Kobieta i praca

american-3644081_1920

Oczywiście, że jestem za równouprawnieniem kobiet i mężczyzn oraz za umiarkowanym gender. Umiarkowanym, bo z „genderowaniem” – jak ze wszystkim – można się zagalopować za daleko. W ostatniej firmie, w której pracowałam, odbywało się wszystko zgodnie z zasadami gender, a polegało  to m.in.  na tym, że żaden facet nie pomógł kobiecie przynieść krzesła 😉  Do tego jeden z kolegów z uśmieszkiem konstatował – same o to walczyłyście! Owszem, inne rzeczy też były przyznawane raczej sprawiedliwie. Nie mogłyśmy narzekać na dyskryminację ze względu na płeć. Dostawałyśmy równie ambitne zadania i siedziałyśmy równo z kolegami do 19-stej lub później.

Oczywiście, że za równą pracę powinna przysługiwać równa zapłata. Ale no właśnie – za taką samą pracę. Jestem kobietą, a śmieszą mnie roszczenia kobiet o przyznanie parytetów w zarządach spółek giełdowych. Dlaczego jakoś nie słyszę żądań o ustanowienie parytetów w rzeźniach, kopalniach, czy na budowach. Jak równo – to równo. Bardzo fajne jest też powiedzenie, że równouprawnienie kończy się, gdy trzeba wnieść lodówkę na czwarte piętro. Jest w nim zawarte w zasadzie wszystko. Tak w sumie to jestem za tym, żeby te najbardziej roszczeniowe kobiety postawić na tych wysokich stanowiskach, do których aspirują. Tak na próbę. Ale po pół roku rzetelnie i bez taryfy ulgowej  rozliczyć z efektów. Bardzo ciekawe, co by wyszło z takiego eksperymentu …

Patrząc na to z drugiej strony   – obecnie stworzony jest taki wzorzec osoby profesjonalnej – czyli takiej, która wykonuje swoje obowiązki na wysokim poziomie, a to czy jest kobietą, czy mężczyzną,  nie ma przy tym najmniejszego znaczenia. Nie macie jednak wrażenia, że te wszystkie korpo działają według jednej matrycy – stworzonej przez mężczyzn i dla mężczyzn?  Te wszystkie procedury, targety, plany, schedule itd.  a potem sprawdzanie ich wykonania  – to jest takie „twarde”,  no męskie po prostu. A my, kobiety, chcąc spełnić stawiane wobec nas oczekiwania, musimy się do tego męskiego wzorca po prostu dostosować. Jest troszkę … jak w wojsku?  Trzeba wykonywać polecenia i słuchać przełożonych. Czy tylko mi się tak wydaje?

Ja w ogóle przez długi czas uważałam coś takiego za normalną sprawę, myślałam, że tak musi być i bardzo starałam się być taka profesjonalna, taka fachowa, taka zostawiająca emocje i moje prywatne sprawy za progiem firmy.  I jako ta profesjonalistka właśnie uczestniczyłam pewnego razu w spotkaniu, na którym byłam obecna ja i pięciu mężczyzn. Czyli żadnej innej kobiety. Nie, nie będę szła w tę stronę, że oni  mnie gorzej traktowali, uważali za nierówną sobie. Nie, ponieważ tak nie było. Nie było też żadnych seksistowskich uwag, też nie w tym rzecz. To raczej ja poczyniłam wtedy bardzo ważną dla mnie obserwację. Na tym spotkaniu musiało być znalezione rozwiązanie pewnego problemu i każdy poproszony został o swoją propozycję rozwiązania. Ostatecznie zostały wybrane dwie koncepcje, reprezentowane przez dwóch panów. Spotkanie przedłużało się, była już 19-sta, potem 20- sta, potem 21-sza. Przez ten czas panowie spierali się, która z tych koncepcji powinna zostać wdrożona. Tak sobie siedziałam i patrzyłam na ten ich pojedynek – werbalny i pozawerbalny. Bo te ich pozy, te miny, te gesty – to był po prostu niezły teatr. Tu już nie chodziło o znalezienie najlepszego rozwiązania, ale wyłącznie o przeforsowanie MOJEGO rozwiązania – czyli koncepcji jednego lub drugiego z panów. Chodziło o  pokonanie rywala, do tego się to wszystko sprowadzało. To właśnie wtedy pomyślałam sobie, że my, kobiety nie do końca do takiego wzorca pasujemy. Bo o tej 21-szej mi już naprawdę było wszystko jedno, która koncepcja zostanie wybrana. Ja chciałam już tylko iść do domu. A gdybym miała np. chore dziecko w tym czasie? To już w ogóle o niczym innym nie potrafiłabym myśleć. Ci faceci za to byli zaangażowani w tę rozgrywkę na 200 % mimo późnej pory. Inne sprawy dla nich na ten moment nie istniały. No i rywalizacja – oni to mają po prostu we krwi, a my niekoniecznie.  Mamy za to wrażliwość, a oni niekoniecznie 😦 To na pewno nie jest cecha specjalnie pożądana w korpo.

Krótko po tym spotkaniu stwierdziłam, że nie chcę dłużej tam pracować. Że tam po prostu nie pasuję. Nie śmiem twierdzić oczywiście, że kobiety w ogóle nie powinny pracować korpo. To zależy od indywidualnych predyspozycji, uwarunkowań, własnych oczekiwań. Sama uważam czas spędzony w korpo za ważny  etap, podczas którego bardzo dużo się nauczyłam. Ale właśnie – etap. Przez 15 czy 20 lat na pewno bym tam nie wytrzymała, bo się do tego psychicznie nie nadaję.

Teraz jestem wolnym strzelcem i dobrze mi z tym. Nie brakuje oczywiście sytuacji, gdy z kolei klienci stawiają twarde (czytaj męskie) wymagania i próbują to wyegzekwować.  Dotyczy to zwłaszcza terminów wykonania. Zawsze mówię, że są terminy i terminy. Te pierwsze to tzw. terminy zawite, których przekraczać absolutnie nie wolno, ponieważ czynność dokonana po tym terminie byłaby bezskuteczna. Te drugie terminy dotyczą sytuacji, kiedy ON (tzn. klient) coś chce, a ja mam to robić, bo on mi płaci. Miałam raz taką sytuację, że klient nakrzyczał na mnie, bo nie przesłałam mu opracowania obiecanego trzy dni wcześniej. To nie tak, że nie chciałam tego zrobić. Nie dałam rady, miałam gorszy dzień, bolała mnie głowa, nie miałam koncepcji, żeby to napisać itd. – cokolwiek. No cóż, to co wtedy odpowiedziałam temu panu dalekie było od profesjonalnych standardów. A powiedziałam mniej więcej coś takiego: proszę na mnie nie krzyczeć, tylko proszę wziąć pod uwagę, że jestem kobietą, w związku z czym – jeżeli Pan będzie na mnie krzyczał – zaraz się tu Panu rozhisteryzuję jak baba i w rezultacie w ogóle tego nie zrobię.

Podziałało. Uspokoił się. A może się przestraszył, bo wiedział, co oznacza babska histeria 😉 Od tego momentu relacja z tym klientem uległa zdecydowanemu … polepszeniu. Ostatecznie powstało dobre opracowanie, a klient oprócz zapłaty faktury przyniósł jeszcze kwiaty i przeprosił za swoje zachowanie.

Dziewczyny – nie dajmy się! I proszę – nie pozwólmy, aby profesjonalizm przysłonił kobiecość. U mnie tak było przez jakiś czas. Naprawdę nie warto. Na szczęście się ocknęłam 🙂

 

 

 

Workation

piwko_309

Zrobiłam sobie  pierwsze w życiu workation, czyli work + vacation = praca połączona z odpoczynkiem. Było spontanicznie, dlatego krótko, jedynie od poniedziałku do środy. Nie, nie piłam alkoholu w tzw. godzinach pracy,  proszę się nie sugerować obrazkiem 😉 Ale wieczorkiem czemu nie. Chyba m.in. tym różni się workation od normalnego urlopu, podczas którego możemy robić co chcemy i kiedy chcemy.  Różnica polega jeszcze na tym, że nikogo z moich zawodowych kontaktów nie informowalam z wyprzedzeniem o wyjeździe (tzn. większości w ogóle informowalam), nie było ustawionego  disclaimera w skrzynce pocztowej  – bo maile i telefony odbierałam. Pomyślałam sobie, że  przez 3 dni świat się nie zawali, jeżeli nie będzie mnie w stałym miejscu pracy.  No i się nie zawalił! Tzn. jeden klient trochę pomarudził, że nie może przyjść, a akurat jest w pobliżu, ale zaprosiłam go grzecznie na piątek. Piątek też dzień.

Myślę, że wiele/ wielu z nas ma ten problem – przyzwyczajenie przełożonych, współpracowników i/ lub klientów  (w zależności od konstelacji, w jakiej funkcjonujemy) do stałej dostępności i gotowości do robienia czegoś dla nich. Bo on/ona chce. Bo jemu/jej pasuje, a ja przecież i tak  jestem na stanowisku. Jestem do dyspozycji. Nawet maile standardowo się tak kończą: W razie pytań i wątpliwości jesteśmy do Państwa dyspozycji. bla bla bla …

Takie spontaniczne workation służy chyba właśnie temu, żeby pokazać innym, ale też sobie (sic!), że wcale do dyspozycji na każdy gwizdek być nie musimy.  I nie oznacza to zaniedbywania obowiązków. Wręcz przeciwnie – workation  pozwala zmienić tapetę,  czyli patrzeć na coś innego niż na co dzień,  pomaga złapać dystans, zaczerpnąć oddech, nabrać energii po to właśnie, żeby dobrze pracować.  No OK, u każdego w pracy są na tyle intensywne okresy, że żadne spontaniczne wyjazdy nie wchodzą w rachubę. Ale jeżeli intensywnie jest non stop i oprócz urlopu wpisanego do grafiku z półrocznym wyprzedzeniem już nic nie da się wcisnąć – to trzeba się zastanowić, czy naprawdę chcemy długofalowo funkcjonować w takim modelu. Ja wiem, że duże organizacje rządzą się swoimi zasadami, że za bardzo podskoczyć to tam nie można. Dopóki się tam jest – trzeba się stosować do panujących reguł. Ale można pomyśleć, czy w długim horyzoncie czasowym coś takiego, jak mamy, nam odpowiada.

Połączenie pracy z wypoczynkiem to naprawdę nie musi być przywilej wyłącznie freelancerów, czy tzw. cyfrowych nomadów. Tak jak przyjmuje się praca z domu przez jeden lub dwa dni w tygodniu, tak niektóre firmy, którym zależy na utrzymaniu dobrych pracowników – zaczynają stosować, a raczej wypróbowywać workation. Powiedziałabym, że w Polsce trwa właśnie dopiero taka faza testowa workation, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Wypoczęty pracownik, to dobry pracownik. Lepiej mieć zadowolonych pracowników niż sfrustrowanych, wypalonych maruderów. Na szczęście coraz więcej pracodawców to rozumie. Co ważne – workation nie zmniejsza wymiaru urlopu, ale za to jest się pod telefonem i  mailem,  można też być w pilnej sytuacji  wezwanym z  powrotem do biura na następny dzień. Obie strony muszą poczuć, o co w tym chodzi i się na to zgadzać.  Potrzebne jest też zaufanie pracodawcy do pracownika, że nie zrobi sobie w tym czasie urlopu sensu stricte. Dlatego – no przykro mi – bardziej jest to chyba rozwiązanie skierowane do trzydziestopięciolatków niż do ich młodszych o 10 lat koleżanek i kolegów. Workation jest dobrą wolą pracodawcy i powinno się to docenić, a przynajmniej zachowywać fair.

Jeżeli o chodzi o efektywność pracy? Nie oszukujmy się,  high performance to to nie będzie. Mi udało się przepracować każdego dnia po ok. 4 godziny w hotelowym pokoju. Czyli połowę standardowego czasu pracy. No i ważne są jeszcze kwestie bezpieczeństwa. Na workation nie zabieramy żadnych ważnych dokumentów. Ja używam też mojego podróżnego laptopa, w którym nie ma żadnych ważnych danych, nie ma nawet outlooka. Mogę za to zbierać zanonimizowane materiały, w sensie informacje, do tego, co mam do opracowania po powrocie (akurat ten research w mojej pracy jest bardzo ważny, to nie jest żadna zapchajdziura), mogę pisać maile logując się przez serwer. Mogę też przemyśleć sobie to i owo, mogę robić plany, notatki i listy to do. Jak ktoś przepracował 10 lub więcej lat, sam najlepiej wie, co może zrobić.

Podsumowując – polecam.

sopot_310

 

 

 

 

 

 

40 lat za biurkiem- jak to wytrzymać?

 

silhouette-2402991_1920

Chyba nie do końca  zdawaliśmy sobie z tego sprawę – że decydując się na pracę w takich zawodach jak: księgowy, doradca podatkowy (to ja), controller, informatyk, radca prawny, tłumacz, bankowiec, urzędnik, analityk, pracownik call center i wiele, wiele innych, wybieramy nie tylko określoną dziedzinę, którą będzie się zajmować nasza głowa, ale także tryb życia. Niestety siedzący.  Przyznam się, że ja w ogóle o tym nie pomyślałam – czy chcę w ten sposób, na siedząco przed komputerem,  spędzić około 40 lat. Liczyły się merytoryczne zadania,  realizacja ambicji, no i wynagrodzenie pozwalające godnie żyć. Nie powiem, że nie.

Czytaj dalej „40 lat za biurkiem- jak to wytrzymać?”

a może tak przestać w końcu udawać

successful-2668386_1920

 

Jestem chyba z tych,  co dali się nabrać.

Możesz wszystko. Trzeba tylko chcieć.  Wszystko zależy od Ciebie. Każdy jest kowalem swojego losu. Get motivated. Świat stoi przed Tobą otworem. Zobacz, temu/ tej się udało. Dobrze się uczysz, nie zmarnuj tego. Wytrwałością i pracą ludzie się bogacą. My nie mieliśmy takich możliwości, ale Wy musicie wykorzystać swoją szansę na lepsze życie. Bez pracy nie ma kołaczy. Trzeba być kimś, bo inaczej ludzie nie będą Cię szanować. Niczym się nie różnicie od swoich rówieśników z Zachodu (powiedziane gdzieś około roku 2005 – ktoś miał tu naprawdę duże poczucie humoru). Najpierw musisz mieć to i to i to. Jak już to osiągniesz, to będziesz mieć dobre życie.    …   i cały ten stek bzdur. Jeszcze sporo hasełek można by tu dorzucić.

Czytaj dalej „a może tak przestać w końcu udawać”

czy można stać się ofiarą własnego sukcesu

success-1909823_1920

Umówiłam się wczoraj na sushi w moim ulubionym lokalu. Sushi tam podawane zawsze było pyszne i wykwintne, a atmosfera kameralna. Niestety po wczorajszej wizycie stwierdziłam, że sporo się zmieniło. Lokal rozbudował się o dodatkową salę, wszystkie stoliki, mimo obowiązkowej rezerwacji,  były zajęte, kelnerki nie  nadążały z obsługą zamówień,  a  samo sushi przypominało swoje poprzednie wykonania może w 80 %. Do tego  było gwarno i duszno. Nie wiem, czy jeszcze tam wrócę …

Czytaj dalej „czy można stać się ofiarą własnego sukcesu”

dlaczego dorośli ludzie muszą od nowa uczyć się najprostszych rzeczy

questions-2110967_1920

Nie da się nie zauważyć, że istnieje na rynku bardzo bogata oferta książek, kursów, szkoleń etc, pokazujących mówiąc ogólnikowo – jak lepiej i szczęśliwiej żyć. Po dokładnym przyjrzeniu się tym wszystkim  poradom, okazuje się jednak, że to co mają one do zaproponowania, to są bardzo proste, elementarne wręcz rzeczy.

Czytaj dalej „dlaczego dorośli ludzie muszą od nowa uczyć się najprostszych rzeczy”

mistrzowie i mistrzynie zen

zen-2819215_1920

Alternatywy dla korporacji szuka wielu.  Uwarunkowania są jednak, jakie są- otrzymany z banku harmonogram spłaty kredytu potrafi z zadziwiającą skutecznością wybić z głowy głupie pomysły, jak rzucenie pracy i „robienie tego, co kochamy” (baaardzo wyświechtany zwrot). Skoro nie możemy  podejmować radykalnych decyzji, bardziej pasowałoby chyba: szukanie sposobu, by jakoś klocki tego naszego życia poukładać, jakoś się w tej rzeczywistości umościć (nie chodzi mi o spoufalanie się z szefem lub szefową 😉 nie, nie, nie).

Czytaj dalej „mistrzowie i mistrzynie zen”