Jak zaoszczędzić trochę pieniędzy

dollar-3289367_1920

Też macie wrażenie, że ostatnio wszystko bardzo zdrożało? Nie chodzi tu zresztą o wrażenie, bo wskaźniki inflacji mówią same za siebie.  Tyle tylko, że wskaźnik inflacji też może być nieco mylący, ponieważ opiera się na uśrednionym koszyku dóbr i usług, a akurat ja nie muszę niektórych artykułów z tego koszyka nabywać. Tzn.  mogła np. potanieć stal, a ja ze stali mogłam nie kupić nic lub prawie nic, a pośrednio też korzystam z niej raczej w ograniczonym zakresie (tzn. z tych nowych inwestycji, do których stal została użyta- bo tylko na te może mieć wpływ spadek ceny stali; stal to przy tym tylko przykład). Subiektywne odczucie jest na pewno takie, że uciekają mi pieniądze. Wzrost cen w ostatnim czasie (2-3 lata) nie powinien w ogóle dziwić nikogo za bardzo, bo z wiadomego powodu na rynek trafiło więcej pieniędzy, a jedno z elementarnych praw ekonomii mówi, że wpuszczenie dodatkowych pieniędzy do obiegu powoduje, że ceny idą w górę.  Ja naprawdę nie jestem jakimś centusiem, obracającym dwa razy każdą złotówkę przed jej wydaniem. Ale wkurza mnie, że przy takiej samej pracy jak  wcześniej stać mnie na mniej. I nie chodzi mi o to, że nie mam co włożyć do garnka, zgrzeszyłabym, gdybym zaczęła na swoją sytuację bardzo narzekać. A jednak muszę jakoś bardziej uważać.

Standardowo w tego typu poradach zaleca się skrupulatne notowanie wydatków, aby móc prześledzić, gdzie pieniądze się rozchodzą. Czyli prowadzenie dzienniczka wydatków? Świetne postanowienie noworoczne! Tylko kto w nim wytrwa? Bez przesady, nie każdy musi być księgowym. Celem ma być oszczędzanie, a nie generowanie dodatkowej pracy samej w sobie. Na pewno jednak warto usiąść raz a porządnie i wypisać podstawowe pozycje kosztowe, które co miesiąc musimy ponosić – czyli rata kredytu lub czynsz, opłaty, ubezpieczenia, przedszkole lub szkoła dla dzieci itd. Na tym za bardzo nie zaoszczędzimy. Po odjęciu tych stałych wydatków od miesięcznego dochodu – z kwoty, która pozostała postarajmy się przelewać co miesiąc jakąś sumę na drugie konto – nazwijmy je oszczędnościowe i nie ruszajmy tych pieniędzy, no chyba że naprawdę  coś by się wydarzyło, czego nie życzę. Reszta musi wystarczyć na życie, przy czym życie to jedzenie, ubranie, bieżące wydatki na dom i samochód, przyjemności i jeszcze obowiązkowo jakiś bufor. Nawet niewielki, ale musi być. Budżet nie może być tak napięty, że aż trzeszczy. Paradoksalnie – całe to planowanie można o kant stołu rozbić, jeżeli wszystko jest rozpisane co do złotóweczki. Życie to nie matematyka.  Aha – pożyczki chwilówki nie istnieją. Nie ma takiej opcji jak finansowanie bieżącej konsumpcji z pożyczek krótkoterminowych, po prostu nie ma. Nie ma też opcji niespłacania w terminie karty kredytowej. Kropka.

No ok, to oszczędzamy. Moje 15 sposobów wygląda tak:

1. wypowiedzenie abonamentów

Celowo wymieniłam abonamenty na pierwszym miejscu. Miesięczna kwota może nie wydawać się zbyt wielka, ale praca nauczyła mnie analizować wszystkie koszty w ujęciu rocznym. Przy przemnożeniu wszystkich abonamentów przez 12 powstaje już całkiem pokaźna sumka, za którą moglibyśmy sprawić sobie coś dużo fajniejszego. Najbardziej „niebezpieczne” są przy tym abonamenty, które ściągają się same z konta, ponieważ podaliśmy numer karty kredytowej lub debetowej. Co więcej – czasami  wcale nie korzystamy ponownie z tych raz zakupionych usług albo robimy to jedynie  sporadycznie. Czyli abonamenty te nie są nam wcale potrzebne, a cały czas opłaty za nie są pobierane z naszego konta. Niekiedy przez taką bierną postawę abonament potrafi się naliczyć za parę lat  i wtedy to naprawdę z opłat za wszystkie okresy uzbierałaby się kwota, która wystarczyłaby na fajne wakacje. Co więcej – usługodawcy są oczywiście sprytni, mają dopracowane w szczegółach regulaminy, na które się zgodziliśmy i wcale nie jest łatwo taki abonament wypowiedzieć. No ale w końcu zazwyczaj się udaje i można powiedzieć uff.

Oglądam bardzo mało telewizji, dlatego ostatnio pozbyłam się telewizji kablowej, ponieważ stwierdziłam, że nie potrzebuję wszystkich tych programów, pomijając już to, że po prostu nie jestem zadowolona z oferty. Wykupiłam za to dostęp internetowy tylko do jednego kanału informacyjnego (ogląda się normalnie na ekranie telewizora). W rezultacie zamiast dotychczasowych 70 PLN/m-c  płacę  30 PLN. Oszczędność 40 PLN x 12 = 480 PLN – będzie na 2-4 bilety do teatru lub na koncert 🙂 Oczywiście – mogłabym zrezygnować zupełnie z TV i nie płacić tych 30 PLN, ale jakoś nie jestem na to gotowa. Nie wiem też, czy w ogóle będę.

Jeżeli chodzi o pozwolenie się naciągnąć – nie jestem wcale aż taka przezorna. Potrzebowałam np. program do konwersji plików pdf na word. Program  kosztował 30 EUR, trzeba było zapłacić kartą i ja się na to zgodziłam, bo nie chciało mi się przepisywać tekstu. Usługę wykorzystałam raz. A dopiero po pięciu miesiącach odkryłam (na koncie, nie inaczej), że te 30 EUR firma ściągała sobie co miesiąc. Trochę trzeba było się nagimnastykować, żeby wypowiedzieć ten  „abonament”.

W ogóle wśród usługodawców jest teraz taka tendencja, żeby jak najwięcej usług oferować w abonamencie (nie tylko dla osób fizycznych, ale też dla firm), ponieważ miesięczna kwota nie wydaje się jakaś ogromna i klient uważa, że może sobie na to pozwolić. Usługodawcy wiedzą jednak co robią – suma kwot zapłaconych jako opłaty abonamentowe prawdopodobnie będzie dużo wyższa niż jednorazowy zakup usługi i zapłacenie za nią z góry.

2. rezygnacja z nowego smartfona przy przedłużaniu umowy telekomunikacyjnej

Czy naprawdę potrzebujemy nowego smartfona co 2 lata, jeżeli ten „stary” jest jeszcze dobry? Ja też niestety dałam się raz nabrać, bo sprzedawcy mają swoje techniki i zostałam zapytana mniej więcej w ten sposób: płaci Pani wysokie rachunki i jest Pani naszą lojalną klientką od X lat, czy nie chciałaby Pani w nagrodę dostać nowego iPhona za 80 PLN? No cóż, brak czujności plus naiwność sprawiła, że chciałam tę „nagrodę”. No i spłacałam ją następnie po 80 PLN przez 24 miesiące. Ostatnio znowu przedłużałam umowę, ale tym razem podziękowałam za nowego smartfona, a w zamian za to obniżono mi abonament (a propos punktu 1. abonament za usługi telekomunikacyjne to jedyny, który teraz posiadam). Rezygnacja z nowego sprzętu jest przy okazji zachowaniem bardzo eko, ponieważ do produkcji tych wszystkich technologicznych cudeniek zużywane są cenne surowce. Odmawiając sobie nowego telefonu nie dokładamy kolejnej cegiełki do dewastacji środowiska.

3. korzystanie z aktywności, które są bezpłatne

Dużo przyjemnych i pożytecznych rzeczy jest dostępnych zupełnie za darmo. Mam tu na myśli zwłaszcza długie spacery, kontakt z przyrodą oraz bieganie, które dla mnie jest jednak najlepszym sportem. Tak samo jest z praktykowaniem jogi przy youtube. Joga jest bardzo indywidualna i naprawdę uważam, że ćwiczenie jej samemu ma większy sens niż w zatłoczonej sali. Jeżeli chodzi o sport – każdy może znaleźć dla siebie dziedzinę, która mu odpowiada, a która przy tym nie kosztuje nic lub prawie nic. Zostawmy sobie granie w golfa na trochę późniejszy okres życia 😉 Oczywiście jeżeli ktoś ma kartę multisport lub podobną wykupioną przez pracodawcę – należy z niej korzystać ile można.

4. Filmy i muzyka z reklamami

Chcemy oglądać filmy i słuchać muzyki oczywiście legalnie. Alternatywą dla wykupienia abonamentów, o których było wyżej, jest przyzwolenie na reklamy. Też ich nie lubię. Ale po pierwsze nie oglądam filmów jakoś bardzo dużo  (a seriali w ogóle) i również dlatego  nie widzę sensu kupowania abonamentu. Kupuję za to czasem film smsem (co i tak jest tańsze niż dvd, a poza tym jest niematerialne czyli nie generuje śmieci)  lub oglądam film z reklamami.

Jeżeli chodzi o muzykę – jestem staroświecka i kupuję sobie płytkę, jeżeli jestem na nią naprawdę zdecydowana. Albo słucham na youtube z reklamami.

5. wymienianie się książkami ze znajomymi

Moje dwie przyjaciółki podobnie jak ja sporo czytają i gdy się spotykamy,  po prostu siebie pytamy: – Co ostatnio czytałaś? – A to i to. – O, też bym chciała to przeczytać, pożyczysz mi? – Jasne. A Ty co masz fajnego?

I tak to działa. Nie trzeba wszystkiego kupować i mieć tylko dla siebie. Korzyść jest jeszcze taka, że z naszymi bliskimi znajomymi mamy w miarę zbliżone zainteresowania, dlatego jest duża szansa, że to co mamy do zaoferowania będzie trafiało w gust odbiorcy. Po prostu. Z przyjaciółkami pożyczamy sobie  też czasem jakieś ciuszki i to też jest fajne.

6. samodzielne wykonywanie kosmetyków i domowych detergentów

U mnie zaczęło się od nadwrażliwości na silne chemiczne zapachy.  Do tego mam atopową skórę, która „odzywa się” zwłaszcza w stresujących sytuacjach. Liczba kosmetyków, których mogłam bezpiecznie używać była mocno ograniczona – w zasadzie produktami, co do których miałam pewność, że mnie nie uczulą,  były hipoalergiczne kosmetyki dwóch francuskich marek. Kosmetyki te są bardzo dobre, ale są przy tym naprawdę  drogie. Nie miałam zatem za bardzo wyboru i musiałam zabawić się w domowe laboratorium.  Tak mi się spodobało,  że – mimo iż moje dolegliwości w dużej mierze ustały – na pewno nie wrócę już do kosmetyków dostępnych w popularnych sieciówkach, od czasu do czasu kupuję  dobry krem w aptece. Używam jednak mniej kosmetyków niż kiedyś, bo wcale nie są one dla nas obojętne – zawierają silne substancje aktywne, które wnikają przez skórę do całego organizmu. Staram się za to więcej niż kiedyś korzystać z najlepszego i zupełnie bezpłatnego kosmetyku regenerującego tj. snu.

Podobnie było z detergentami. Chyba tak już jest, że ktoś, kto wejdzie na drogę eliminowania chemii ze swojego życia – w pewnym momencie  przestaje ją tolerować. Im bardziej coś syntetycznie pachnie, mimo że w założeniu producentów to ma być ładny zapach – tym dla nas bardziej śmierdzi. Naprawdę dom da się posprzątać za pomocą sody oczyszczonej, kwasku cytrynowego, octu, wody utlenionej, mydła i olejków eterycznych. Ponieważ składniki te są taniutkie – oszczędność jest zauważalna. Osobom, twierdzącym, że te środki są za słabe, aby wyczyścić trudne zabrudzenia od razu mówię – tak, mam w szafce też „konwencjonalne” środki, ale używam ich sporadycznie, naprawdę wyjątkowo.  Do bieżącego utrzymania czystości te domowe środki naprawdę wystarczają.

7. kupowanie mniejszej ilości ubrań

Na temat minimalizmu napisano już dostatecznie dużo. Związek z oszczędnością jest bezsporny – mniej kupionych ubrań to więcej pieniędzy na koncie. Do określenia siebie minimalistką jest mi jednak daleko, bo wcale nie dokonałam rytualnego oczyszczenia swojej przestrzeni i nie wyzbyłam się tego, co już miałam. Ale staram się nie nagradzać siebie nowymi ciuszkami ani nie rekompensować sobie nimi złego humoru. (Kiedyś tak było, przyznaję). Ubrania najdroższe będą zawsze w sezonie, dlatego od pewnego czasu staram się kupować ubrania i buty „antysezonowo”, tj. kozaki latem, a sandały zimą- oczywiście jeżeli wiem, że naprawdę ich potrzebuję i naprawdę mi się podobają. Czasami korzystam też z wyprzedaży. A moda? Od kilku lat przestałam na nią specjalnie zwracać uwagę. Kupuję to, w czym dobrze się czuję i dobrze wyglądam.

8. unikanie pokus

Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. To dlatego właśnie w epoce komunizmu Polacy nie czuli się wcale tak bardzo biedni, mimo że w porównaniu do mieszkańców Europy Zachodniej właśnie tacy byliśmy. To tak na marginesie. Wcale nie jestem taka mocna w odmawianiu sobie czegoś. Ale staram się nie stwarzać sobie okazji, żeby znowu dać się na coś złapać. Jest tyle ciekawszych możliwości spędzania czasu niż wizyty w galeriach handlowych. W zasadzie czuję się od tego zupełnie uwolniona.

9. skromniejsze destynacje urlopowe

Teraz tak się jakoś porobiło, że nie można być gorszym od znajomych, którzy byli w jakimś naprawdę atrakcyjnym miejscu. Oczywiście – jeżeli dla kogoś podróże są prawdziwą pasją, ktoś ma żyłkę do ciągłego eksplorowania czegoś – taka osoba wręcz powinna jeździć po całym świecie, bo to jest ważna część jej życia.

Ale jeżeli dla kogoś te dalekie i drogie podróże są raczej sposobem na dowartościowanie się i okazją do wstawienia fotki na Insta – czy to ma aż taki duży sens? Czy nie lepiej pojechać w miejsce, gdzie można naprawdę odpocząć?

Mam wrażenie, że czasem jest jak w piosence Elektrycznych Gitar: Byłem w Rio, byłem w Bajo, miałem bilet na Hawaje, wszystko …j    😦 No właśnie. Ani Rio ani Hawaje czasami nie pomogą. A kosztują na pewno bardzo dużo.

10. znaczne ograniczenie lub rezygnacja z mięsa

Jestem świeżo po lekturze książki Szymona Hołowni „Boskie zwierzęta”. Polecam wszystkim, a zwłaszcza tym, którzy jeszcze się wahają i szukają argumentów, żeby przejść na „dobrą stronę mocy”. Generalnie jestem za ewolucją, a nie za rewolucją – wymaganie od miłośnika krwistych steków, aby od jutra stał się ścisłym weganinem jest z góry skazane na porażkę. Ale bardzo się cieszę, że coraz więcej Polaków rozważa znaczącą redukcję mięsa w swojej diecie, coś w końcu zaczyna docierać. Kuchnia roślinna jest  dużo tańsza, zdrowsza i o wiele, wiele mniej szkodliwa dla środowiska.

11. prowadzenie zdrowego stylu życia i zaoszczędzenie w ten sposób na lekarzach

Ciepłe ubieranie się zimą, wspomaganie odporności naturalnymi sposobami, ograniczenie cukru w diecie, ruch na świeżym powietrzu, odstawienie używek,  wizyty kontrolne u dentysty, badania profilaktyczne – to wszystko jest duużo tańsze niż leczenie chorób, będących czasami niestety skutkiem zaniedbań (ale też nie zawsze, jak już się choroba przytrafi nie ma co się obwiniać, bo to na pewno nie pomoże).

12. medytacja i zaoszczędzenie na psychologach

Jeżeli ktoś czuje, że powinien skorzystać z pomocy psychologa – to oczywiście powinien. Czasami jest konieczna nawet interwencja psychiatry i z tym nie dyskutujemy. Na pewno jednak nie ma lepszego sposobu na spotkanie z samym sobą niż medytacja, ew. kontemplacja natury w ciszy. To spotkanie ze sobą to już jest bardzo dużo – psycholog ani coach nie zrobi tego za nas. Medytacja niweluje skutki stresu i generalnie uspokaja. Ja jestem w ogóle takim niewiernym Tomaszem – nie uwierzę, dopóki nie zobaczę lub nie spróbuję. Tak było i w tym przypadku.  Nie potrafię wyjaśnić jak to działa, ale jednak działa.

13. odstawienie suplementów diety

Brałam tego całkiem sporo – na detoks, na zwiększenie energii, na włosy, skórę i paznokcie plus oczywiście witaminki. Najgorsze jest to, że biorąc kilka preparatów łącznie fundujemy sobie niezły koktajl o nieokreślonym razem działaniu.  Do rezygnacji z suplementów przekonał mnie reportaż, w którym pokazane było, że suplementy nie podlegają żadnym badaniom tak jak ma to miejsce w przypadku leków, że „produkcją” suplementów może zająć się w zasadzie każdy i może robić to niemalże w domowych warunkach, że działanie suplementów często jest niepotwierdzone.  Przy tym przebitka cenowa na wytworzonych specyfikach może wynosić czasem kilkaset lub więcej procent, ponieważ użyte składniki są bardzo tanie. Nie twierdzę, że wszyscy producenci suplementów są nieuczciwi, ale na pewno tacy się zdarzają. Teraz biorę wyłącznie witaminę C i D w okresie zimowym, przy czym są to preparaty zarejestrowane jako leki (tu mam przynajmniej pewność, że zachowano wyśrubowane farmakologiczne standardy czystości). Absolutnie nie przekraczam też zalecanej dawki dziennej, bo to nie jest tak, że jeżeli wezmę dwie tabletki zamiast jednej to będę zdrowsza. Moim suplementem jest teraz własnoręcznie robione zielone smoothie, które uwielbiam.  Cudów nie ma, tabletka nie zastąpi zdrowej diety, szkoda na te wszystkie proszki pieniędzy.

14. Niewyrzucanie jedzenia

To już w ogóle powinno być oczywiste – jedzenie za coś zostało kupione, więc wyrzucone jedzenie, to wyrzucone pieniądze. Ale wiadomo – akurat w przypadku jedzenia nie chodzi tylko o pieniądze. Jedzenie jest dobrem, niezbędnym do życia. Nie wszyscy mają tyle szczęścia co my – zarówno w kontekście geograficznym jak i historycznym. Lata 30. i 40. ubiegłego wieku pokazały, że głód jest możliwy także w naszym rejonie, mimo że to nie natura wtedy narozrabiała. Oj nie. Mam wrażenie, że w Polsce i tak szacunek do jedzenia jest większy niż gdzie indziej. Moja koleżanka przyłapała mnie raz w pracy, gdy wyrzucałam bułkę z poprzedniego dnia do kosza, no zdarzyło mi się. Najwyraźniej poczuła się wtedy upoważniona do pouczenia mnie, bo powiedziała: kto wyrzuca dzisiaj chleb ani się nie obejrzy, a będzie go szukać. Czyli jednak chyba coś zostało z tego  „do kraju tego, gdzie kruszynę chleba …”  Koleżanka miała rację! Teraz jestem o kilka lat starsza i naprawdę staram się zjadać chleb do ostatniej kromki.  Jest bardzo prosta metoda, aby nie wyrzucać pieczywa – w zasadzie wystarczy unikać napompowanych bułek i w ogóle pieczywa z polepszaczami, a kupować wyłącznie chleb pieczony na naturalnym zakwasie. Taki chleb naprawdę starzeje się dużo wolniej i  – co bardzo ważne – nie pleśnieje. Po prostu mamy więcej czasu, aby go zjeść. No i drugą banalną metodą, aby nie wyrzucać jedzenia, jest po prostu kupowanie na bieżąco i w mniejszych ilościach. Czyli nie dopuszczać do zepsucia.  A po trzecie – ja często zauważam taką postawę po otwarciu lodówki, takie zastanawianie się: hmmmm na co miałabym/ miałbym ochotę. I wybiera się to, na co się ma na dany moment ochotę, zamiast zastanowić się – co mogę zjeść, uwzględniając przy tym nie tylko własny kaprys. Potem w koszu lądują np. wędliny, co już w ogóle woła o pomstę do nieba. Jakieś zwierzę zostało zabite, no ale przecież z tą szczytną ideologią, że stanowić będzie nasz pokarm. Ale jeżeli mięso znajduje się ostatecznie na śmietniku i stwarza tam tylko jeszcze zagrożenie biologiczne – to proszę mi wytłumaczyć – jaki to miało sens?

15. Rezygnacja z kawki pitej w biegu

Kawa w plastikowym kubku na wynos to świetny interes – dla sprzedawców tej kawy. Dzięki temu rozwiązaniu sprzedają oni dużo, a mogą wynajmować o wiele mniejszy lokal, niż gdyby chcieli zapewnić każdemu gościowi miejsce przy stoliku. Nie muszą też zatrudniać personelu do zmywania naczyń.  Tak się zastanawiam – pijemy kawę na ulicy, bo ta kawa ma dać nam kopa do dalszego działania, kofeina ma pobudzić, żeby zrobić jeszcze więcej i więcej. Jak przyjdę do biura lub na spotkanie, będę już po kawie i od razu będę mogła zabrać się do działania. A może jednak –  jak nie mam czasu na wypicie tej kawy na siedząco lub przynajmniej  na stojąco – to po prostu go nie mam?

Może warto się zastanowić – po co w zasadzie tak się spieszymy, do czego, co jest na końcu tego naszego wyścigu. Pieniądze? Naprawdę? Tam gdzie ostatecznie zdążamy – tam wszyscy zdążymy. W dodatku pieniędzy tam raczej nie uświadczysz. Co więcej-  jest taka koncepcja, że rodzimy się z jakimś określonym zasobem energii. Im szybciej zużywamy tę energię, tym szybciej ona się wyczerpie. Po prostu. Co to oznacza,  nie muszę chyba tłumaczyć.

Czy to, co zaproponowałam to asceza? Nieeee. Kupujemy mnóstwo rzeczy, które mają nam dać zadowolenie. A jest i tak jak w piosence Stonesów: I can’t get no satisfaction.  Jeżeli nie znajdziemy przyjemności w spędzaniu czasu samej/ samemu ze sobą to nie znajdziemy jej z nikim, z niczym  i nigdzie.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s