Jak zaoszczędzić trochę pieniędzy

dollar-3289367_1920

Też macie wrażenie, że ostatnio wszystko bardzo zdrożało? Nie chodzi tu zresztą o wrażenie, bo wskaźniki inflacji mówią same za siebie.  Tyle tylko, że wskaźnik inflacji też może być nieco mylący, ponieważ opiera się na uśrednionym koszyku dóbr i usług, a akurat ja nie muszę niektórych artykułów z tego koszyka nabywać. Tzn.  mogła np. potanieć stal, a ja ze stali mogłam nie kupić nic lub prawie nic, a pośrednio też korzystam z niej raczej w ograniczonym zakresie (tzn. z tych nowych inwestycji, do których stal została użyta- bo tylko na te może mieć wpływ spadek ceny stali; stal to przy tym tylko przykład). Subiektywne odczucie jest na pewno takie, że uciekają mi pieniądze. Wzrost cen w ostatnim czasie (2-3 lata) nie powinien w ogóle dziwić nikogo za bardzo, bo z wiadomego powodu na rynek trafiło więcej pieniędzy, a jedno z elementarnych praw ekonomii mówi, że wpuszczenie dodatkowych pieniędzy do obiegu powoduje, że ceny idą w górę.  Ja naprawdę nie jestem jakimś centusiem, obracającym dwa razy każdą złotówkę przed jej wydaniem. Ale wkurza mnie, że przy takiej samej pracy jak  wcześniej stać mnie na mniej. I nie chodzi mi o to, że nie mam co włożyć do garnka, zgrzeszyłabym, gdybym zaczęła na swoją sytuację bardzo narzekać. A jednak muszę jakoś bardziej uważać.

Standardowo w tego typu poradach zaleca się skrupulatne notowanie wydatków, aby móc prześledzić, gdzie pieniądze się rozchodzą. Czyli prowadzenie dzienniczka wydatków? Świetne postanowienie noworoczne! Tylko kto w nim wytrwa? Bez przesady, nie każdy musi być księgowym. Celem ma być oszczędzanie, a nie generowanie dodatkowej pracy samej w sobie. Na pewno jednak warto usiąść raz a porządnie i wypisać podstawowe pozycje kosztowe, które co miesiąc musimy ponosić – czyli rata kredytu lub czynsz, opłaty, ubezpieczenia, przedszkole lub szkoła dla dzieci itd. Na tym za bardzo nie zaoszczędzimy. Po odjęciu tych stałych wydatków od miesięcznego dochodu – z kwoty, która pozostała postarajmy się przelewać co miesiąc jakąś sumę na drugie konto – nazwijmy je oszczędnościowe i nie ruszajmy tych pieniędzy, no chyba że naprawdę  coś by się wydarzyło, czego nie życzę. Reszta musi wystarczyć na życie, przy czym życie to jedzenie, ubranie, bieżące wydatki na dom i samochód, przyjemności i jeszcze obowiązkowo jakiś bufor. Nawet niewielki, ale musi być. Budżet nie może być tak napięty, że aż trzeszczy. Paradoksalnie – całe to planowanie można o kant stołu rozbić, jeżeli wszystko jest rozpisane co do złotóweczki. Życie to nie matematyka.  Aha – pożyczki chwilówki nie istnieją. Nie ma takiej opcji jak finansowanie bieżącej konsumpcji z pożyczek krótkoterminowych, po prostu nie ma. Nie ma też opcji niespłacania w terminie karty kredytowej. Kropka.

No ok, to oszczędzamy. Moje 15 sposobów wygląda tak:

1. wypowiedzenie abonamentów

Celowo wymieniłam abonamenty na pierwszym miejscu. Miesięczna kwota może nie wydawać się zbyt wielka, ale praca nauczyła mnie analizować wszystkie koszty w ujęciu rocznym. Przy przemnożeniu wszystkich abonamentów przez 12 powstaje już całkiem pokaźna sumka, za którą moglibyśmy sprawić sobie coś dużo fajniejszego. Najbardziej „niebezpieczne” są przy tym abonamenty, które ściągają się same z konta, ponieważ podaliśmy numer karty kredytowej lub debetowej. Co więcej – czasami  wcale nie korzystamy ponownie z tych raz zakupionych usług albo robimy to jedynie  sporadycznie. Czyli abonamenty te nie są nam wcale potrzebne, a cały czas opłaty za nie są pobierane z naszego konta. Niekiedy przez taką bierną postawę abonament potrafi się naliczyć za parę lat  i wtedy to naprawdę z opłat za wszystkie okresy uzbierałaby się kwota, która wystarczyłaby na fajne wakacje. Co więcej – usługodawcy są oczywiście sprytni, mają dopracowane w szczegółach regulaminy, na które się zgodziliśmy i wcale nie jest łatwo taki abonament wypowiedzieć. No ale w końcu zazwyczaj się udaje i można powiedzieć uff.

Oglądam bardzo mało telewizji, dlatego ostatnio pozbyłam się telewizji kablowej, ponieważ stwierdziłam, że nie potrzebuję wszystkich tych programów, pomijając już to, że po prostu nie jestem zadowolona z oferty. Wykupiłam za to dostęp internetowy tylko do jednego kanału informacyjnego (ogląda się normalnie na ekranie telewizora). W rezultacie zamiast dotychczasowych 70 PLN/m-c  płacę  30 PLN. Oszczędność 40 PLN x 12 = 480 PLN – będzie na 2-4 bilety do teatru lub na koncert 🙂 Oczywiście – mogłabym zrezygnować zupełnie z TV i nie płacić tych 30 PLN, ale jakoś nie jestem na to gotowa. Nie wiem też, czy w ogóle będę.

Jeżeli chodzi o pozwolenie się naciągnąć – nie jestem wcale aż taka przezorna. Potrzebowałam np. program do konwersji plików pdf na word. Program  kosztował 30 EUR, trzeba było zapłacić kartą i ja się na to zgodziłam, bo nie chciało mi się przepisywać tekstu. Usługę wykorzystałam raz. A dopiero po pięciu miesiącach odkryłam (na koncie, nie inaczej), że te 30 EUR firma ściągała sobie co miesiąc. Trochę trzeba było się nagimnastykować, żeby wypowiedzieć ten  „abonament”.

W ogóle wśród usługodawców jest teraz taka tendencja, żeby jak najwięcej usług oferować w abonamencie (nie tylko dla osób fizycznych, ale też dla firm), ponieważ miesięczna kwota nie wydaje się jakaś ogromna i klient uważa, że może sobie na to pozwolić. Usługodawcy wiedzą jednak co robią – suma kwot zapłaconych jako opłaty abonamentowe prawdopodobnie będzie dużo wyższa niż jednorazowy zakup usługi i zapłacenie za nią z góry.

2. rezygnacja z nowego smartfona przy przedłużaniu umowy telekomunikacyjnej

Czy naprawdę potrzebujemy nowego smartfona co 2 lata, jeżeli ten „stary” jest jeszcze dobry? Ja też niestety dałam się raz nabrać, bo sprzedawcy mają swoje techniki i zostałam zapytana mniej więcej w ten sposób: płaci Pani wysokie rachunki i jest Pani naszą lojalną klientką od X lat, czy nie chciałaby Pani w nagrodę dostać nowego iPhona za 80 PLN? No cóż, brak czujności plus naiwność sprawiła, że chciałam tę „nagrodę”. No i spłacałam ją następnie po 80 PLN przez 24 miesiące. Ostatnio znowu przedłużałam umowę, ale tym razem podziękowałam za nowego smartfona, a w zamian za to obniżono mi abonament (a propos punktu 1. abonament za usługi telekomunikacyjne to jedyny, który teraz posiadam). Rezygnacja z nowego sprzętu jest przy okazji zachowaniem bardzo eko, ponieważ do produkcji tych wszystkich technologicznych cudeniek zużywane są cenne surowce. Odmawiając sobie nowego telefonu nie dokładamy kolejnej cegiełki do dewastacji środowiska.

3. korzystanie z aktywności, które są bezpłatne

Dużo przyjemnych i pożytecznych rzeczy jest dostępnych zupełnie za darmo. Mam tu na myśli zwłaszcza długie spacery, kontakt z przyrodą oraz bieganie, które dla mnie jest jednak najlepszym sportem. Tak samo jest z praktykowaniem jogi przy youtube. Joga jest bardzo indywidualna i naprawdę uważam, że ćwiczenie jej samemu ma większy sens niż w zatłoczonej sali. Jeżeli chodzi o sport – każdy może znaleźć dla siebie dziedzinę, która mu odpowiada, a która przy tym nie kosztuje nic lub prawie nic. Zostawmy sobie granie w golfa na trochę późniejszy okres życia 😉 Oczywiście jeżeli ktoś ma kartę multisport lub podobną wykupioną przez pracodawcę – należy z niej korzystać ile można.

4. Filmy i muzyka z reklamami

Chcemy oglądać filmy i słuchać muzyki oczywiście legalnie. Alternatywą dla wykupienia abonamentów, o których było wyżej, jest przyzwolenie na reklamy. Też ich nie lubię. Ale po pierwsze nie oglądam filmów jakoś bardzo dużo  (a seriali w ogóle) i również dlatego  nie widzę sensu kupowania abonamentu. Kupuję za to czasem film smsem (co i tak jest tańsze niż dvd, a poza tym jest niematerialne czyli nie generuje śmieci)  lub oglądam film z reklamami.

Jeżeli chodzi o muzykę – jestem staroświecka i kupuję sobie płytkę, jeżeli jestem na nią naprawdę zdecydowana. Albo słucham na youtube z reklamami.

5. wymienianie się książkami ze znajomymi

Moje dwie przyjaciółki podobnie jak ja sporo czytają i gdy się spotykamy,  po prostu siebie pytamy: – Co ostatnio czytałaś? – A to i to. – O, też bym chciała to przeczytać, pożyczysz mi? – Jasne. A Ty co masz fajnego?

I tak to działa. Nie trzeba wszystkiego kupować i mieć tylko dla siebie. Korzyść jest jeszcze taka, że z naszymi bliskimi znajomymi mamy w miarę zbliżone zainteresowania, dlatego jest duża szansa, że to co mamy do zaoferowania będzie trafiało w gust odbiorcy. Po prostu. Z przyjaciółkami pożyczamy sobie  też czasem jakieś ciuszki i to też jest fajne.

6. samodzielne wykonywanie kosmetyków i domowych detergentów

U mnie zaczęło się od nadwrażliwości na silne chemiczne zapachy.  Do tego mam atopową skórę, która „odzywa się” zwłaszcza w stresujących sytuacjach. Liczba kosmetyków, których mogłam bezpiecznie używać była mocno ograniczona – w zasadzie produktami, co do których miałam pewność, że mnie nie uczulą,  były hipoalergiczne kosmetyki dwóch francuskich marek. Kosmetyki te są bardzo dobre, ale są przy tym naprawdę  drogie. Nie miałam zatem za bardzo wyboru i musiałam zabawić się w domowe laboratorium.  Tak mi się spodobało,  że – mimo iż moje dolegliwości w dużej mierze ustały – na pewno nie wrócę już do kosmetyków dostępnych w popularnych sieciówkach, od czasu do czasu kupuję  dobry krem w aptece. Używam jednak mniej kosmetyków niż kiedyś, bo wcale nie są one dla nas obojętne – zawierają silne substancje aktywne, które wnikają przez skórę do całego organizmu. Staram się za to więcej niż kiedyś korzystać z najlepszego i zupełnie bezpłatnego kosmetyku regenerującego tj. snu.

Podobnie było z detergentami. Chyba tak już jest, że ktoś, kto wejdzie na drogę eliminowania chemii ze swojego życia – w pewnym momencie  przestaje ją tolerować. Im bardziej coś syntetycznie pachnie, mimo że w założeniu producentów to ma być ładny zapach – tym dla nas bardziej śmierdzi. Naprawdę dom da się posprzątać za pomocą sody oczyszczonej, kwasku cytrynowego, octu, wody utlenionej, mydła i olejków eterycznych. Ponieważ składniki te są taniutkie – oszczędność jest zauważalna. Osobom, twierdzącym, że te środki są za słabe, aby wyczyścić trudne zabrudzenia od razu mówię – tak, mam w szafce też „konwencjonalne” środki, ale używam ich sporadycznie, naprawdę wyjątkowo.  Do bieżącego utrzymania czystości te domowe środki naprawdę wystarczają.

7. kupowanie mniejszej ilości ubrań

Na temat minimalizmu napisano już dostatecznie dużo. Związek z oszczędnością jest bezsporny – mniej kupionych ubrań to więcej pieniędzy na koncie. Do określenia siebie minimalistką jest mi jednak daleko, bo wcale nie dokonałam rytualnego oczyszczenia swojej przestrzeni i nie wyzbyłam się tego, co już miałam. Ale staram się nie nagradzać siebie nowymi ciuszkami ani nie rekompensować sobie nimi złego humoru. (Kiedyś tak było, przyznaję). Ubrania najdroższe będą zawsze w sezonie, dlatego od pewnego czasu staram się kupować ubrania i buty „antysezonowo”, tj. kozaki latem, a sandały zimą- oczywiście jeżeli wiem, że naprawdę ich potrzebuję i naprawdę mi się podobają. Czasami korzystam też z wyprzedaży. A moda? Od kilku lat przestałam na nią specjalnie zwracać uwagę. Kupuję to, w czym dobrze się czuję i dobrze wyglądam.

8. unikanie pokus

Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. To dlatego właśnie w epoce komunizmu Polacy nie czuli się wcale tak bardzo biedni, mimo że w porównaniu do mieszkańców Europy Zachodniej właśnie tacy byliśmy. To tak na marginesie. Wcale nie jestem taka mocna w odmawianiu sobie czegoś. Ale staram się nie stwarzać sobie okazji, żeby znowu dać się na coś złapać. Jest tyle ciekawszych możliwości spędzania czasu niż wizyty w galeriach handlowych. W zasadzie czuję się od tego zupełnie uwolniona.

9. skromniejsze destynacje urlopowe

Teraz tak się jakoś porobiło, że nie można być gorszym od znajomych, którzy byli w jakimś naprawdę atrakcyjnym miejscu. Oczywiście – jeżeli dla kogoś podróże są prawdziwą pasją, ktoś ma żyłkę do ciągłego eksplorowania czegoś – taka osoba wręcz powinna jeździć po całym świecie, bo to jest ważna część jej życia.

Ale jeżeli dla kogoś te dalekie i drogie podróże są raczej sposobem na dowartościowanie się i okazją do wstawienia fotki na Insta – czy to ma aż taki duży sens? Czy nie lepiej pojechać w miejsce, gdzie można naprawdę odpocząć?

Mam wrażenie, że czasem jest jak w piosence Elektrycznych Gitar: Byłem w Rio, byłem w Bajo, miałem bilet na Hawaje, wszystko …j    😦 No właśnie. Ani Rio ani Hawaje czasami nie pomogą. A kosztują na pewno bardzo dużo.

10. znaczne ograniczenie lub rezygnacja z mięsa

Jestem świeżo po lekturze książki Szymona Hołowni „Boskie zwierzęta”. Polecam wszystkim, a zwłaszcza tym, którzy jeszcze się wahają i szukają argumentów, żeby przejść na „dobrą stronę mocy”. Generalnie jestem za ewolucją, a nie za rewolucją – wymaganie od miłośnika krwistych steków, aby od jutra stał się ścisłym weganinem jest z góry skazane na porażkę. Ale bardzo się cieszę, że coraz więcej Polaków rozważa znaczącą redukcję mięsa w swojej diecie, coś w końcu zaczyna docierać. Kuchnia roślinna jest  dużo tańsza, zdrowsza i o wiele, wiele mniej szkodliwa dla środowiska.

11. prowadzenie zdrowego stylu życia i zaoszczędzenie w ten sposób na lekarzach

Ciepłe ubieranie się zimą, wspomaganie odporności naturalnymi sposobami, ograniczenie cukru w diecie, ruch na świeżym powietrzu, odstawienie używek,  wizyty kontrolne u dentysty, badania profilaktyczne – to wszystko jest duużo tańsze niż leczenie chorób, będących czasami niestety skutkiem zaniedbań (ale też nie zawsze, jak już się choroba przytrafi nie ma co się obwiniać, bo to na pewno nie pomoże).

12. medytacja i zaoszczędzenie na psychologach

Jeżeli ktoś czuje, że powinien skorzystać z pomocy psychologa – to oczywiście powinien. Czasami jest konieczna nawet interwencja psychiatry i z tym nie dyskutujemy. Na pewno jednak nie ma lepszego sposobu na spotkanie z samym sobą niż medytacja, ew. kontemplacja natury w ciszy. To spotkanie ze sobą to już jest bardzo dużo – psycholog ani coach nie zrobi tego za nas. Medytacja niweluje skutki stresu i generalnie uspokaja. Ja jestem w ogóle takim niewiernym Tomaszem – nie uwierzę, dopóki nie zobaczę lub nie spróbuję. Tak było i w tym przypadku.  Nie potrafię wyjaśnić jak to działa, ale jednak działa.

13. odstawienie suplementów diety

Brałam tego całkiem sporo – na detoks, na zwiększenie energii, na włosy, skórę i paznokcie plus oczywiście witaminki. Najgorsze jest to, że biorąc kilka preparatów łącznie fundujemy sobie niezły koktajl o nieokreślonym razem działaniu.  Do rezygnacji z suplementów przekonał mnie reportaż, w którym pokazane było, że suplementy nie podlegają żadnym badaniom tak jak ma to miejsce w przypadku leków, że „produkcją” suplementów może zająć się w zasadzie każdy i może robić to niemalże w domowych warunkach, że działanie suplementów często jest niepotwierdzone.  Przy tym przebitka cenowa na wytworzonych specyfikach może wynosić czasem kilkaset lub więcej procent, ponieważ użyte składniki są bardzo tanie. Nie twierdzę, że wszyscy producenci suplementów są nieuczciwi, ale na pewno tacy się zdarzają. Teraz biorę wyłącznie witaminę C i D w okresie zimowym, przy czym są to preparaty zarejestrowane jako leki (tu mam przynajmniej pewność, że zachowano wyśrubowane farmakologiczne standardy czystości). Absolutnie nie przekraczam też zalecanej dawki dziennej, bo to nie jest tak, że jeżeli wezmę dwie tabletki zamiast jednej to będę zdrowsza. Moim suplementem jest teraz własnoręcznie robione zielone smoothie, które uwielbiam.  Cudów nie ma, tabletka nie zastąpi zdrowej diety, szkoda na te wszystkie proszki pieniędzy.

14. Niewyrzucanie jedzenia

To już w ogóle powinno być oczywiste – jedzenie za coś zostało kupione, więc wyrzucone jedzenie, to wyrzucone pieniądze. Ale wiadomo – akurat w przypadku jedzenia nie chodzi tylko o pieniądze. Jedzenie jest dobrem, niezbędnym do życia. Nie wszyscy mają tyle szczęścia co my – zarówno w kontekście geograficznym jak i historycznym. Lata 30. i 40. ubiegłego wieku pokazały, że głód jest możliwy także w naszym rejonie, mimo że to nie natura wtedy narozrabiała. Oj nie. Mam wrażenie, że w Polsce i tak szacunek do jedzenia jest większy niż gdzie indziej. Moja koleżanka przyłapała mnie raz w pracy, gdy wyrzucałam bułkę z poprzedniego dnia do kosza, no zdarzyło mi się. Najwyraźniej poczuła się wtedy upoważniona do pouczenia mnie, bo powiedziała: kto wyrzuca dzisiaj chleb ani się nie obejrzy, a będzie go szukać. Czyli jednak chyba coś zostało z tego  „do kraju tego, gdzie kruszynę chleba …”  Koleżanka miała rację! Teraz jestem o kilka lat starsza i naprawdę staram się zjadać chleb do ostatniej kromki.  Jest bardzo prosta metoda, aby nie wyrzucać pieczywa – w zasadzie wystarczy unikać napompowanych bułek i w ogóle pieczywa z polepszaczami, a kupować wyłącznie chleb pieczony na naturalnym zakwasie. Taki chleb naprawdę starzeje się dużo wolniej i  – co bardzo ważne – nie pleśnieje. Po prostu mamy więcej czasu, aby go zjeść. No i drugą banalną metodą, aby nie wyrzucać jedzenia, jest po prostu kupowanie na bieżąco i w mniejszych ilościach. Czyli nie dopuszczać do zepsucia.  A po trzecie – ja często zauważam taką postawę po otwarciu lodówki, takie zastanawianie się: hmmmm na co miałabym/ miałbym ochotę. I wybiera się to, na co się ma na dany moment ochotę, zamiast zastanowić się – co mogę zjeść, uwzględniając przy tym nie tylko własny kaprys. Potem w koszu lądują np. wędliny, co już w ogóle woła o pomstę do nieba. Jakieś zwierzę zostało zabite, no ale przecież z tą szczytną ideologią, że stanowić będzie nasz pokarm. Ale jeżeli mięso znajduje się ostatecznie na śmietniku i stwarza tam tylko jeszcze zagrożenie biologiczne – to proszę mi wytłumaczyć – jaki to miało sens?

15. Rezygnacja z kawki pitej w biegu

Kawa w plastikowym kubku na wynos to świetny interes – dla sprzedawców tej kawy. Dzięki temu rozwiązaniu sprzedają oni dużo, a mogą wynajmować o wiele mniejszy lokal, niż gdyby chcieli zapewnić każdemu gościowi miejsce przy stoliku. Nie muszą też zatrudniać personelu do zmywania naczyń.  Tak się zastanawiam – pijemy kawę na ulicy, bo ta kawa ma dać nam kopa do dalszego działania, kofeina ma pobudzić, żeby zrobić jeszcze więcej i więcej. Jak przyjdę do biura lub na spotkanie, będę już po kawie i od razu będę mogła zabrać się do działania. A może jednak –  jak nie mam czasu na wypicie tej kawy na siedząco lub przynajmniej  na stojąco – to po prostu go nie mam?

Może warto się zastanowić – po co w zasadzie tak się spieszymy, do czego, co jest na końcu tego naszego wyścigu. Pieniądze? Naprawdę? Tam gdzie ostatecznie zdążamy – tam wszyscy zdążymy. W dodatku pieniędzy tam raczej nie uświadczysz. Co więcej-  jest taka koncepcja, że rodzimy się z jakimś określonym zasobem energii. Im szybciej zużywamy tę energię, tym szybciej ona się wyczerpie. Po prostu. Co to oznacza,  nie muszę chyba tłumaczyć.

Czy to, co zaproponowałam to asceza? Nieeee. Kupujemy mnóstwo rzeczy, które mają nam dać zadowolenie. A jest i tak jak w piosence Stonesów: I can’t get no satisfaction.  Jeżeli nie znajdziemy przyjemności w spędzaniu czasu samej/ samemu ze sobą to nie znajdziemy jej z nikim, z niczym  i nigdzie.

 

zwierzęta domowe

IMG_0904

To jest Toudi, mój pies. Toudi jest znajdą, biegał w lesie. Nie znalazłam go sama, aż tak tkliwa historia to nie będzie. W pewnym momencie po prostu spotkały się nasze potrzeby – on potrzebował domu, a ja bardzo potrzebowałam kogoś, kim mogłabym się zaopiekować. No i tak jesteśmy ze sobą już sześć lat. Przygarnięcie Toudiego było impulsem, nie myślałam wtedy za dużo. Kocham go bardzo, ale czy po raz drugi zaprosiłabym go pod swój dach?  ….. yyyyyy ….  nie wiem.

Nie wiem, bo jestem bardzo świadoma odpowiedzialności za niego. Często myślę, że mógłby znaleźć lepszy dom. Żal mi go, bo siedzi zamknięty w mieszkaniu 8 godzin. Wiem, jak bardzo lubi biegać luzem, a w mieście jest to niemożliwe. Ponieważ  trafił mi się akurat mały awanturnik, co drze mordę i lubi coś dziabnąć (np. kreta albo jeża!)  – jestem też odpowiedzialna za to, żeby nie dziabnął kogoś. Dodatkowo – ponieważ pies jest z natury zwierzęciem stadnym, behawioryści twierdzą, że jeżeli ktoś decyduje się na posiadanie psa, od razu powinien wziąć przynajmniej dwa. Bo one zupełnie inaczej wtedy funkcjonują, po prostu bardziej są sobą. Ja wiem, że Toudi nigdy nie będzie miał w domu towarzystwa, bo nie mogę sobie na to pozwolić.

Generalnie psiak daje dużo radości – ogonek merdający tak szybko, że prawie go nie widać naprawdę poprawi humor w najbardziej podły dzień. No i gwarantowana porcja codziennego ruchu – to też korzyść nie do przecenienia. Czyli wszystko super 🙂 Czy zawsze? … no nie. Nie jest super, gdy jestem chora i muszę z gorączką wyprowadzać go  przy mroźnej pogodzie. Nie jest super, gdy szantażuje mnie, jeżeli chcę wieczorem wyjść. Łajdak jeden kładzie się wtedy Rejtanem w drzwiach i łypie na mnie szelmowsko 😉 😉 😉  Nie jest super, gdy zrobi w domu coś brzydkiego i trzeba to posprzątać. Że na beżowy dywan to już w ogóle szczegół. Nie jest super, że nie można podjąć spontanicznej decyzji o wyjeździe nawet na dwa dni, bo trzeba taki wyjazd logistycznie dograć, stawiając oczywiście na pierwszym miejscu opiekę nad Toudim 🙂

Czyli łyżka dziegciu w beczce miodu. Pewnie jak ze wszystkim. Może doszukuję się na siłę.  Ja w ogóle uważam jednak, że w Polsce trzyma się za dużo psów. Spokojnie, nie chcę fundować zbiorowej psiej eutanazji. Ale jestem przeciwna hodowlom psów (a już zwłaszcza pseudo-hodowlom) i uczynieniu z tego źródła niemałego zarobku. Czyli zamiast wydawać kilka tysięcy na rasowego szczeniaka można zaadoptować kundelka. (Jak widzicie, Toudi jest małą uroczą pokraką z krótkimi nóżkami  i taki jest dla mnie najpiękniejszy :-)) Zaopiekowany kundelek nie będzie też w niekontrolowany sposób się rozmnażał i ta psia populacja powoli, powoli, ale jednak w sposób całkowicie naturalny zmniejszałaby się i docelowo można by zamknąć schroniska. Ech, marzenie…  Jestem też przeciwna braniu psa dla zaspokojenia tylko własnych potrzeb. Jako maskotkę lub jako … no właśnie, jako co? Zapytałam raz mojego znajomego, który ma bulteriera, po co mu taki pies. Odpowiedź brzmiała: bo jak z nim idę, to nikt mi nie podejdzie. No na pewno, nikt nie podejdzie. Tylko … czego boi się właściciel?  Przecież w Polsce nie jest znowu aż tak niebezpiecznie, żeby konieczne były takie atrybuty! Chyba bardziej chodzi tu jednak o zachwiane wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa, brakujące poczucie własnej wartości i trzeba je sobie dorobić bulterierem.  No to takiemu czemuś też jestem zdecydowanie przeciwna.

Odkąd mam psa, bardziej dotarł do mnie też ten dysonans, polegający na tym, że ludzie personalizują zwierzęta domowe, kochają je i traktują jak członków rodziny, a jednocześnie jedzą mięso (ja akurat ograniczam się do kilku razy w roku, no ale jednak jem). Jakoś wypiera się ze świadomości to cierpienie fundowane zwierzętom, abyśmy mogli najeść się my i … nasze zwierzęta. Branża pet food to naprawdę spory biznes. Ponieważ jestem mocno eko, odczuwam sporą irytację, widząc  w sklepie zoologicznym np.  karmę z kangura, czy  ze strusia,  które musiały przelecieć pół świata, żeby zaspokoić podniebienie czyjegoś pupila. Czy pupil to doceni? Wątpię.  Sama zresztą nie jestem święta. Wiedząc jak bardzo  szkodliwa dla środowiska jest hodowla bydła mięsnego, sama nie jem wołowiny, ale  Toudiemu kupuję puszki … z wołowiną. Bo lubi. No i takie właśnie sprzeczności mną targają. Chyba zawsze są dwie strony medalu.

 

 

 

Zatoki

Widzę, że mój ubiegłoroczny tekst o zatokach cieszy się dużą poczytnością. I to wcale nie tu na wordpressie, ale jako wynik wyszukiwania w wyszukiwarkach. Nie dziwi mnie to specjalnie, bo temat za chwilkę, gdy mocniej się oziębi,  będzie bardzo na czasie.  A skoro już jest wyszukiwany, widocznie ktoś już we wrześniu/październiku zmaga się z zatokowymi dolegliwościami. Ja stoczyłam prawie czteroletnią batalię o zdrowe zatoki. Wygraną! Dlatego chętnie podzielę się wskazówkami, jak można sobie trochę w tej bardzo dyskomfortowej sytuacji pomóc. Tekst jest dość mocno „fizjologiczny”,  jeżeli ktoś nie ma akurat problemów z zatokami, a jest wrażliwy – to może lepiej niech nie czyta 😉

Poniżej link:

https://ecolessstress.wordpress.com/2017/12/04/zatoki-bolesna-zimowa-dolegliwosc

 

Czym dla Ciebie jest sukces

personal-3410782_1920

Kilka lat temu oglądałam wywiad z Martinem Scorsese. Na pytanie:  co jest Twoim największym osiągnięciem, odpowiedział: surviving- przetrwanie Wywiad był przeprowadzany akurat krótko po zrobieniu przez Scorsese świetnego dokumentu filmowego Surviving Progress  (w polskiej wersji Pułapki rozwoju), stawiającego pytania, dokąd my wszyscy w zasadzie zmierzamy. Zwiastun dokumentu można zobaczyć tu:

 

Odpowiedź  Scorsese oczywiście automatycznie kojarzy się z tytułem tego dokumentu, ale akurat rozmowa poszła raczej w takim kierunku, że już samo przetrwanie jest sukcesem …  No i tak sobie wtedy pomyślałam, że chyba ma rację.

Ale gdyby zapytać kogoś na ulicy, czy samo przetrwanie tj. np. dożycie późnej starości w spokoju i w miarę dobrym zdrowiu jest synonimem sukcesu, to nie spodziewałabym się raczej zbyt wielu twierdzących odpowiedzi.

Bo sukces musi być przecież  z efektem wow,  inaczej to nie sukces. Sukces musi być taki, żeby mamusia była dumna. I żeby znajomi zazdrościli. Oczywiście – ilu ludzi, tyle może być definicji sukcesu, różne są punkty odniesienia i różne  priorytety. Taką sztampą jednak, w którą zdają się wierzyć przedstawiciele klasy średniej lub aspirujący do niej,  jest chyba coś takiego: dom z ogrodem lub luksusowo urządzone mieszkanie, przystojny mąż/ atrakcyjna żona,  udane dzieci + prywatne szkoły dla nich, dwa fajne auta, do tego odjechane wakacje i  kilka gadżetów pozwalających poczuć się lepiej. Że te materialne  składniki z tych wymienionych są na kredyt, a także to, że zdobycie tego wszystkiego okupione jest często ogromnym wysiłkiem i  zjadającym nas stresem –   to takie małe nieistotne szczegóły. Najważniejsze, że mogliśmy to wszystko kupić, no i mamy.  Yes, yes, yes – można obtrąbić sukces wszem i wobec.

Tylko dlaczego, gdy już wszystko mamy,  bardzo często coś musi się porządnie zrypać. I np. jest rozwód albo naprawdę poważne problemy finansowe z powodu przeinwestowania czy też omsknięcia się w szacowaniu swoich sił na zamiary. Myślę, że często dlatego, że byliśmy przestymulowani, że musimy to i to i to.  Ten wysiłek włożony, aby doskoczyć do wysoko ustawionej poprzeczki był za duży.  Zupełnie jak byśmy zapomnieli zasadę, że wyżej d..y  nie podskoczysz. No może czasem komuś się uda podskoczyć trochę wyżej, ale to nie jest tak, że nie ma za to ceny.  I tak dla równowagi musi w końcu coś się załamać. Jak się okazuje, ten sukces nie miał wystarczająco solidnych fundamentów. Domek z kart się rozlatuje. Bach, i lezy.

A nawet jeżeli żaden spektakularny krach nie następuje, to z kolei często realizuje się scenariusz (zwłaszcza gdy trzeba spłacać kredyty):

„Powoli umiera ten, kto staje się niewolnikiem przyzwyczajenia, ten kto odtwarza codziennie te same ścieżki, ten kto nigdy nie zmienia punktów odniesienia, ten kto nigdy nie zmienia koloru swojego ubioru. (…) Powoli umiera ten, kto nie opuszcza swojego przylądka gdy jest nieszczęśliwy w miłości lub pracy, ten kto nie podejmuje ryzyka spełnienia swoich marzeń, ten kto chociaż raz w życiu nie odłożył na bok racjonalności” – Pablo Neruda. Poezje wybrane.

Coś podobnego, za to bardziej lapidarnie dobrze oddał też  Jan Sztaudynger: Stabilizacja motylka to szpilka.

W zasadzie nie wiem, który z tych scenariuszy – porządne tąpnięcie czy powolne umieranie- jest lepszy, a raczej gorszy.

Bo sukces w takim  powszechnym rozumieniu oznacza chyba właśnie tę stabilizację, zdobycie wszystkiego najlepiej w jak najkrótszym czasie. Sukces ma jednak materialne atrybuty.

Gdy już wszystko mamy, możemy zostać motylkiem. Nawet pięknym, nawet barwnym … ale na szpilce. I nie chodzi tu o buty.

A ja chciałabym jeszcze trochę polatać. I przetrwać bez zaliczenia spektakularnej porażki. I to mi wystarczy. To będzie mój sukces.

 

 

ekologiczne oszczędzanie- czy to musi być oksymoron

energy-755834_1920

Jakoś tak przyjęło się przekonanie, że to co ekologiczne musi dużo kosztować. No i rzeczywiście – wizyta w sklepie z artykułami eco czy bio może nas w takim myśleniu jedynie utwierdzić. Dlatego wiele osób uważa, że  na kupowanie w takich sklepach ich po prostu nie stać. Z kolei jako przykłady proekologicznych zachowań, dzięki którym można zaoszczędzić pieniądze,  podaje się najczęściej: zakręcanie wody podczas mycia zębów, prysznic zamiast wanny, wymianę żarówek na energooszczędne, nieużywanie trybu standby itp. Ale tak naprawdę te proponowane rozwiązania to kropla w oceanie!  Kto wypróbował te wskazówki, ten zauważył, że rachunki za wodę czy za prąd owszem spadły, ale bardzo nieznacznie. I tak samo niewielki jest ich wpływ na środowisko.  Chyba zupełnie nie tędy droga…

Czytaj dalej „ekologiczne oszczędzanie- czy to musi być oksymoron”

SMOG – działania u źródła

!cid_213

Dzisiaj powietrze we Wrocławiu było najgorsze … na świecie. W innych miastach nie było może aż tak źle, co nie jest jednak wielkim pocieszeniem, bo stan powietrza również był fatalny.

Ja wszystko rozumiem. Rozumiem ubóstwo energetyczne, rozumiem przywiązanie do węgla, ALE …

Napiszę teraz coś, za co być może mi się oberwie. Trudno.

Czytaj dalej „SMOG – działania u źródła”

zielone biuro

germ-2871773_1280

Można starać się o uzyskanie certyfikatu zielonego biura. Oczywiście nie chodzi tu o zielony kolor ścian ani nawet o bardzo dużą ilość roślin w pomieszczeniach, ale o  zbiór zasad, według których prowadzone jest biuro – tak, aby jego wpływ na środowisko był jak najmniejszy. A przy okazji – abyśmy  czuli się w naszym miejscu pracy  jak najlepiej i mogli dzięki temu przekształcić naszą energię w prawdziwie satysfakcjonujące efekty.

Czytaj dalej „zielone biuro”