„Nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w oka mgnieniu”

Lubię uprawiać wszelkiego rodzaju gierki słowne, lubię rozbierać wyrazy na czynniki pierwsze. Jednak tak najbardziej zastanawiam się nad jakimś słowem, kiedy jest ono powszechnie używane a jakoś nie do końca mi pasuje. Pierwszy lepszy przykład z brzegu to zwracanie się per Pani Profesor albo Panie Profesorze do nauczycieli w szkole średniej. Oni są przecież w ponad 90 % magistrami. Też odczuwaliście lekki zgrzyt, gdy musieliście w ten sposób po raz pierwszy się odezwać? Dopiero gdy zastanowimy się nad pochodzeniem danego słowa, także nad kontekstem, w jakim to słowo jest, bądź było w przeszłości używane, to jakoś wszystko w głowie się układa. I tak właśnie rozjaśniło mi się z tym tytułowaniem licealnych magistrów, ponieważ słowo „profesor” jest w tym przypadku zaczerpnięte z francuskiego (professeur) i oznacza po prostu nauczyciela. Odnosi się zatem do pełnionej funkcji, co na pewno miało przydawać respektu, niekoniecznie za to osoba, do której się tak zwracamy, musi mieć nadany tytuł naukowy profesora.

Jeszcze kilka razy doznałam takich „olśnień”, kiedy powiedziałam do siebie: Aha! a więc o to tak naprawdę chodzi! Jakoś tak zupełnie inaczej zaczęłam rozumieć słowa, których przecież używałam od X lat. Dlatego – no właśnie – „nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w oka mgnieniu” (Uwielbiam zespół Raz dwa trzy za ich świetne teksty. Za muzykę oczywiście też)

Takim słówkiem, którego nie rozumiałam wcześniej był np. „żywot” używany w najbardziej znanej modlitwie: i błogosławiony owoc żywota Twojego. Myślałam, że chodzi tu po prostu o życie. Bo przecież – kara dożywocia, dokonać żywota itd. A w tej modlitwie „żywot” oznacza brzuch. Może dla kogoś jest to oczywiste, ale dla mnie akurat nie było. Pokapowałam się, że coś nie gra, ponieważ zarówno w tłumaczeniu niemieckim, jak i angielskim użyte jest w tym miejscu słowo oznaczające ciało ew. łono. No i żywot to także po rosyjsku brzuch, pewnie w staropolskim języku też tego słowa używano, ale to już nie mi badać.

Garsonka. Garsonka to „ubiór damski złożony z żakietu i spódnicy” – cytując za Wiki. Jakoś nigdy nie czułam się specjalnie komfortowo w garsonkach i może dlatego odeszłam z korporacji, w której obowiązywał dresscode 😉 Garsonka ma być damskim odpowiednikiem męskiego oficjalnego stroju tj. garnituru. Ale gdy popatrzymy sobie na etymologię tego słowa, to widzimy że pochodzi ono od francuskiego garçon czyli od słowa chłopiec. I coś jest na rzeczy, bo krój garsonki jest taki bardzo prosty, no taki męski trochę. Odkąd przestawiłam się na lżejsze spódnice i sukienki to jakoś mi lepiej 🙂

Jesteś nienormalna! :-)) Tak, owszem słyszałam kilka razy 🙂 Na pewno zwrot normalny/ nienormalny jest starszy niż cała nauka statystyki i rachunku prawdopodobieństwa. Ale liźnięcie statystyki bardzo pomaga w zrozumieniu, co znaczy być „normalnym”. Jest taki ładny wykres rozkładu normalnego i wygląda on tak:

źródło: Wikipedia

Chodzi o to, że najwięcej osób będzie wykazywało jakąś cechę, która jest bliska średniej (te pola zaznaczone na ciemnoniebiesko). Jeżeli odstajemy (jesteśmy po bokach tego rozkładu), to już tak całkiem normalni nie jesteśmy. Można być normalnym pod względem jednej cechy, a pod względem innej już nie. Ja np. mam 170 cm wzrostu i pod tym względem jestem „normalna” w populacji polskich kobiet, bo na pewno mój wzrost mieści się w środkowych wynikach. Ale biorąc pod uwagę inne kryteria mogę już być nienormalna i jakoś mi to specjalnie nie przeszkadza 🙂

Niewiasty i wiedźmy. Znaczenie tych wyrazów odkrył także Roman Dmowski, który powiedział: „kobiety dzielą się na te, które nie wiedzą nic, czyli niewiasty, oraz te, które wiedzą wszystko – wiedźmy„. Dmowski powiedział to z lekkim przekąsem. Taki żarcik słowny. Okropne jednak, gdzie widziano kiedyś miejsce tzw. niewiasty. Najlepiej, żeby nic nie wiedziała, bo wtedy będzie pokorna, potulna i … posłuszna. A jakie będzie miała wtedy inne wyjście. Co te kobiety mogły, jeżeli nie miały żadnej samodzielnej pozycji i wykształcenia … Najgorsze jest, że takie spojrzenie także dzisiaj niektórym się podoba …. 😦 😦 😦 A wiedźmy? Przedstawiano je wyjątkowo paskudnie. Tak naprawdę to były bardzo mądre a często także piękne kobiety, które nie pasowały do systemowego obrazka. Rozprawiano się z nimi wyjątkowo okrutnie.

Posiłek. Wiadomo – jeść trzeba. Najlepiej pięć posiłków dziennie – to z punktu widzenia dietetyki. Ale już językowo posiłek jest po to, żeby się posilić, żeby zdobyć siły do działania, do życia po prostu. Nie zapominamy o tym przypadkiem? Czy foodporn jest posiłkiem?

Spirytus. To akurat bardzo proste. Słowo pochodzi od łacińskiego „spirit” czyli duch. A ja się dziwiłam, że mój dziadek tak lubił herbatę „z duszkiem” 😉

No i tak się można bawić tymi słówkami – półsłówkami. Nudzę się trochę w tej pandemii, to wymyślam 🙂 Żeby mieć tylko takie problemy, że nuda – to nie będzie jeszcze tak źle. Musimy to jakoś przetrzymać. Uważajcie proszę na siebie – DDM.

TETRIS

Cube, Tetris, Play, Blocs, Bloc

Pamiętacie grę Tetris? Z Tetrisem jest trochę jak z nauką rosyjskiego w podstawówce 😉 Od razu człowiek się zdradza, ile ma lat ;-))))))

No to tym, którzy nie załapali się na rosyjski w podstawówce, już wyjaśniam 🙂

Tetris to była kultowa gra komputerowa, graficznie banalna i pewnie dzisiejsi gracze uznaliby ją za szczyt prymitywizmu. Jednak albo w tej prostocie właśnie tkwiła jej genialność, albo może działało to wtedy na zasadzie: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma 😉

Tetris polegał na tym, że z góry spadały różne figury geometryczne, złożone z kwadratów i trzeba było szybko obrócić tę figurę w ten sposób, aby wpasowała się kształtem do ułożonych już figur w dolnych rzędach. Gdy cały rząd wypełniony był już kwadracikami, to ten cały rząd znikał. Najgorsze było, gdy za szybko zbudował się „murek” do samej góry, bo wówczas był game over.

Dzięki Tetrisowi można było bardzo dużo się nauczyć. Szybkości działania i podejmowania decyzji, dopasowywania kształtów „na oko”, tego, że jeden felerny ruch powoduje, że cała gra jest przegrana…

Ale Tetris pokazał mi też, że kto się dopasuje, ten …. znika. Razem ze wszystkimi innymi, którzy też się dopasowali. Nie ma ich. Nie trzeba się nimi zajmować.

A w życiu tak przypadkiem nie jest? Ci wszyscy, którzy chcą dla nas tak dooobrze- czy nie oczekują od nas po prostu wpasowania się w społecznie pożądane role? Najpierw merytokratyczne formowanie od małego. No a potem praca, żeby grzecznie płacić podatki, a także żeby zasilać zarobionymi pieniędzmi gigantyczną gospodarczą machinę, która niestety wiecznie jest głodna, niemożliwa do nasycenia. No i jeszcze jeden obowiązek do spełnienia – posiadanie dzieci, bo ktoś musi przecież finansować ubezpieczenia społeczne w przyszłości. Dzieci absorbują oczywiście też uwagę i środki, co zazwyczaj sprawia, że ich rodzicom dość szybko wietrzeją z głowy pomysły, aby samemu zrobić coś szalonego. Trzeba być przecież odpowiedzialnym. Jeżeli ktoś odhaczy te wyznaczone zadanka – to jest w miarę OK, nie musimy się nim specjalnie zajmować, bo on/ ona nie sprawia problemów. Zauważyliście coś takiego? Że w zasadzie najwięcej uwagi jest poświęcane osobom, które właśnie poza system się wyłamują? W kontekście ostatnich wydarzeń nie sposób nie wspomnieć o osobach LGBT, bo one właśnie miały czelność poza systemowe ramki wychynąć. I jakoś tak mi się wydaje, że największym „przewinieniem” tych osób jest właśnie to, że one mogą coś naruszyć. Że wyłamie się element z systemu, który przecież tak dobrze funkcjonuje i tak mocno się trzyma. LGBT to jednak tylko przykład. Generalnie najlepiej by było, gdyby wszyscy żyli według jednego wyznaczonego modelu… Historia zna niestety bardzo niechlubne przykłady sytuacji, gdy próbowano zrównać wszystkich. Najlepiej odzwierciedlają to słowa: Gleichschaltung po niemiecku i urawniłowka po rosyjsku. To tylko tak ku przestrodze …

Ale wracając do współczesności – kto w ogóle się interesuje, czy osoby żyjące według jednego słusznego modelu są szczęśliwe? Czy chociaż jeden raz jakiś Urząd Skarbowy w Polsce podziękował komuś, że przez 20-30 lat sumiennie płaci podatki? Niestety oni mają tylko kij, o marchewce nie słyszeli. A szkoda. Czy ktoś docenia, że codzienne życie w najwłaściwszym schemacie, czyli praca, dzieci i dom bardzo często oznacza po prostu ciężką harówkę? Czy poświęca się w ogóle uwagę tym ludziom, dzięki którym ten cały „najwłaściwszy” system funkcjonuje i może funkcjonować dalej?

Dopasowałaś/ dopasowałeś się? OK, zajmijmy się tymi, co jeszcze dopasowani nie są. Aż zrozumieją, że dopasowanie będzie dla nich najlepsze …

Jeżeli ktoś nigdy nie grał w Tetris, polecam odnalezienie tej gry w jakiejś aplikacji i spróbowanie. W Tetris dopasowanie jest sukcesem. A w życiu? Odpowiedź zostawiam każdemu na dobranoc 🙂

biuro prawie zero waste

No kurczę, chyba się udało! Daleko mi do ideału, jeżeli chodzi o eliminowanie odpadów w ogóle, ale widzę u siebie bardzo duży postęp w tym zakresie. I bardzo, ale to bardzo mnie to cieszy.

Koronawirusowi mamy do „zawdzięczenia” na pewno ogromny skok cyfrowy. Tam, gdzie tylko to było możliwe,  pożądaną formą kontaktu była forma elektroniczna. Niesamowicie pomogła tu platforma epuap, dzięki której możliwy był kontakt ze zdecydowaną większością organów administracji publicznej. Jeżeli ktoś nie zarejestrował się jeszcze na platformie – naprawdę zachęcam, bo można w ten sposób załatwić bardzo wiele urzędowych spraw. Nie trzeba stać w kolejkach w urzędzie czy na poczcie, o ile chcemy wysłać list. Kopia naszej korespondencji pozostaje na serwerze publicznym, więc raczej nie zginie. No i  jak ogromna jest ilość zaoszczędzonego papieru, a tym samym uratowanych drzew!

Drugą zmianą, która pomogła ograniczyć  ilość wykorzystywanego papieru, było przestawienie  korespondencji z klientami wyłącznie na mailową. W marcu i kwietniu było to oczywistością. Jakże innego znaczenia nabrał dopisek na końcu maila – korespondencja wolna od wirusów! 😉 Oczywiście mógł zdarzyć się wyjątek, kiedy bezwzględnie wymagany był oryginał, ale przyjmijmy, że był to właśnie wyjątek potwierdzający regułę. Po zakończeniu lockdownu – okazało się, że dalej można pracować w ten sposób. Akurat moim klientom bardzo się spodobało, że nie musieli przesyłać dokumentów pocztą czy kurierem i chyba już tak zostanie. Ale zauważyłam dalszą zmianę mojego zachowania – wcześniej nawet jeżeli otrzymałam zeskanowaną korespondencję – prawie wszystko drukowałam. A teraz przestawiłam się na pracę na dwóch monitorach, przy czym za monitor, a w zasadzie  zastępczą drukarkę może  robić drugi laptop. Pracowałam głównie z domu i nie chciałam zarosnąć stertami wydruków. Tak się przyzwyczaiłam, że chyba już pozostanę przy tej metodzie pracy na dwóch komputerach. Aha,  technika idzie do przodu i coraz częściej dane są wczytywane z jednego systemu do drugiego. Oznacza to, że nawet żadne skany nie są potrzebne, a jedynie pliki xml.

Coś jeszcze?  Jeżeli ktoś nie przestawił się jeszcze na e-faktury od swoich dostawców (także za prywatne sprawy typu prąd czy internet) – chyba najwyższy czas to zrobić 🙂

OK, napisałam o ograniczaniu papieru. Jasna sprawa – wydruk to nie do końca odpad. To jest raczej dokumentacja, którą należy starannie przechowywać. Taaaak, rozumiem to. Mam jednak już system archiwizacji na dysku, a do tego robię potrójną kopię danych. Przeżyłam kilka lat temu atak  hakerski  i  naprawdę wiem, jak ważna jest ochrona danych. Dlatego – róbcie kopie, proszę Was. W pewnym sensie wydruk to jednak też jest odpad, ponieważ w biurach drukowało się zdecydowanie za dużo. Wszystkie wersje próbne, zbędne załączniki, wydrukowane materiały źródłowe – to wszystko lądowało w niszczarce, a na koniec na śmietniku. Ponieważ udało się teraz baaardzo ograniczyć zużycie papieru, wystarczy mi chyba jeden toner do drukarki rocznie. Aż trochę się boję, że ten tusz mi zaschnie 😉  Nie pamiętam już też, kiedy ostatni raz kupowałam segregatory, koperty, koszulki itd. czyli te wszystkie biurowe materiały. Z drugiej strony – mam zaprzyjaźnionego sprzedawcę w sklepie z takimi artykułami i chwilami bardzo mi go żal, bo przecież nie tylko ja przestałam u niego kupować.  On już wie jednak , że musi jakoś przestawić swój biznes, zaczął oferować inne usługi, mam ogromną nadzieję, że sobie chłopak poradzi.

A inne sprawy?

– teraz na topie jest ta cała dezynfekcja. W biurze też przecież trzeba dezynfekować te wszystkie klamki, uchwyty, kontakty itd. Akurat tutaj najbardziej ufam spirytusowi wymieszanemu z polską poczciwą wódką. Kupuję po prostu szklane „połówki”. A szkło to taki odpad- nie odpad

– ostatnio zachwyciłam się starymi dobrymi wkładami do długopisów typu ZENIT. Są naprawdę rewelacyjne. Nie kupuję już w ogóle plastikowych pisaków i długopisów.

– wróciłam do starego dobrego ekspresu przelewowego do kawy i używam wielorazowego filtra. Wcześniej piłam kawę z kapsułek, ale podczas epidemii był problem z dostawą tej kawy do „mojego” sklepu. No i chyba zostanę już przy tym starym przelewowym ekspresie.

– pracuję teraz głównie z domu, ale jeden lub dwa dni w tygodniu jadę do biura. Jest lato, więc jeżdżę rowerem. Wcześniej jeździłam samochodem. Nie emituję spalin ani CO2.

– segreguję w pracy śmieci bio. Kupiłam też worki kompostowalne, w których możne te odpady bio wyrzucać. Dzięki temu czuję się rozgrzeszona, bo śmieci bio zapakowane w worek kompostowalny to nieszkodliwy odpad. W  bio lądują także fusy od kawy. Kapsułki, których używałam wcześniej, musiały być wyrzucone oczywiście do zwykłych śmieci.

– nie chodzę teraz do kawiarni, czyli nie generuję papierowo- plastikowych kubków

– piję filtrowaną wodę z kranu, a dla klientów – no i dla siebie czasem też- kupuję wodę wyłącznie w szklanych butelkach. Naprawdę da się.

– no i nie bez znaczenia – w roku 2020 było o wiele mniej okazji, żeby się pokazać. Potrzebowaliśmy zatem, a raczej powinnam napisać – potrzebowałyśmy – o wiele mniej wyjściowych ciuchów. To na pewno oszczędność w portfelu, ale także ostatecznie mniej tych ubrań trafi na śmietnik

– gotuję wyłącznie samodzielnie w domu, do biura zabieram  jedzenie w wielorazowym lunchboxie. Zero styropianów i plastików.

Coś jeszcze? Jeżeli macie jakieś dalsze pomysły – to bardzo proszę się podzielić. Jeżeli pomysł będzie wykonalny na pewno chętnie skorzystam. Z góry dziękuję 🙂

 

 

 

 

zamień korporację na kooperację

I jak? Robicie już zawodowo tylko to, co kochacie? Jak dla mnie jedna z największych ściem naszych czasów. Że trzeba kochać pracę. To chyba bardziej jest manipulacja – masz zasuwać, ale jednocześnie być z tego powodu mega zadowolona/zadowolony. A już na pewno nie wolno narzekać. Owszem, są pewne kreatywne zajęcia, kiedy powstaje coś zupełnie nowego,  jest wtedy  przypływ endorfin i  ten „twórca” może czuć się naprawdę szczęśliwy. Czasem udaje się też zakończyć jakiś projekt, towarzyszy temu poczucie spełnienia, może duma, rośnie poczucie własnej wartości, a do tego udaje się zarobić. Super. Są też zawody, których wykonywanie ma głęboki sens, ponieważ od dobrze wykonanej pracy zależy zdrowie i życie drugiej osoby – jak w przypadku lekarzy, ale też strażaków, ratowników itd.  Z kolei od podejścia np. nauczyciela do swojej pracy może zależeć przyszłość młodego człowieka, ponieważ nauczyciel zarazi go jakąś pasją, zainspiruje i odpowiednio ukierunkuje. Przykłady można by mnożyć. Czyli generalnie praca ma sens. Ale nie oszukujmy się – wzniosłych momentów w pracy jest raczej mało. Może 10 – 15%? Reszta to rzemiosło. Praca pochłania oczywiście mnóstwo naszej energii i czasu. O ile energię można jeszcze trochę odbudować, to ten czas przeznaczony na pracę jest niemożliwy do odzyskania. Dlatego dobrze byłoby chyba spojrzeć na sprawę w ten sposób, że pracodawca płaci nie tylko za wykonaną pracę, ale też za kawałek życia swoich pracowników. Ponieważ to młodych ludzi zatrudnia się do tzw. orki, ponieważ mają oni jeszcze siły i potrzebują pieniędzy – praca niestety bardzo często zabiera też młodość. Można powiedzieć – jeżeli ktoś na to pozwoli – to jemu zabierze. Ale system jest jaki jest. Jego założenia bardzo często są sprzeczne – z jednej strony odjechane w kosmos oczekiwania i presja na wyniki, a z drugiej kąśliwe uwagi – zwłaszcza w stosunku do kobiet, które się w tę pracę zaangażowały i ileś lat na nią poświęciły – że jest już stara. Przy czym  ta kobieta ma ok. 35 lat! Rzeczywiście bardzo stara.

I żeby nie było, że tylko narzekam. Mojej pracy nie kocham, bo to jest po prostu za duże słowo, zarezerwowane też chyba dla innych dziedzin życia. Ale w miarę ją lubię, bo mam już opanowany warsztat, mogę moją wiedzą i doświadczeniem wymiernie komuś pomóc, a nawet usłyszałam kilka razy – uratowała nas Pani.  Piękne kwiaty dostałam też parę razy w podziękowaniu i to są te momenty, które dają siłę, żeby robić dalej to, co się robi. Ale jak najbardziej mam też chwile zwątpienia, zmęczenia i takiej niechęci do pracy, że wolę już chyba depilować nogi. I rzeczywiście wybieram czasem tę depilację, a praca sobie czeka.

Dlatego trochę wkurzają mnie złote rady typu – odkryj dziedzinę, którą kochasz, potem znajdź kogoś kto Ci za to zapłaci. I dalej – w ten sposób ani dnia nie spędzisz w pracy, za to każdy dzień będzie  realizacją Twojej pasji.

Jakoś dziwnym trafem te nowe zajęcia, które ktoś odnalazł  i które tak kocha, są takie … niemerytoryczne. To może być założenie agroturystyki, szycie lalek czy misiów, jakieś inne rękodzieło itp. Do wykonywania tych zajęć bardziej potrzeba talentu, jakiegoś zmysłu niż gruntownego wykształcenia. Z jednej strony fajnie, że się komuś udało.  Pokazywałoby to też, że ta cała merytokracja rzeczywiście jest takim oszustwem, na które miliony ambitnych osób na świecie dało się nabrać. W rzeczywistości, aby się realizować, żadne studia nie są potrzebne. Z drugiej strony – no ktoś musi te merytoryczne prace wykonywać. Co by było, gdyby wszyscy porzucili np. mało uwzniośloną księgowość? I jeszcze taki mały szczegół, że do założenia konkretnego własnego biznesu potrzebne są na początek konkretne pieniądze. O tym też często podczas udzielania złotych rad jakoś się  zapomina.

Drugą grupką osób, które zostawiły za sobą korpo i robią już tylko to, co kochają, są ci wszyscy „nauczyciele życia”. Tylko ilu może być nauczycieli jogi, trenerów, coachów i szkoleniowców od wszystkiego i niczego?

I tu pytanie – czy jeżeli ktoś jest specjalistą w swojej dziedzinie, poświęcił rozwojowi zawodowemu ileś tam lat i jest naprawdę dobry w tym, co robi – powinien to całkowicie rzucić, jechać w Bieszczady i produkować ser? Nie szkoda jednak trochę tej całej wieloletniej inwestycji w siebie? Tego całego włożonego wysiłku? Stopniowo dochodzę do konkluzji, że najczęściej nie praca sama w sobie jest zła,  ale zasady, na jakich trzeba ją wykonywać. Bo są idiotyczne procedury, bo jest hierarchia, bo są za krótkie terminy, bo szef idiota a koleżanka/ kolega kopie dołki pod współpracownikami.

Lekarstwem może być w mojej opinii przejście na freelance,  zajmowanie się jednak w dalszym ciągu tym, na czym się znamy. Oczywiście – są plusy i minusy takiego rozwiązania. Po iluś latach takiego funkcjonowania mogę powiedzieć, że największą zaletą dla mnie jest to, że sama ustalam zasady. Generalnie pracuję trochę mniej niż na etacie. Mogę też odmówić przyjęcia  zlecenia, jeżeli mi ono nie pasuje. W korporacji raczej jest to trudne do wyobrażenia, o ile ktoś dostaje polecenie od przełożonego.  Dużą zaletą własnej działalności jest także dywersyfikacja klientów, czyli to, że nasz los nie jest zależny od jednej osoby – od jej dobrego lub złego humoru.

Zanim postawimy wszystko na jedną kartę, zagramy va banque i spalimy za sobą wszystkie mosty – pomyślmy. Na skutek splotu różnych okoliczności oraz dokonanych wyborów na różnych etapach życia – wpadliśmy w dziedzinę, którą się zajmujemy, trochę jak śliwka w kompot. Ale może ta dziedzina wcale nie jest taka zła, a przede wszystkim – nauczyliśmy się już w tym kompocie bardzo dobrze pływać. Czasem wystarczy zmienić tylko kilka elementów układanki, zamiast rozwalać wszystkie klocki i budować wszystko całkowicie od nowa. Z jednej strony podziwiam odwagę tych, którzy potrafili zagrać va banque. Wiem jednak o sobie, że ja takiej odwagi nie mam. Zamiana korporacji na kooperację, czyli pracy na współpracę, to też jest jakaś opcja. Naprawdę nie jest najgorsza. Wiem, wiem – strefa komfortu. Ale sprawa też nie może być postawiona w ten sposób, że trzeba zaryzykować wszystko. Bo nie łudźmy się – ci, którzy tak bardzo namawiają do rzucenia wszystkiego, oddychania pełną piersią i realizacji wyłącznie własnych pasji – oni nam nie pomogą, jeżeli nam się nie uda. Ważne jest, żeby zasady według których funkcjonuję,  mi odpowiadały.

Jak już przejdę na ten freelance, to na pewno powstaje bardzo zasadne pytanie – ale skąd wezmę klientów? Nie, nie, nie, nie. Nie podbieramy klientów swojemu byłemu pracodawcy. Bardzo się cieszę, że mam czyste sumienie w tym zakresie. Ja akurat wierzę w zasadę systemu czyli tego, że wszystko dąży do równowagi. Jeżeli naprawdę coś potrafimy i mamy coś do zaoferowania, do tego można to zobaczyć w profesjonalnych portalach społecznościowych typu linkedin – klienci wcześniej czy później nas znajdą. Możemy też odpowiadać na ogłoszenia o pracę, zaznaczając jednak od razu, że możliwa jest forma współpracy wyłącznie  w formie B2B.

Myślę, że ten freelance’owy model będzie coraz częściej występował. Duża część informatyków funkcjonuje już w ten sposób. Także czas epidemii pokazał, że możliwych jest wiele rzeczy, których wcześniej nawet się nie rozważało. Czytałam np., że wiele osób (nie tylko freeelancerów, ale także osób zatrudnionych na etat, pracujących zdalnie) rozważa wyjazd na 1-2 miesiące np. do Grecji czy Hiszpanii, wynajęcie tam apartamentu i wykonywanie stamtąd pracy. Żeby po prostu sobie pożyć w innym kraju, a nie jechać tam wyłącznie z biurem podróży na wakacje. Generalnie  super pomysł i zamierzam go kiedyś zrealizować, poczekam jednak trochę, aż wirus  się uspokoi.

 

 

 

czy są jakieś plusy obecnej sytuacji

No jeden plus zapewne większość osób mogła już zauważyć. Plus na wadze. Sama stwierdziłam plus dwa, ale ani mnie to specjalnie nie zdziwiło, ani nie załamało. Odchudzać będziemy się później, teraz nie jest na to odpowiednia pora, najważniejsza jest dobra odporność, a tej ostre diety nie sprzyjają. Tak na serio –  przytycie to raczej „plus ujemny”.  Na pewno znajdą się też jednak jakieś pozytywy zaistniałej sytuacji.

1. Czas

Nie mam czasu, nie mam czasu, nie mam czasu. Na co? Na nic poza pracą, rodziną i innymi sprawami bezwzględnie niezbędnymi.  Ile/ ilu z nas słyszało takie tłumaczenie? Używane jako prawdziwy powód lub jako wymówka. Aż tu nagle większość osób miała czas. Całe jego mnóstwo! Zwłaszcza podczas przymusowego zamknięcia w domach.  To oczywiście skrót myślowy, bo przed epidemią  nasza doba też liczyła sobie 24 h, a tydzień 7 dni. Ale od marca ten dzień i tydzień jakby jakieś dłuższe, prawda? Jeżeli dzięki temu zyskanemu czasowi odbyła się jakaś bardzo, bardzo ważna głęboka rozmowa, no bo gadać do trzeciej w nocy nawet podczas ostrego lockdownu  było wolno – to już jest ten jeden plus.

2. spojrzenie z boku

„Kiedy się spieszysz, nic nie widzisz, nic nie przeżywasz, niczego nie doświadczasz, nie myślisz! Szybkie tempo wysusza najgłębsze warstwy Twojej duszy, stępia Twoją wrażliwość, wyjaławia Cię i odczłowiecza” – R. Kapuściński 

Trochę powiązane z punktem nr 1. Koronawirus zafundował większości z nas przymusowe staycation, a przy tym wyskoczenie z kółka chomika, w którym normalnie biegamy bez większego sensu i większego celu. Normalnie  małe też są szanse, że widzimy co jest na zewnątrz tego kółka. Dlaczego? – patrz cytat z Kapuścińskiego 😉  Gdy już  wyskoczyliśmy, mamy szansę dostrzec bardzo istotne rzeczy. Np. właśnie to, że biegliśmy bez sensu. I może niekoniecznie chcemy z powrotem do tego kółka wskakiwać? Tak naprawdę chodzi oczywiście o biuro, w którym nie można nawet otworzyć okna. Ale mogą to być też inne rzeczy.

3. czyste powietrze

Natura odetchnęła, a wraz z nią odetchnęliśmy my – o ile znajdziemy się w miejscu, gdzie można zdjąć maskę. Jestem alergikiem/ astmatykiem, czyli jestem przeczulona na zanieczyszczenia powietrza. Zapewniam,  że od nastania wirusa różnica w oddychaniu jest dla mnie ogromna. Na plus.

4. założyliśmy maski czy może właśnie je zdjęliśmy?

„Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”. Albo wytarte „prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie”  Kryzysowe sytuacje zawsze odsłaniały prawdziwe oblicze ludzi. Na kogo możemy teraz liczyć? Albo z drugiej strony – dla kogo przestaliśmy być raptem atrakcyjni, bo na ten moment nie możemy im nic zaoferować?

5. zużycie zapasów zamiast wyrzucania

Że mieliśmy już poprzewracane w tyłkach, to oczywista oczywistość.  I może musiał przyjść trudny czas, aby nastąpił koniec problemu „nie mogę się zdecydować,  na co miałabym ochotę”.  Był taki moment, że strach przed wyjściem do sklepu skutecznie leczył z powyższej przypadłości i nagle okazywało się, że serek wiejski w ostatnim dniu przydatności do spożycia albo nawet dzień po (!)  jeszcze się nadaje 😉

6. no make up +  no bra

Dziewczyny świetnie rozumieją. Czyż nie jest tak dużo wygodniej? Chłopaki też rozumieją, ale jedynie leksykalnie 😉

7. najpierw matura potem natura – czy może jednak odwrotnie?

Szkoła przygotowuje do pracy, a praca to w istocie swojej zarabianie pieniędzy. Niestety świat jest mocno podparty pieniądzem i nie zmieni się tego z dnia na dzień. Bardzo wiele osób uważa jednak, że wirus to taka zemsta natury na człowieku za to, jak ją traktowaliśmy. Jeżeli korona zaświeci tę czerwoną lampkę i pokaże, że bezwzględna eksploatacja przyrody nieuchronnie prowadzi do game over  – to może w końcu się coś zmieni? Wiem, naiwna jestem. Ale nadzieja jest w młodych ludziach – żeby oni właściwie ustawili sobie priorytety. Czyli najpierw natura.

8. docenienie dotychczas mniej poważanych zawodów

W pewnym sensie to jest ICH czas. Np. pań kasjerek. Nie jest tajemnicą, że ich praca nie cieszyła się zbyt dużą estymą. Aż tu nagle okazało się, że to właśnie ich zajęcie jest niezbędne w zasadzie do przeżycia innych ludzi. Bo o ile mieszkamy w mieście, jedzenie możemy  przecież kupić jedynie w sklepie. (W normalnych okolicznościach, no wojny jeszcze nie ma). Jednocześnie do wielu pań w garsonkach i panów w garniturkach zaczęło chyba stopniowo docierać, że ich praca wcale aż tak fundamentalnego znaczenia nie ma.  Na pewno nie wykonują niczego, co jest niezbędne komuś drugiemu, aby przeżył,  a oni sami poza wysławianiem się Ą i Ę tak naprawdę niewiele potrafią. Ewentualnie potrafią totalnie się rozkleić.

9. papierosy są do dupy

Palacze o wiele gorzej przechodzą infekcję koronawirusem i częściej umierają. Nie żebym miała tu jakąś szczególną Schadenfreude, bo ta „kara” spotykająca palaczy – jeżeli w ogóle w takich kategoriach myśleć – jest za surowa. Ale jeżeli ktoś się na serio przestraszy i rzuci palenie – to mamy kolejny plus. Papierosów szczerze nie cierpię.

10. dla hedonizmu jest alternatywa

W wielu głowach zakiełkowała chyba myśl, że schowanie się w domu jak w mysiej dziurze to jednak nie jest szczyt heroizmu. Dlatego wiele osób odczuło autentyczną potrzebę,  żeby coś zrobić, komuś pomóc np. przynieść zakupy, szyć maski, czy chociaż wpłacić pieniądze na walkę z  koronawirusem. Co więcej – nawet jeżeli te czynności wiązały się z wysiłkiem, to dawały ogromną satysfakcję. Jeżeli choć odrobinkę uda się odciągnąć wajchę od szeroko rozumianego hedonizmu w stronę innych wartości – to będzie to naprawdę duży sukces.

Życzę nam wszystkim, aby tych plusów wynikających z koronawirusa było jak najwięcej. Oby nie na teście.

Witamy w nowej rzeczywistości

Wygląda na to, że wirus z nami trochę zostanie, trochę się nami zabawi, trochę z nami zatańczy. Niektórych poprosi do danse macabre. Brutalne, ale realne.

Czy się boję? Boję się jak cholera. A jednocześnie zauważyłam, że trochę się już z tymi korona- myślami oswoiłam. Robię wszystko jak trzeba, noszę maskę, myję ręce itd., itp. I próbuję na nowo poukładać moje klocki, bo mam wrażenie, że (znowu) je ktoś okropnie porozrzucał. A przecież miałam je jako- tako uporządkowane.

Gdy rozmawiam ze znajomymi, widzę, że reprezentowane są dwie postawy:

1) trzeba to przeczekać. Epidemie zdarzały się wielokrotnie w historii, w końcu mijały i wszystko wracało do normy

2) nic już nie będzie takie samo

Aha, nie bylibyśmy w Polsce, gdybyśmy nie dodali jeszcze:

3) jakoś to będzie ;-)))))

Do której opcji Wam najbliżej? Mnie zdecydowanie do tej drugiej. Dlatego też gotowa jestem podjąć dość radykalne kroki. Przede wszystkim chcę wyprowadzić się z dużego miasta. Na pewno nie ja jedna na taki pomysł wpadłam i nie ja jedna poczułam, jak bardzo potrzebujemy natury do życia.  No i jeszcze ta informacja, że wirus jest obecny w pyle zawieszonym, którego jak wiadomo mamy w powietrzu o kilkaset procent za dużo. Aż boję się pomyśleć, co będzie się działo w Polsce zimą, jakie żniwo zbierze koronawirus.

Tak w sumie to ja nie wiem, co my w ogóle sobie wyobrażaliśmy – że to wszystko, co czynimy naturze ujdzie nam całkowicie na sucho? Że jesteśmy tacy mądrzy, tacy sprytni? Kogo tak w zasadzie chcieliśmy przechytrzyć?

Czyli zmiana modelu życia. Parafrazując szwedzką nastolatkę – będzie to konieczne, czy nam się to podoba, czy nie.

Na razie, oczywiście, nie podoba mi się. Ale może okazać się, że gdy już dokonamy koniecznych zmian, to będzie nam lepiej niż jest teraz. Czyli jest szansa, że się spodoba. Wiele osób zauważa, że te filary, na których opiera(ł) się nasz świat, nie były tak solidne, jak się wydawało.  Że założenia, według których wszystko funkcjonowało, były chybione. Mam na myśli oczywiście nieograniczony wzrost oparty na konsumpcji,  bo chyba właśnie okazało się, że znalazł on jednak swój limes. No i  jeszcze globalizacja, merytokracja, a być może nawet demokracja – to wszystko są hasełka, nad którymi trzeba będzie teraz  mocniej się zastanowić. (Odnośnie demokracji – proszę mnie posądzać o jakieś autorytarne zakusy. Wcześniej nawet nie podejrzewałabym siebie o tak kontrowersyjny pogląd, że demokracja powinna odejść do lamusa. Przeczytałam jednak świetną książkę „21 lekcji na XXI wiek” i to zmieniło trochę moje spojrzenie. Autor książki – Yuval Noah Harrari – wysunął taki wniosek, że demokracja nie spełnia już swojej roli, ponieważ ludzie są obecnie za bardzo sterowalni za sprawą nowych technologii, co jest oczywiście wykorzystywane, więc w efekcie są sterowani. I nawet jeżeli oddają oni swój głos, to niekoniecznie jest to ich w pełni autonomiczny wybór. To tak na marginesie. Książkę bardzo polecam).

Ponoć Ślązacy, gdy ktoś ma za dużo rozterek i za dużo rozmyśla,  mają dla niego taką radę: chyć się roboty. I ja nawet próbowałam się „chycić”,  ale coś mi ta robota średnio idzie. To już rozmyślanie lepiej 😉  A tak najbardziej trafiły do mnie słowa p. Wisławy Szymborskiej z wiersza Sto pociech. Przecież ona nie żyje od kilku lat. A jednak jakby coś wiedziała …

Zachciało mu się szczęścia,
zachciało mu się prawdy,
zachciało mu się wieczności,
patrzcie go!
Ledwie rozróżnił sen od jawy,
ledwie domyślił się, że on to on,
ledwie wystrugał ręką z płetwy rodem
krzesiwo i rakietę,
łatwy do utopienia w łyżce oceanu,
za mało nawet śmieszny, żeby pustkę śmieszyć,
oczami tylko widzi,
uszami tylko słyszy,
rekordem jego mowy jest tryb warunkowy,
rozumem gani rozum,
słowem: prawie nikt,
ale wolność mu w głowie, wszechwiedza i byt
poza niemądrym mięsem,
patrzcie go!
Bo przecież chyba jest,
naprawdę się wydarzył
pod jedną z gwiazd prowincjonalnych.
Na swój sposób żywotny i wcale ruchliwy.
Jak na marnego wyrodka kryształu –
dość poważnie zdziwiony.
Jak na trudne dzieciństwo w koniecznościach stada –
nieźle już poszczególny.
Patrzcie go!
Tylko tak dalej, dalej choć przez chwilę,
bodaj przez mgnienie galaktyki małej!
Niechby się wreszcie z grubsza okazało,
czym będzie, skoro jest.
A jest – zawzięty.
Zawzięty, trzeba przyznać, bardzo.
Z tym kółkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze.
Sto pociech, bądź co bądź.
Niebożę.
Istny człowiek.

praca w koronie

 

Trochę mi już  odbija w tym home office. Zdziwiło mnie to lekko, bo przecież przed wirusem i tak połowę czasu pracowałam  z domu. Lubię zostać sobie w domku, zwłaszcza gdy pogoda nie zachęca do wyściubienia nosa na zewnątrz. Jestem szczęściarą, bo mogę tak robić. Mam całą infrastrukturę, dostępy i hasła. No ale zupełnie czym innym jest chcieć i móc, a czym innym musieć. Pewnie wiele osób się o tym przekonało.

Moja efektywność podczas epidemii? Oj niziutka, niziutka. Po prostu uwaga jest przekierowana na coś innego i ciężko jest mi się skupić na wykonywaniu bieżącego zadania. I trochę mnie śmieszą te wszystkie porady typu: jak zwiększyć produktywność, jak sobie wszystko zorganizować, jak się nie dać, no bo przecież co mi tam jakiś wirus … Takie utrzymywanie na siłę status quo, udawanie, że  nic, no może prawie nic się nie zmieniło, że to tylko chwilowe, że wszystko wróci do starego … Otóż nie wróci. A teraz na pewno nie jest czas na bicie rekordów. Raczej na włączenie spowolnionego trybu i przemyślenie sobie wielu rzeczy.

Jak powiedziała Olga Tokarczuk w jednym ze swoich ostatnich wywiadów – „coś nas testuje. Natura, Bóg, coś bezosobowego, przypadek mówi: Sprawdzam”. No i niestety – jak to z testami – jedni go zdadzą, a inni obleją. Na pewno musimy zdać ten egzamin  wszyscy jako ludzkość, bo inaczej no to już w ogóle  będzie płacz i zgrzytanie zębów 😦 😦 Załóżmy jednak optymistycznie, że jeszcze jakoś na tej naszej Ziemi jako gatunek przetrwamy.  Ten trudny egzamin „z korony” musi jednak każdy z nas zdać też indywidualnie. Przy czym samo fizyczne przeżycie będzie testem zaliczonym chyba jedynie na słabą trójkę. To nie wystarczy, żeby po koronie ŻYĆ przez duże Ż.

Bo korona dokona takiej weryfikacji, jakiej nie pamiętamy.  Weryfikacja wartości, weryfikacja modelu życia, weryfikacja stosunków gospodarczych na całym świecie. I weryfikacja wartości pracy, bo to o niej chciałam napisać.

Co mnie mierziło od jakiegoś czasu i o czym też już tutaj pisałam, to było takie obranie sobie przez wielu ludzi celu – jak dobrze się ustawić, żeby nie napracować się za bardzo, a mieć pieniążki na fajne życie. Fajne w rozumieniu hedonistycznym oczywiście – czyli jak zapewnić sobie jak najwięcej przyjemności typu coraz bardziej wymyślne jedzenie, wakacje, wakacje, wakacje, drogie ciuszki itd. To wszystko przecież kosztuje.

I chociaż podobno – bez pracy nie ma kołaczy, to bardzo wiele osób chciało mieć te kołacze, ale bez ciężkiej (własnej) pracy. Z akcentem na własnej, bo tak naprawdę ktoś musiał jednak na te wszystkie atrybuty statusu zapracować.

W innych językach też mają to powiedzenie, więc chyba coś musi być na rzeczy.  No pain no gain.  Albo Ohne Fleiss kein Preis. Nie tylko Polacy wymyślili swoje kołacze 😉

Ciekawe pytanie pojawia się np. w kontekście influencerów, zarabiających po kilka lub kilkanaście tysięcy za jedno wstawione zdjęcie. Czy ich wkład w pracę jest proporcjonalny do otrzymanej gratyfikacji. I czy to normalne, że zarabiają oni o wiele więcej niż ludzie wykonujący bardzo odpowiedzialne zawody, wymagające zdobywania kwalifikacji przez długie lata. Oczywiście można powiedzieć, że influencerka, która wstawiła to zdjęcie nikomu niczego nie ukradła, że takie są prawa rynku – o ile znalazł się ktoś, kto chciał jej zapłacić – widocznie to jej zdjęcie jest właśnie tyle warte. No ale jednak – coś chyba było postawione na głowie.

I czego dokona teraz koronawirus – to  bezlitośnie podzieli pracę na tę prawdziwą i na „zabawę w pracę”. Bo ludzie będą mieć mniej pieniędzy i wówczas bardzo szybko wykreśla się z listy zakupów te rzeczy, które nie są naprawdę potrzebne. I nawet najbardziej odjechany instagramowy post nic nie da, jeżeli ktoś po prostu nie będzie miał za co tej reklamowanej rzeczy kupić. Czy koronawirus brutalnie wykreśli te wszystkie zabawy w pracę? Myślę, że w dużym stopniu tak. Skutki będą bolesne, bo bardzo wiele osób pozostanie bez pracy, a przecież będą musieli za coś żyć.  Może to jest moment na wprowadzenie bezwarunkowego dochodu podstawowego? Może to będę ja, która straci dotychczasowe zajęcie i się w tej (w wirtualnej raczej) kolejce po ten dochód gwarantowany ustawi?  Korona na pewno funduje nam gigantyczny eksperyment, a także będzie katalizatorem wielu ciekawych rozwiązań. Że praca zdalna już pozostanie i niekoniecznie do tych naszych biur wrócimy? A nawet jeżeli wrócimy, to będą one funkcjonować inaczej niż dotychczas? To już wiadomo, nie trzeba o tym pisać.

Pożyjemy, zobaczymy. Fajne powiedzonko, lubiłam go używać. Dotarło do mnie właśnie, jak do bólu dosłownie trzeba je interpretować. Uważajcie na siebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czujesz się zrobiony w bambuko? Obudź się ze snu o potędze

 

 

Moja przyjaciółka pochwaliła mi się ostatnio, że wróciła z pracy o trzeciej. Ale nie o piętnastej. O trzeciej. Następnego dnia roboczego – choć przecież tego samego kalendarzowego   – oczywiście znowu była w biurze.

Spotkałam też kolegę z byłej kancelarii. Wracaliśmy z pracy do domu i natknęliśmy się na siebie. Niósł ze sobą pewien przedmiot, który dobrze znałam. I którego szczerze nienawidziłam. Skórzany kanciasty neseser, w którym mieszczą się 2 pękate segregatory i laptop.  Kilka razy miałam wątpliwą przyjemność dźwigania tego cuda podczas podróży służbowej i pamiętam ciężar tej walizy. Choć zazwyczaj stwierdzałam, że  ciężar niematerialny, czyli ciężar  informacji, które ta walizka zawierała, był jeszcze większy.  Kolega z pewnością był objuczony, ale sprawiał też wrażenie przytłoczonego. Bo tak jak napisałam – ciężar fizyczny nie zawsze jest najgorszy.

I tak sobie myślę, czy zasłużyliśmy na coś takiego. I kto nas w TO wrobił? W pracę, która jest merytorycznie trudna, odpowiedzialna, psychicznie i fizycznie obciążająca i której jest po prostu za dużo.

„Młodości, ty nad poziomy wylatuj!” – yeah!

W młodych ludziach jest coś takiego. Takie dążenie, czy może raczej pragnienie, żeby pokazać całemu światu, na coś nas stać. Jest dużo energii, organizm ma jeszcze skąd ją czerpać. Do tego dochodzi  odpowiednia stymulacja przez cały społeczno- kulturowy system, który ….  no niestety, ale perfidnie wykorzystuje te młodzieńcze siły i młodzieńczy zapał. I zanim ci młodzi, a potem już nie tacy młodzi ludzie wybudzą się ze swojego snu o potędze … zdążą odwalić kawał dobrej roboty. I chyba o to tak naprawdę chodzi :-0   W dodatku ze względu na brak  bogatego doświadczenia (bo to dopiero trzeba sobie zdobyć), ta ciężka praca bardzo często wykonywana jest za takie- sobie pieniądze. I to komuś  – choć cały czas zastanawiam się komu? 😉 – tak naprawdę bardzo pasuje! Do tego dochodzą trudy i monotonia dnia codziennego (we wszystkich jego wymiarach),   no i  w końcu przychodzi ten moment, w którym orientujemy się, że mamy coś, co tak pięknie poetycko nazywa się:

ERSATZ, CHOLERA, NIE ŻYCIE

miał być raj, miał być cud
i ćwiartka na popicie,
a to wszystko nie tak, nie tak,
nie to,
no a jeśli, jeżeli – nie to,
no to o co, u diabła, nam szło?

Uwielbiam Agnieszkę Osiecką 🙂

Naprawdę pamiętam  okres bardzo wytężonej pracy w moim życiu. Potem na szczęście(!) organizm zaczął odmawiać mi posłuszeństwa i nie miałam innego wyjścia niż go posłuchać i coś zmienić.  Oczywiście – gdyby spotkała mnie bardzo poważna choroba – o szczęściu bym nie mówiła, ale zazwyczaj z początku organizm odzywa się subtelniej.  W moim przypadku były to akurat przewlekle chore zatoki  i bóle odcinka szyjnego kręgosłupa (od komputerka, od czegóż by innego). Bolało bardzo, ale mimo to jestem za te objawy wdzięczna. Bo gdyby się one nie pojawiły – pewnie mój sen jeszcze by trwał. Sen, że coś mogę. Sen, że to co robię, ma sens (przepraszam, a niby jaki? Że zrobiłam ładną tabelkę?). Sen, że wszystko jest dobrze poukładane.

Obudziłam się i jest mi naprawdę lepiej.

Hallo, hallo, pobudka!

Otwórz oczy i postaraj się dostrzec, co jest ważne. Uśmiech dziecka jest ważny. Wdzięczność Babci, którą odwiedziłeś, jest ważna. (Tak na marginesie – ja odwiedziłam dzisiaj moją Babcię, Dziadka zresztą też,  ale na cmentarzu. I bardzo żałuję, że nie  znajdowałam dla nich czasu na tym etapie mojego życia, gdy robiłam jeszcze ładne tabelki).

Koronawirus jest ważny, bo może namieszać tak, że wszystko, czemu dzisiaj od poniedziałku do piątku poświęcamy naszą energię, przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie.

yyyy … popatrzyłam właśnie na poprzedni akapit o babci i na ten o koronawirusie … OK, niekoniecznie jest to dobra rada akurat teraz. Ale gdy sytuacja z wirusem się uspokoi – to odwiedź babcię i dziadka, jeżeli masz szczęście jeszcze ich mieć.

Na zakończenie chyba jeszcze raz zacytuję Panią Agnieszkę.  Akurat ona widziała naprawdę bardzo dużo:

„Myślałam, że zawsze będziemy młodzi, że świat poczeka. Nic nie poczekało. Nie odkładajcie na później piosenek, egzaminów, dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości.”

Dobranoc. Lena

Oooo! Sen  jest jeszcze bardzo ważny. Ten prawdziwy. Sny o potędze niech pozostaną w sferze poezji. Tam jest ich właściwe miejsce 😉

 

 

paraliżujący strach, obezwładniający stres

Pewnie każdy pamięta jakieś sytuacje, zwłaszcza z dzieciństwa, kiedy czegoś tak naprawdę bardzo się przestraszył. Tak bardzo,  że nie mógł się poruszyć. Nie chodzi mi o ciemny kąt w domu, do którego baliśmy się zaglądać (no bo tam po prostu się nie wchodziło), ale o konkretne zdarzenia. Ja miałam takie trzy.

Po raz pierwszy poznałam, co oznacza paraliżujący strach, gdy dopiero co nauczyłam się pływać. Było to w wakacje pomiędzy zerówką a pierwszą klasą. Z tej radości i dumy, że płynę sama, bez żadnych pływaczków czy innych wspomagaczy, zapuściłam się oczywiście za daleko. W pewnym momencie zorientowałam się, że znajduję się pod pomostem, a tam na pewno nie miałam już gruntu pod nogami. Odwaga się skończyła. Zdołałam jedynie złapać się drewnianego palika tego pomostu i … tak tam sobie wisiałam uczepiona jak małpka. Nie potrafiłam wykonać kompletnie żadnego ruchu ani nikogo zawołać.  Zaczęli mnie szukać,  a ja … nic.   W końcu zauważył  mnie tata i bezpiecznie  przyholował. Ale do dzisiaj wspomina, że musiał  się nasiłować, żeby mnie od tego pomostu odkleić. Tak byłam przykleszczona.

Drugi przypadek z perspektywy lat wydaje się bardzo śmieszny, ale zapewniam, że na tamten moment do śmiechu  mi nie było. Otóż byliśmy z moim starszym bratem i naszym wspólnym kolegą na tak zwanym szaberku na czereśniach. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że szaber to inaczej … kradzież. Ot, głupie szczenięce wybryki. Nasi rodzice nie wiedzieli oczywiście o niczym. Czereśnie były przepyszne 🙂 Ciemnoczerwone i bardzo słodkie. Ale w pewnym momencie  zobaczyliśmy, że ktoś biegnie w naszym kierunku i bardzo wyzywa. Był to oczywiście właściciel tego sadu, kipiał ze wściekłości. No w sumie, trudno się dziwić. Chłopaki jak to chłopaki – zeskoczyli z drzewa i zaczęli uciekać. Bez trudu pokonali też płot, którym ten sad był ogrodzony. A ja? No cóż … w wieku ok. dziewięciu lat miałam pewną piętę Achillesową i w zasadzie mam ją do dzisiaj. Nie umiałam bez czyjejś pomocy przechodzić przez wysokie płoty 😦 😦 😦 Tzn. podjęłam próbę pokonania tego płotu, usiadłam na nim okrakiem i … ni w tę ni we w tę 😦 A ten właściciel cały czas biegł i krzyczał. Co mi się stało na tym płocie? Oczywiście paraliż, bezruch, tak jak wtedy, gdy uczyłam się pływać. Ten właściciel, gdy zobaczył takie nieszczęście na tym płocie, to jakoś złagodniał, powyzywał jeszcze trochę, ale przesadził mnie na drugą stronę płotu, żebym mogła już swobodnie uciec. Gdybym nie była małą przestraszoną dziewczynką, pewnie by się to tak nie skończyło.

A trzeci raz? To już bardziej stres niż strach. To było w szkole muzycznej, chyba w drugiej klasie. Ja niby chciałam zapisać się do tej szkoły, przeszłam wstępne przesłuchanie,  mój talent muzyczny nie okazał się jednak  jakiś wybitny. W normalnej podstawówce uczyłam się o wiele lepiej i miałam z tym ambicjonalny problem, że z grania na pianinie – mimo starań – nie zawsze jestem w stanie dostać piątkę. Kto chodził do szkoły muzycznej, ten pamięta, że na koniec każdego semestru odbywał się egzamin z instrumentu i był to naprawdę duży stres. Dla dziecka na pewno. Tego konkretnego razu w komisji egzaminacyjnej siedziała nauczycielka, której akurat bardzo nie lubiłam. Była surowa i się jej bałam. Gdy usiadłam do pianina i położyłam ręce na klawiaturze – to te ręce kompletnie zesztywniały, miałam palce jak z drewna. Z egzaminu dostałam mierny. Do dzisiaj uważam, że ta ocena była nie fair ze strony nauczycieli. Ok, źle zagrałam. Ale doświadczony nauczyciel powinien widzieć, że coś mi się stało, że normalnie tak nie jest, że przecież się staram.  Nie byłam Mozartem, ale nie było też tak, że reprezentowałam poziom na mierny.   Tzn. generalnie uważam, że jest nie w porządku wobec dzieci, że ocenia się tylko egzamin przeprowadzony na dany dzień (ze wszystkich przedmiotów, nie tylko z muzyki), a nie całokształt pracy, że  nie daje się uczniom prawa do gorszego dnia. Jakoś ten wpływ stresu jest całkowicie wyłączony poza nawias. Jakby go nie było.

No, to sobie poopowiadałam. Co chciałam pokazać? Bardzo silną reakcję ciała na sytuacje zagrożenia, reakcję prawdziwą i niezaprzeczalną. Ten paraliż, którego ja doznałam, był całkowicie poza moją kontrolą, nie było miejsca na żadne racjonalne myślenie, żadne decyzje.  Zresztą – czego wymagać od dzieciaka. Mam też świadomość tego, że te opisane przeze mnie doświadczenia nie były jeszcze najgorsze. Generalnie miałam raczej szczęśliwe dzieciństwo. Nikt mnie nie bił, na pewno nie przeżyłam traumy przez duże T. Na szczęście. Ale i tak te trzy opisane wydarzenia pamiętam bardzo mocno. Moje ciało najwyraźniej je pamięta. Nie da się tego oszukać.

W dorosłym życiu sytuacji, w których wydaje się nam, że jesteśmy  bezpośrednio zagrożeni, jest pewnie trochę mniej.  Jesteśmy też trochę mądrzejsi i niektórych potencjalnie niebezpiecznych zdarzeń możemy po prostu unikać – np. oczywiście nie kradniemy czereśni! 😉 Jesteśmy  jednak za to narażeni  na przewlekły stres (głównie poprzez pracę, ale nie tylko), który również oddziałuje na nasze ciało. Różnica jest taka, że jest to raczej proces, a nie jednorazowa sytuacja. To nie jest jedno mocne uderzenie, tylko tysiąc malutkich.  Dlatego też symptomy, które zaczyna dawać nasz organizm, są na początku subtelne i dopiero z czasem się nasilają. Niemniej jednak one są.  Wszelkiego rodzaju napięcia mięśni, wytworzenie jakby zbroi, która ma nas chronić, trzymanie zaciśniętej pięści, aby zawsze być gotowym na ewentualny atak. W końcu pojawia się jakiś ból. To wszystko jest to, to wszystko jest stres. Naprawdę nie można wpływu stresu na organizm negować, twierdzić, że tego nie ma, że mnie to nie dotyczy. Albo inaczej – przychodzi moment, kiedy przestaje się zaprzeczać (przed sobą i innymi), że te symptomy ze strony ciała występują. I im bardziej ktoś wcześniej udawał twardziela, bagatelizował lekki, ale za to permanentny dyskomfort – tym zazwyczaj późniejsze uderzenie będzie mocniejsze 😦

Dobra wiadomość jest taka, że można coś z tym zrobić. Przede wszystkim oznak płynących z ciała nie powinno się ignorować. Oczywiście wszystkie objawy można skonsultować z lekarzem, ale jeżeli  kolejne przeprowadzane badania nic nie wykazują – warto porządnie usiąść na kanapie i zastanowić się, o co tak naprawdę chodzi. Czy nie biorę na siebie za dużo? Może zamiast kolejnego kursu wyższej produktywności kluczem do osiągnięcia dobrego samopoczucia jest REDUKCJA? Może mniej znaczy więcej? A z pewnością lepiej? No i jeżeli ciało daje nam znaki, że je zaniedbujemy – trzeba się nim zająć. Ono  o to prosi. Przecież moje ciało – to ja. Jeżeli ja nie zareaguję na jego sygnały, to kto to zrobi? Kto się o nie zatroszczy? Zapewniam, że nikt inny. Ma być zrobiona praca i tyle. Tylko to się liczy. Kogo w ogóle obchodzi, że mam jakieś bolesne napięcie karku? Mam na myśli mądrą troskę o siebie, czyli przede wszystkim sen, trochę ruchu, na bolące i napięte miejsca pomaga masaż. Warto też jak najczęściej podnosić tyłek z krzesła, ponieważ siedzenie to nowe palenie, długofalowo ma naprawdę fatalny wpływ na zdrowie.  A ponieważ na siedząco najwięcej pracujemy, to należałoby … mniej pracować 🙂 Za tę radę nasz organizm na pewno będzie wdzięczny 🙂

 

 

 

 

 

 

A może tak pośrodku?

Życie to tak naprawdę lawirowanie pomiędzy dostępnymi opcjami.  Jest bardzo dużo jest tematów, co do których stanowiska są spolaryzowane – ktoś jest albo na tak, albo na nie. Tych najtrudniejszych zagadnień nie chciałabym tutaj dotykać. Nie ten blog, nie to miejsce na dyskusje np. o aborcji, o eutanazji itd., itp.  I nie ta autorka, bo kim ja jestem, żeby wypowiadać się o tak poważnych sprawach.  Nie czuję, żebym miała legitymację do tego.

Ale weźmy sobie na przykład stosunek do pieniędzy. Z jednej strony wszyscy słyszeliśmy, że pieniądze ponoć szczęścia nie dają, no ale z drugiej – widzimy przecież,  co tak naprawdę rządzi światem. Tą drugą wartością skrajną mogłoby być:  Greed is good – Żądza jest dobra, chciwość jest dobra (Świetny Michael Douglas w filmie Wall Street). Nie znajduję się ani na jednym krańcu, ani na drugim. Ale skąd mam wiedzieć, w którym punkcie pomiędzy tymi wartościami się ustawić?

Problem polega na tym, że z najróżniejszych źródeł otrzymujemy sprzeczne komunikaty mówiące nam, jak mamy żyć. Sprzeczne albo takie dwubiegunowe – jednoznacznie określone po jednej stronie i zupełnie do niej przeciwległej.

Wracając do pieniędzy, to zauważyłam, że nawet w Biblii występuje sprzeczność co do nich.

No bo przecież: „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż bogaty wejdzie do królestwa niebieskiego”.

Ale jeżeli ktoś przeczyta sobie Przypowieść o talentach (Mt 25, 14-30), to dowie się z niej, że sługa, który nie rozmnożył powierzonej mu części majątku – został nazwany sługą złym i gnuśnym. Przypowieść jest  raczej pochwałą dość kapitalistycznej postawy.  No i bądź tu mądra.

Takich sprzecznych instrukcji  jest o wiele więcej. Niech to będzie np. planowanie i wpływ na własne życie.   No banał do kwadratu  – każdy jest kowalem swojego losu –  może bardziej chciałam w to wierzyć, niż  wierzyłam naprawdę.

Jeżeli pójdzie się na jakieś szkolenie, to wszędzie Ci powiedzą, że trzeba mieć plan. Na rozmowach kwalifikacyjnych pytają, gdzie widzimy siebie za pięć lat. A co to za durne pytanie w ogóle! Za pięć lat to ja mogę pić drinka na plaży w Honolulu, ale mogę też już wąchać kwiatki od spodu. I ta osoba, która zadała to pytanie, może dokładnie tak samo.

No i jeszcze ten kultowy cytat na szkoleniach: Jeśli nie wiesz do jakiego portu płyniesz, żaden wiatr nie będzie właściwy”

Ale z drugiej strony słyszymy: Navigare necesse est. Żeglowanie jest koniecznością. I nie chodzi tu o żeglowanie według ściśle określonego kursu, do dokładnie obranego portu, lecz raczej o takie  go with the waves –  czyli o poddanie się nurtowi i wiatrom,   o pozwolenie  poprowadzić się tam, gdzie ten nurt i wiatry zaniosą. Tylko tak można odkryć coś nowego. Coś, co będzie o wiele piękniejsze i bardziej wartościowe  niż ten wyznaczony port, do którego planowaliśmy dotrzeć. Że ryzyko? Tak, ryzyko zawsze jest wpisane w to, co jest nowe i nieznane. Że może się nie udać? Może.

Którą strategię wybrać? Czy w ogóle jest sens planować? Na szkoleniach powiedzą, że tak. Ale przecież  znamy też to: chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach.

Ja akurat (na etapie, którym jestem)  zgadzam się z Johnem Lennonem, który powiedział:  Życie jest tym, co się wydarza, kiedy Ty jesteś zajęty robieniem innych planów.

I to się tylko tak nam wydaje – każdy sobie rzepkę skrobie,  każdy orze jak może. Jak dobrze się postara, to będzie miał to pole dobrze zaorane.  A na koniec okazuje się, że to wcale nie my ten pług prowadziliśmy. Taki psikus 😉

A zatem najlepszym planem jest brak planu? No tak całkiem też się chyba nie da. Mogę zaplanować np. obiad na niedzielę 😉 Żart 😉 Każdy trochę planuje. Ale ani bardzo szczegółowa rozpiska na życie, ani całkowity brak jakiegokolwiek planu nie są dobre.

Kolejnym przykładem takiej sprzeczności, która jest nam serwowana,  niech będzie  to wyświechtane: dla chcącego nic trudnego, yes, you can,  a w bardziej wyrafinowanej wersji: Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat działa potajemnie, by udało Ci się to osiągnąć – Paulo Coelho

Ile osób się na to nabrało! Nie twierdzę, że nie warto mieć marzeń. Ale najgorsze jest to, że gdy się nie uda – te same osoby, które zachęcały do zrobienia tego odważnego kroku potrafią powiedzieć: nie trzeba było porywać się z motyką na słońce. Albo jeszcze dobitniej: kim Ty jesteś, że myślałaś/ myślałeś, że Ci się to uda.

I w tym kontekście bardzo właściwa jest Mickiewiczowska rada: mierz siły na zamiary. Jeżeli sił jest za mało – czasem lepiej jest jednak odpuścić. Po co w ogóle jest mówić, że nie ma rzeczy niemożliwych. Oczywiście, że są.

Bardzo nie lubię sytuacji, kiedy trzeba się zero – jedynkowo określać. Bo życie ma całe spektrum   odcieni szarości, wcale nie jest czarno – białe.  Wolę mieć suwak i ustawić go gdzieś pomiędzy jednym biegunem, a drugim. Tylko jakieś współrzędne jeszcze by się przydały 😉 Ktoś może wyliczył?

Gdzie jest właściwe, prawdziwe  rozwiązanie? Istnieje ono w ogóle? Gdzie jest prawda? Co to jest ta prawda? Kiedyś ktoś chciał mieć monopol na prawdę wydając  gazetę o takim tytule. Ale bardziej ją ukradł niż miał. A może nie ma jednej prawdy. Moja prawda, Twoja prawda. Prawda leży pośrodku? Może to wcale nie jest takie głupie.