spakowałam walizkę i … uciekłam. Do Sopotu. Było tam tak:

Sopot

Czyli pięknie. Powietrze oczywiście dzięki morzu też jest czyste. Gdy tak sobie chodziłam brzegiem morza to się zastanawiałam – jaki to ma sens. Jestem w dobrym zawodowym momencie, dopiero teraz mogę powiedzieć, że czuję się pewnie w tym, co robię (bo wcześniej to było jednak czasami takie  fake it till you make it  ;-)), a przy tym jestem na tyle głupia, że daję się w miejscu mojego stałego zamieszkania po prostu truć. Bo ktoś chce sobie zaoszczędzić trochę pieniążków i myśli że jest sprytny, a jeszcze ktoś inny, kto handluje tym najgorszym węglem, sobie na tym zarabia. I naprawdę nie obwiniam tu tych naj-najuboższych osób, które nie mają za co kupić lepszego opału. Ta grupka nie spowodowałaby aż takiego zanieczyszczenia, jakie jest. Nie wiem, czy wyprowadzę się z Poznania raz na zawsze, bo to miasto- mimo całego negatywnego wydźwięku tego, co napisałam-  ma również swoje plusy. Ale na pewno będę z niego wyjeżdżać, gdy tylko będę mogła. Brak umowy o pracę bardzo w tym pomaga. Eskapizm smogowy. Smutne. Coś czuję, że moim celem będzie stworzenie sobie takiego modelu pracy, żeby móc ją wykonywać  prawie niezależnie od miejsca. Smog jest przy tym jedną z najważniejszych determinant tej decyzji!  To też pokazuje absurdalność całej sytuacji – smog dyktuje nam warunki życia – gdzie będę żyła, jak będę żyła, czy mogę wyjść na dwór, czy muszę siedzieć w domu. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdy może podjąć natychmiastową decyzję o wyjeździe z miasta, wynika to po prostu ze specyfiki danej pracy. Dlatego dawanie mądrych rad typu „wyjedź” można sobie czasami … no.  Np. nauczyciel czy lekarz musi być przecież w wyznaczonym miejscu o wyznaczonej godzinie, nie może się wkurzyć, spakować walizki i wyjechać.  Poza tym jeżeli ktoś ma dzieci, to one muszą przecież chodzić do szkoły i nie powinny za dużo dni opuszczać. Inna sprawa, że przez smog chorują, więc i tak opuszczają. Napisałam ten tekst o Poznaniu, bo tu mieszkam, ale wiadomo, że w innych miejscach w Polsce jest podobnie. To bardzo przykre, że tak niewiele się zmienia w świadomości mimo trąbienia wszem i wobec o fatalnym stanie powietrza.  A najgorsze jest dla mnie to, że to właśnie mniejszość tych „spryciulków” wyrządza tak ogromną krzywdę całej reszcie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak zaoszczędzić trochę pieniędzy

dollar-3289367_1920

Też macie wrażenie, że ostatnio wszystko bardzo zdrożało? Nie chodzi tu zresztą o wrażenie, bo wskaźniki inflacji mówią same za siebie.  Tyle tylko, że wskaźnik inflacji też może być nieco mylący, ponieważ opiera się na uśrednionym koszyku dóbr i usług, a akurat ja nie muszę niektórych artykułów z tego koszyka nabywać. Tzn.  mogła np. potanieć stal, a ja ze stali mogłam nie kupić nic lub prawie nic, a pośrednio też korzystam z niej raczej w ograniczonym zakresie (tzn. z tych nowych inwestycji, do których stal została użyta- bo tylko na te może mieć wpływ spadek ceny stali; stal to przy tym tylko przykład). Subiektywne odczucie jest na pewno takie, że uciekają mi pieniądze. Wzrost cen w ostatnim czasie (2-3 lata) nie powinien w ogóle dziwić nikogo za bardzo, bo z wiadomego powodu na rynek trafiło więcej pieniędzy, a jedno z elementarnych praw ekonomii mówi, że wpuszczenie dodatkowych pieniędzy do obiegu powoduje, że ceny idą w górę.  Ja naprawdę nie jestem jakimś centusiem, obracającym dwa razy każdą złotówkę przed jej wydaniem. Ale wkurza mnie, że przy takiej samej pracy jak  wcześniej stać mnie na mniej. I nie chodzi mi o to, że nie mam co włożyć do garnka, zgrzeszyłabym, gdybym zaczęła na swoją sytuację bardzo narzekać. A jednak muszę jakoś bardziej uważać.

Czytaj dalej „Jak zaoszczędzić trochę pieniędzy”