czy można stać się ofiarą własnego sukcesu

success-1909823_1920

Umówiłam się wczoraj na sushi w moim ulubionym lokalu. Sushi tam podawane zawsze było pyszne i wykwintne, a atmosfera kameralna. Niestety po wczorajszej wizycie stwierdziłam, że sporo się zmieniło. Lokal rozbudował się o dodatkową salę, wszystkie stoliki, mimo obowiązkowej rezerwacji,  były zajęte, kelnerki nie  nadążały z obsługą zamówień,  a  samo sushi przypominało swoje poprzednie wykonania może w 80 %. Do tego  było gwarno i duszno. Nie wiem, czy jeszcze tam wrócę …

Pomyślałam sobie, że ta restauracja podążyła ścieżką charakterystyczną dla większości takich przypadków – jakość przeszła w ilość. Nie zawsze jest to nawet zamierzone. Na początku stawiamy na wysoki poziom świadczonych usług, dobra renoma przyciąga coraz więcej klientów, można wtedy z radością krzyknąć: wow – odnieśliśmy sukces! Obroty rosną, interes się kręci, można a nawet trzeba się rozwijać, zatrudniać nowych pracowników itd.

Jest jednak jedno ALE – jeżeli świadczymy usługę, w której największą wartością jest nasz wkład, nasza praca – nie da się utrzymać  bardzo wysokiego poziomu przy coraz większej i większej liczbie zleceń.  Niestety/ stety to także moje doświadczenie …

No ok, może w przypadku dużych firm, takich gdzie opracowane są schematy zarządzania i  spisane procedury na wszystko – im może się udać taka ekspansja z nowym produktem czy na nowy rynek. Ale z drugiej strony przykład z polskiego podwórka tj.  bydgoskiej Pesy pokazuje, że naprawdę można też przeholować z optymistycznymi scenariuszami. (Pesa wystartowała w tak dużej liczbie przetargów, że po wygraniu ich nie była w stanie równocześnie zrealizować wszystkich zamówień).

Ja akurat prowadzę mikro- firemkę usługową, w momencie, gdy zaczynałam moim celem było po prostu zaistnieć i na siebie zarobić. Starałam się dobrze wykonywać swoją pracę, byłam rzetelna i słowna, a co najważniejsze – w większości przypadków  skuteczna. Klienci docenili to swoją lojalnością oraz udzielanymi na zewnątrz rekomendacjami. W pewnym momencie otrzymywałam dużo nowych zapytań, zaczynających się od: została nam Pani polecona.  Cóż – moje ego zostało połechtane 😉 Nie potrafiłam odmówić, mimo że pracy miałam bardzo dużo, termin gonił termin, a ja byłam już bardzo zmęczona. Myślałam też, że tak właśnie musi być, że firma musi się rozwijać, że trzeba robić więcej i więcej i więcej, że na tym to właśnie polega. Zatrudniałam trzy osoby do pomocy, ale klienci oddzwaniali  z prośbą: bardzo by nam zależało, żeby to Pani osobiście zajęła się naszą sprawą. No i znowu nie potrafiłam odmówić, nawet jeżeli odbywało się to kosztem mojego snu i innych elementarnych potrzeb. Zarabiałam na opracowaniu tych wszystkich zleceń bardzo dobrze, ale to naprawdę nie pieniądze były moim głównym napędem na tamten moment. Po prostu nie chciałam zawieść klientów, nie potrafiłam odesłać ich z kwitkiem. Niestety zostałam wychowana na ugrzecznioną polską kobietę, przyjmującą na siebie zbyt wiele, na pewno nie było to bez znaczenia 😦 A że nie potrafię delegować zadań, ponieważ jestem merytorycznym żuczkiem, za to menedżerka ze mnie żadna, to już inna sprawa. Do tego doszedł do głosu perfekcjonizm, który teraz całą sobą przeklinam, ponieważ nawet jeżeli zleciłam jakąś pracę do wykonania – oczywiście nie byłam zadowolona z efektu. Ja sama, sama, sama …

No i musiało się stać, co się stało. Na szczęście nie popełniłam żadnego merytorycznego poważniejszego błędu, ale zaczęłam nie dotrzymywać terminów (fakt faktem czasem zbyt krótko ustawionych), sama byłam niezadowolona z jakości przesyłanych do klientów opracowań, a nawet ze zmęczenia zaczęłam robić to, co generalnie potępiam – zaczęłam stosować kopiuj/ wklej z wcześniejszych zleceń  (przy braku dostatecznej uwagi można sobie takim kopiuj/wklej narobić naprawdę poważnych kłopotów, dlatego – odradzam). Widziałam rozczarowanie klientów, tym co dostali. No bo jak to – miała być taka rewelacja, a otrzymaliśmy coś zupełnie przeciętnego. Klienci dostawali ogólnikowe odpowiedzi, które nie rozwiązywały ich problemów, nie chcieli płacić, zaczęli odchodzić …

To doświadczenie było mi  bardzo  potrzebne. Zmuszona byłam cofnąć się do etapu z początku mojej działalności – wykonywać pracę z dużym wkładem intelektualnym i co ważne – emocjonalnym. Czyli tak, żeby klient czuł się dobrze zaopiekowany i indywidualnie traktowany.  Do tego kłania się zasada Pareto itd. Wiem już, że z tych dwóch przycisków na poniższym obrazku należy, a czasem wręcz trzeba wybrać  ten czerwony.

business-3188128_1920

Wiem, że moje potrzeby jak sen i odpoczynek, a także kilka innych potrzeb moich i bliskich mi osób, są najważniejsze. Bez tego nic na dalszą metę nie ma prawa się udać.

Wybrani klienci wrócili. Jest dobrze 🙂

A sukces? Tak, jak na tym obrazku na samej górze. On jest naprawdę pisany patykiem na piasku, dzisiaj jest, jutro może go nie być, bo coś go zmyje lub zmiecie. Jest też fajne polskie powiedzenie – raz na wozie, raz pod wozem. Tak to właśnie wygląda. Dobrze jest mieć tego świadomość, żeby się nie zachłysnąć 😉

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s