paraliżujący strach, obezwładniający stres

Pewnie każdy pamięta jakieś sytuacje, zwłaszcza z dzieciństwa, kiedy czegoś tak naprawdę bardzo się przestraszył. Tak bardzo,  że nie mógł się poruszyć. Nie chodzi mi o ciemny kąt w domu, do którego baliśmy się zaglądać (no bo tam po prostu się nie wchodziło), ale o konkretne zdarzenia. Ja miałam takie trzy.

Po raz pierwszy poznałam, co oznacza paraliżujący strach, gdy dopiero co nauczyłam się pływać. Było to w wakacje pomiędzy zerówką a pierwszą klasą. Z tej radości i dumy, że płynę sama, bez żadnych pływaczków czy innych wspomagaczy, zapuściłam się oczywiście za daleko. W pewnym momencie zorientowałam się, że znajduję się pod pomostem, a tam na pewno nie miałam już gruntu pod nogami. Odwaga się skończyła. Zdołałam jedynie złapać się drewnianego palika tego pomostu i … tak tam sobie wisiałam uczepiona jak małpka. Nie potrafiłam wykonać kompletnie żadnego ruchu ani nikogo zawołać.  Zaczęli mnie szukać,  a ja … nic.   W końcu zauważył  mnie tata i bezpiecznie  przyholował. Ale do dzisiaj wspomina, że musiał  się nasiłować, żeby mnie od tego pomostu odkleić. Tak byłam przykleszczona.

Drugi przypadek z perspektywy lat wydaje się bardzo śmieszny, ale zapewniam, że na tamten moment do śmiechu  mi nie było. Otóż byliśmy z moim starszym bratem i naszym wspólnym kolegą na tak zwanym szaberku na czereśniach. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że szaber to inaczej … kradzież. Ot, głupie szczenięce wybryki. Nasi rodzice nie wiedzieli oczywiście o niczym. Czereśnie były przepyszne 🙂 Ciemnoczerwone i bardzo słodkie. Ale w pewnym momencie  zobaczyliśmy, że ktoś biegnie w naszym kierunku i bardzo wyzywa. Był to oczywiście właściciel tego sadu, kipiał ze wściekłości. No w sumie, trudno się dziwić. Chłopaki jak to chłopaki – zeskoczyli z drzewa i zaczęli uciekać. Bez trudu pokonali też płot, którym ten sad był ogrodzony. A ja? No cóż … w wieku ok. dziewięciu lat miałam pewną piętę Achillesową i w zasadzie mam ją do dzisiaj. Nie umiałam bez czyjejś pomocy przechodzić przez wysokie płoty 😦 😦 😦 Tzn. podjęłam próbę pokonania tego płotu, usiadłam na nim okrakiem i … ni w tę ni we w tę 😦 A ten właściciel cały czas biegł i krzyczał. Co mi się stało na tym płocie? Oczywiście paraliż, bezruch, tak jak wtedy, gdy uczyłam się pływać. Ten właściciel, gdy zobaczył takie nieszczęście na tym płocie, to jakoś złagodniał, powyzywał jeszcze trochę, ale przesadził mnie na drugą stronę płotu, żebym mogła już swobodnie uciec. Gdybym nie była małą przestraszoną dziewczynką, pewnie by się to tak nie skończyło.

A trzeci raz? To już bardziej stres niż strach. To było w szkole muzycznej, chyba w drugiej klasie. Ja niby chciałam zapisać się do tej szkoły, przeszłam wstępne przesłuchanie,  mój talent muzyczny nie okazał się jednak  jakiś wybitny. W normalnej podstawówce uczyłam się o wiele lepiej i miałam z tym ambicjonalny problem, że z grania na pianinie – mimo starań – nie zawsze jestem w stanie dostać piątkę. Kto chodził do szkoły muzycznej, ten pamięta, że na koniec każdego semestru odbywał się egzamin z instrumentu i był to naprawdę duży stres. Dla dziecka na pewno. Tego konkretnego razu w komisji egzaminacyjnej siedziała nauczycielka, której akurat bardzo nie lubiłam. Była surowa i się jej bałam. Gdy usiadłam do pianina i położyłam ręce na klawiaturze – to te ręce kompletnie zesztywniały, miałam palce jak z drewna. Z egzaminu dostałam mierny. Do dzisiaj uważam, że ta ocena była nie fair ze strony nauczycieli. Ok, źle zagrałam. Ale doświadczony nauczyciel powinien widzieć, że coś mi się stało, że normalnie tak nie jest, że przecież się staram.  Nie byłam Mozartem, ale nie było też tak, że reprezentowałam poziom na mierny.   Tzn. generalnie uważam, że jest nie w porządku wobec dzieci, że ocenia się tylko egzamin przeprowadzony na dany dzień (ze wszystkich przedmiotów, nie tylko z muzyki), a nie całokształt pracy, że  nie daje się uczniom prawa do gorszego dnia. Jakoś ten wpływ stresu jest całkowicie wyłączony poza nawias. Jakby go nie było.

No, to sobie poopowiadałam. Co chciałam pokazać? Bardzo silną reakcję ciała na sytuacje zagrożenia, reakcję prawdziwą i niezaprzeczalną. Ten paraliż, którego ja doznałam, był całkowicie poza moją kontrolą, nie było miejsca na żadne racjonalne myślenie, żadne decyzje.  Zresztą – czego wymagać od dzieciaka. Mam też świadomość tego, że te opisane przeze mnie doświadczenia nie były jeszcze najgorsze. Generalnie miałam raczej szczęśliwe dzieciństwo. Nikt mnie nie bił, na pewno nie przeżyłam traumy przez duże T. Na szczęście. Ale i tak te trzy opisane wydarzenia pamiętam bardzo mocno. Moje ciało najwyraźniej je pamięta. Nie da się tego oszukać.

W dorosłym życiu sytuacji, w których wydaje się nam, że jesteśmy  bezpośrednio zagrożeni, jest pewnie trochę mniej.  Jesteśmy też trochę mądrzejsi i niektórych potencjalnie niebezpiecznych zdarzeń możemy po prostu unikać – np. oczywiście nie kradniemy czereśni! 😉 Jesteśmy  jednak za to narażeni  na przewlekły stres (głównie poprzez pracę, ale nie tylko), który również oddziałuje na nasze ciało. Różnica jest taka, że jest to raczej proces, a nie jednorazowa sytuacja. To nie jest jedno mocne uderzenie, tylko tysiąc malutkich.  Dlatego też symptomy, które zaczyna dawać nasz organizm, są na początku subtelne i dopiero z czasem się nasilają. Niemniej jednak one są.  Wszelkiego rodzaju napięcia mięśni, wytworzenie jakby zbroi, która ma nas chronić, trzymanie zaciśniętej pięści, aby zawsze być gotowym na ewentualny atak. W końcu pojawia się jakiś ból. To wszystko jest to, to wszystko jest stres. Naprawdę nie można wpływu stresu na organizm negować, twierdzić, że tego nie ma, że mnie to nie dotyczy. Albo inaczej – przychodzi moment, kiedy przestaje się zaprzeczać (przed sobą i innymi), że te symptomy ze strony ciała występują. I im bardziej ktoś wcześniej udawał twardziela, bagatelizował lekki, ale za to permanentny dyskomfort – tym zazwyczaj późniejsze uderzenie będzie mocniejsze 😦

Dobra wiadomość jest taka, że można coś z tym zrobić. Przede wszystkim oznak płynących z ciała nie powinno się ignorować. Oczywiście wszystkie objawy można skonsultować z lekarzem, ale jeżeli  kolejne przeprowadzane badania nic nie wykazują – warto porządnie usiąść na kanapie i zastanowić się, o co tak naprawdę chodzi. Czy nie biorę na siebie za dużo? Może zamiast kolejnego kursu wyższej produktywności kluczem do osiągnięcia dobrego samopoczucia jest REDUKCJA? Może mniej znaczy więcej? A z pewnością lepiej? No i jeżeli ciało daje nam znaki, że je zaniedbujemy – trzeba się nim zająć. Ono  o to prosi. Przecież moje ciało – to ja. Jeżeli ja nie zareaguję na jego sygnały, to kto to zrobi? Kto się o nie zatroszczy? Zapewniam, że nikt inny. Ma być zrobiona praca i tyle. Tylko to się liczy. Kogo w ogóle obchodzi, że mam jakieś bolesne napięcie karku? Mam na myśli mądrą troskę o siebie, czyli przede wszystkim sen, trochę ruchu, na bolące i napięte miejsca pomaga masaż. Warto też jak najczęściej podnosić tyłek z krzesła, ponieważ siedzenie to nowe palenie, długofalowo ma naprawdę fatalny wpływ na zdrowie.  A ponieważ na siedząco najwięcej pracujemy, to należałoby … mniej pracować 🙂 Za tę radę nasz organizm na pewno będzie wdzięczny 🙂

 

 

 

 

 

 

A może tak pośrodku?

Życie to lawirowanie pomiędzy dostępnymi opcjami. Ustawienie się gdzieś  na osi pomiędzy jedną wartością a drugą. Tematów, co do których stanowiska są spolaryzowane,  jest bardzo dużo.  Tych najtrudniejszych nie chciałabym tutaj dotykać. Nie ten blog, nie to miejsce na dyskusje o aborcji, eutanazji itd., itp.  I nie ta autorka, bo kim ja jestem, żeby wypowiadać się o tak poważnych sprawach.  Nie czuję, żebym miała legitymację do tego.

Ale weźmy sobie na przykład stosunek do pieniędzy. Z jednej strony wszyscy słyszeliśmy, że pieniądze ponoć szczęścia nie dają, no ale z drugiej – widzimy przecież,  co tak naprawdę rządzi światem. Tą drugą wartością skrajną mogłoby być:  Greed is good – Żądza jest dobra, chciwość jest dobra (Świetny Michael Douglas w filmie Wall Street). Nie znajduję się ani na jednym krańcu, ani na drugim. Ale skąd mam wiedzieć, w którym punkcie pomiędzy tymi wartościami się ustawić?

Problem polega na tym, że z najróżniejszych źródeł otrzymujemy sprzeczne komunikaty mówiące nam, jak mamy żyć. Sprzeczne albo takie dwubiegunowe – jednoznacznie określone po jednej stronie i zupełnie do niej przeciwległej.

Wracając do pieniędzy, to zauważyłam, że nawet w Biblii występuje sprzeczność co do nich.

No bo przecież: „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż bogaty wejdzie do królestwa niebieskiego”.

Ale jeżeli ktoś przeczyta sobie Przypowieść o talentach (Mt 25, 14-30), to dowie się z niej, że sługa, który nie rozmnożył powierzonej mu części majątku – został nazwany sługą złym i gnuśnym. Przypowieść jest  raczej pochwałą dość kapitalistycznej postawy.  No i bądź tu mądra.

Takich sprzecznych instrukcji na temat życia jest o wiele więcej. Niech to będzie np. planowanie i wpływ na własne życie.   No banał do kwadratu  – każdy jest kowalem swojego losu –  może bardziej chciałam w to wierzyć, niż  wierzyłam naprawdę.

Jeżeli pójdzie się na jakieś szkolenie, to wszędzie Ci powiedzą, że trzeba mieć plan. Na rozmowach kwalifikacyjnych pytają, gdzie widzimy siebie za pięć lat. A co to za durne pytanie w ogóle! Za pięć lat to ja mogę pić drinka na plaży w Honolulu, ale mogę też już wąchać kwiatki od spodu. I ta osoba, która zadała to mądre pytanie, może dokładnie tak samo.

No i jeszcze ten kultowy cytat na szkoleniach: Jeśli nie wiesz do jakiego portu płyniesz, żaden wiatr nie będzie właściwy”

Ale z drugiej strony słyszymy: Navigare necesse est. Żeglowanie jest koniecznością. I nie chodzi tu o żeglowanie według ściśle określonego kursu, do dokładnie obranego portu, lecz raczej o takie  go with the waves –  czyli o poddanie się nurtowi i wiatrom,   o pozwolenie  poprowadzić się tam, gdzie ten nurt i wiatry zaniosą. Tylko tak można odkryć coś nowego. Coś, co będzie o wiele piękniejsze  niż ten wyznaczony port, do którego planowaliśmy dotrzeć. Że ryzyko? Tak, ryzyko zawsze jest wpisane w to, co jest nowe i nieznane. Że może się nie udać? Może.

Którą strategię wybrać? Czy w ogóle jest sens planować? Na szkoleniach powiedzą, że tak. Ale przecież  znamy też to: chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach.

Ja akurat (na etapie, którym jestem)  zgadzam się z Johnem Lennonem, który powiedział:  Życie jest tym, co się wydarza, kiedy Ty jesteś zajęty robieniem innych planów.

I to się tylko tak nam wydaje – każdy sobie rzepkę skrobie,  każdy orze jak może. Jak dobrze się postara, to będzie miał to pole dobrze zaorane.  A na koniec okazuje się, że to wcale nie my ten pług prowadziliśmy. Taki psikus 😉

A zatem mamy w ogóle nic nie planować? No tak całkiem też się chyba nie da. Mogę zaplanować np. obiad na niedzielę 😉 Żart 😉 Każdy trochę planuje. Ale ani bardzo szczegółowa rozpiska na życie, ani całkowity brak jakiegokolwiek planu nie są dobre.

Kolejnym przykładem  niech będzie  to wyświechtane: dla chcącego nic trudnego, yes, you can,  a w bardziej wyrafinowanej wersji: Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat działa potajemnie, by udało Ci się to osiągnąć – Paulo Coelho

Ile osób się na to nabrało! Nie twierdzę, że nie warto mieć marzeń. Ale najgorsze jest to, że gdy się nie uda – te same osoby, które zachęcały do zrobienia tego odważnego kroku potrafią powiedzieć: nie trzeba było porywać się z motyką na słońce.

I w tym kontekście bardzo właściwa jest Mickiewiczowska rada: mierz siły na zamiary. Można mieć ambitne cele, ale trzeba bardzo dobrze przygotować się do ich realizacji. Jeżeli sił jest za mało – czasem lepiej jest jednak odpuścić. Po co w ogóle jest mówić, że nie ma rzeczy niemożliwych. Oczywiście, że są.

Bardzo nie lubię sytuacji, kiedy trzeba się zero – jedynkowo określać. Bo życie ma całe spektrum   odcieni szarości, wcale nie jest czarno – białe.  Wolę mieć suwak i ustawić go gdzieś pomiędzy jednym biegunem, a drugim. Tylko jakieś współrzędne jeszcze by się przydały 😉 Ktoś może wyliczył?

Gdzie jest właściwe, prawdziwe  rozwiązanie? Istnieje ono w ogóle? Gdzie jest prawda? Co to jest ta prawda? Kiedyś ktoś chciał mieć monopol na prawdę wydając  gazetę o takim tytule. Ale bardziej ją ukradł niż miał. A może nie ma jednej prawdy. Moja prawda, Twoja prawda. Prawda leży pośrodku? Może to wcale nie jest takie głupie.

 

 

 

 

 

 

Po drugiej stronie świadomości

 

Wyobraź sobie, że w domu, do którego niedawno się wprowadziliście,  spadła komuś pokrywka od garnka i uszkodziła płytkę podłogową w kuchni. Płytka była włoska, starannie dobierana i oczywiście droga. Posłużyła tzn. powyglądała ładnie może ze dwa tygodnie a tu trach! no pękła i  odłupała się tak, że nie można jej już przykleić. Po prostu będzie już dziura w tej podłodze, w najlepszym razie jakaś prowizoryczna doklejka.  Jaka byłaby Twoja reakcja?

a) Cholera! Nie mogłeś/ mogłaś uważać!? wiesz ile ta płytka kosztowała!?  Skąd ja teraz taką wezmę!? Tego nie da się już naprawić! nie mogę na to patrzeć! wrrrrr ….. wrrrrr… wrrrrr

b) no szkoda trochę, ale to była tylko płytka, mała materialna rzecz, są w życiu o wiele ważniejsze sprawy. Wiem, że nie chciałeś/ nie chciałaś tego zrobić, ale na przyszłość możesz trochę bardziej uważać 🙂

To tylko przykład. Zdaję sobie sprawę, że dość kobiecy. Panowie mogą sobie wyobrazić, że ktoś porysował ich nowiutki samochód 😉

To bardzo smutne, ale naprawdę wiele osób zareagowałoby w sposób opisany pod literką a)  Lub w zbliżonym stylu, jeżeli chodziłoby o samochód 😉

„Pochwaliłam” się już na tym blogu, że zaliczyłam dość ciężkie życiowe doświadczenie. Zastrzegłam sobie również, że nie będę opisywać go w detalach.  Powiem tylko tyle, że było to zdarzenie losowe a nie trwający latami proces. To było już dość dawno, niedługo minie 10 lat. Udało mi się podnieść, potrafię żyć dalej a także się uśmiechać, ALE …  w zasadzie jestem innym człowiekiem. To naprawdę była taka cezura, dzieląca moje życie na przed i po.

Różnica pomiędzy „przed” i „po” polega  także na tym, że w teście, który zamieściłam na wstępie,  „przed” wybrałabym literkę a), natomiast „po” wybieram literkę b) bez żadnego cienia wątpliwości.

Co ciekawe – zmieniło się także moje postrzeganie świata, a nawet rozszerzyły mi się jakimś cudem zdolności percepcyjne. Po prostu rozumiem więcej. Np. już „po” zrobiłam moje trzecie podejście do „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa i zachwyciłam się tą książką. A przy pierwszych dwóch próbach uznałam ją za głupią i bez sensu (no młoda byłam jak podchodziłam te dwa pierwsze razy. do trzech razy sztuka 😉 ) Białoszewski? Witkacy? Mrożek? Proszę bardzo – wszystko kumam! (No prawie wszystko. Byłoby  nieskromne i nieprawdziwe, gdybym twierdziła, że rozumiem wszystko od A do Z) A przecież w liceum uznawałam tych panów za …… aż wstydzę się teraz pisać, za kogo ich wtedy uważałam. Zaznaczam też, że nie mam humanistycznego wykształcenia. Niestety.   Humanistom po przeczytaniu iluś setek książek i wierszy, zrozumienie każdego następnego tekstu przychodzi łatwiej. Ćwiczenie czyni mistrza. Dlatego ja – nie będąc humanistką – cieszę się, że nareszcie zrozumiałam Bułhakowa, Witkacego i Mrożka 🙂 Ale to tylko przykład. Generalnie chodzi mi o rozszerzenie świadomości. Czyli że humanista zrozumie różniczki? No może tak 🙂

To zostało nawet naukowo udowodnione, że trudne wydarzenia przyczyniają się do powstawania nowych połączeń w mózgu.  Ja to akurat się cieszę, że w ogóle coś tam mogę zrozumieć. Ale tak sobie myślę o tych wszystkich artystach tworzących swoje wielkie dzieła – gdyby oni czegoś trudnego nie przeżyli – te wszystkie ich dzieła by nie powstały. Nie chodzi tylko o literaturę.  Czy np. Chopin skomponowałby tak dobrą Etiudę rewolucyjną, gdyby nie przeżywał głęboko w sobie w środku upadku Powstania Listopadowego? No on akurat był tak genialny, że oczywiście mógłby napisać dobry utwór. Ale te emocje typu złość i wzburzenie są skumulowane w tej Etiudzie właśnie dlatego, że przeżywał to, co stało się z powstaniem. A w innych przypadkach? No … miłość, wiadomo 🙂 To też jest stan zmieniający świadomość i zdecydowana większość utworów o miłości nie powstałaby, gdyby ich autor się nie zakochał. Najczęściej nieszczęśliwie 😦

Z kolei taki Witkacy (ale też inni artyści)  był miłośnikiem absyntu – trunku nazywanego afrodyzjakiem jaźni. Bardzo silny alkohol z domieszką jeszcze innych substancji psychoaktywnych musiał powodować, że pisało mu się jakoś … łatwiej 🙂 I taki zwykły czytelnik, aby zrozumieć, co autor miał na myśli … też chyba musi swoje zdolności percepcyjne podrasować.  Bez tego po prostu nie doskoczy.  Czy zalecam picie absyntu? Nie, na pewno nie. Czy polecam trudne doświadczenia jako sposób na zmianę świadomości? NIE!

Ale dlaczego czasami musi się coś stać, żeby rozumieć więcej?

Ja naprawdę nie jestem jakaś wyjątkowa. Często myślimy o sobie, że jesteśmy, ale to nieprawda, powielamy ciągle utarte schematy. To zdarza się w ogóle bardzo często. Np. ktoś bardzo dużo pracuje, w końcu dostaje zawału i po tym zawale staje się zupełnie innym człowiekiem. Nie chodzi tylko o to, że musi o wiele bardziej uważać na swoje zdrowie. Taka osoba robi się o  wiele bardziej empatyczna, zmienia swój stosunek do ludzi na łagodniejszy, mniej surowo ocenia, być może nawet zaczyna pomagać innym ludziom i/lub zwierzętom.

To następne pytanie – CZY naprawdę musi coś się stać, aby ktoś się zmienił?

I tu moja odpowiedź również brzmi: NIE

Ja akurat byłam osobą, która wszystko musiała mieć pod kontrolą. Uważałam, że wszystko robię dobrze. A skoro wszystko robię dobrze, to rezultat powinien być taki, jakiego się spodziewam. Proste, prawda? My niestety jesteśmy tak uczeni, stymulowani. Musisz mieć wszystko zaplanowane i rozpracowane. Jeżeli będziesz trzymał(a) się planu, to za X czasu będziesz w punkcie B.  Tylko, że życie to nie funkcja i dlatego  tak to  nie działa. Człowiek myśli, Pan Bóg kryśli. Jeżeli ktoś nie wierzy, może sobie wstawić, co mu się podoba. Że kryśli.

I niestety teraz naprawdę uważam, że to właśnie takim osobom, jaką ja też wcześniej byłam – czyli tym starającym się kontrolować wszystko-  nosek zostaje czasem przytarty przez los. (Ale też nie zawsze, nie jest tak, że musi się tak stać).

A wystarczyłoby nie uprawiać skoku o tyczce ukręconej z własnego ego 🙂 Wystarczyłoby nie nakręcać się na błędnie pojmowany sukces 🙂 Wystarczyłoby poczytać sobie antycznych filozofów, co oni mieli nam do powiedzenia. Bo mieli naprawdę baaaaardzo mądre rzeczy. (mój ulubiony filozof – Marek Aureliusz, polecam). Wystarczyłoby otworzyć się na to, co przynosi życie, zamiast upierać się, że sami wiemy lepiej 🙂

Czyli wystarczy być … mądrym „przed”, a nie „po”.  I wtedy niekoniecznie potrzebne są katastrofy, abyśmy coś zrozumieli. W moim przypadku okazało się akurat, że jestem jak typowa Polka/ typowy Polak. Mądra/ mądry „po”

Tak w zasadzie to miał być tekst o Świętach. A wyszło mi, co wyszło.

Z całego serca życzę wszystkim czytającym ten tekst, abyście byli mądrzy „przed”  🙂

A wtedy wszystko samo dobrze się ułoży 🙂

Lena

 

 

 

 

 

 

 

Określasz siebie i innych poprzez pracę? To przestań

Kim chcesz być, jak będziesz duża/duży?

Pamiętacie to pytanie z dzieciństwa? Udzielane odpowiedzi były bardzo ciekawe – z przewagą oczywiście astronautów i strażaków 😉 Chociaż ja akurat pragnęłam zostać ekspedientką i prowadziłam w domu świetnie funkcjonujący sklep, w którym za fałszywe pieniądze można było udawać, że się kupuje 😉 Zwróćcie jednak uwagę, że oczekiwaną odpowiedzią na stawiane dziecku pytanie był zawód, który chciałoby ono wykonywać w przyszłości. Tylko niby skąd to biedne dziecko ma coś takiego wiedzieć!!!? Co jednak na pewno z dzieciństwa się utrwaliło to to, że zawód jest ważny.

Zdążyliśmy dorosnąć, ale tak za dużo to się nie zmieniło. Bo gdy kogoś poznajemy, jednym z pierwszych pytań jest: czym się zajmujesz? To zasadzie to samo pytanie co  „kim jesteś”, tylko zadane może nie aż tak bezpośrednio. A i odpowiedź może być troszkę bardziej rozmyta 😉 To co robimy, określa nas. Potwierdza status lub jemu zaprzecza. Potwierdza przynależność do grupy lub z niej wyklucza. W pół sekundy rozstrzyga o tym, czy warto z nami rozmawiać, czy raczej szkoda czasu, bo ta znajomość na nic się nie przyda.

Trzeba być kimś albo jeszcze lepiej Kimś pisanym z dużej litery. Bo takim Kimś wszyscy się zachwycają. On jest wziętym adwokatem, och och och. Jest bardzo znanym lekarzem. Brawo brawo. Jest biznesmenem i ma dużo pieniędzy. O jeju jeju jeju.  Czasami wykonywana profesja wystarczy do głoszenia peanów na czyjś temat. I nikt już nie wchodzi w takie szczegóły, czy ta osoba jest przy okazji … dobrym człowiekiem.

Żeby mnie ktoś przypadkiem opacznie nie zrozumiał – ten tekst nie ma być manifestem lenistwa i głupoty. Że najlepiej jest nic nie robić i w ogóle się nie starać.  Jeżeli ktoś ma zdolności, predyspozycje i chęci – niech sobie będzie bardzo dobrym prawnikiem, lekarzem, biznesmenem, architektem, artystą  itd. itp. Ale nie powinno być tak, że tylko i wyłącznie to się liczy.

A kim będę, jak nie będę kimś? 😉 Będę nikim? Myślę że to jedna z większych bzdur funkcjonujących w zbiorowej  świadomości. Każdy jest kimś. Już w chwili narodzin  jesteśmy kimś.  Sobą.  Kilka dni później mamy już oficjalnie nadane imię, nazwisko, ba! nawet PESEL. Obywatelstwo jeszcze mamy na starcie. To wszystko nic?

Niestety na siłę wkładane nam jest przekonanie, że kimś to dopiero mamy szansę zostać. Z akcentem na szansę. Bo jak jej nie wykorzystamy, jak nie będziemy się starać, to będziemy właśnie nikim. Nikt nas nie będzie szanował. Nikt nie będzie chciał z nami rozmawiać. Albo będziemy się zadawać i rozmawiać z samymi takimi „nikimi” …

Zwróćcie uwagę, że w zasadzie wszystkie dzieci są fajne. One naprawdę potrafią zaskoczyć, że są takie mądre jak na swój wiek, takie kreatywne, takie rozgarnięte. Wszyscy się nimi zachwycają takimi, jakie po prostu są. Potem  idą do szkoły i coś się z nimi dzieje. Bardzo często zamykają się w sobie, bo wiedzą a raczej czują, że oczekuje się teraz od nich przede wszystkim dobrych ocen. A to, co gdzieś im głęboko w duszy gra, ma stopniowo coraz mniejsze i mniejsze znaczenie. Nawet jeżeli  obecnie nie nosi się już w szkole mundurków, to nakłada się uczniom mundurek mentalny. Każdy mundur ma za zadanie ujednolicać. Już nie jest się sobą, tylko pełni się określoną funkcję. Mundur to inaczej uniform. Patrząc na etymologię tego słowa wszystko staje się jasne: uni- form. Jedna forma. Do tego taka, jaka jest pożądana. No i wyrastają potem tacy sfrustrowani młodzi dorośli, będący idealnym produktem spełniającym systemowe oczekiwania. A kim tak naprawdę jest ten młody człowiek i co on chciałby w życiu robić? Co to kogo obchodzi.

Teraz będzie dygresja. Akurat o Żydach.  Tylko, żeby nie było – mój stosunek do Żydów jest całkowicie i absolutnie neutralny. Na pewno nie można odmówić im pracowitości.  Jacek Kaczmarski w piosence „Opowieść pewnego emigranta” śpiewał coś takiego: „Bo ja chciałem być kimś, bo ja byłem Żyd. A jak Żyd nie był kimś, to ten Żyd był nikt. (…) bankierom i skrzypkom nie mówią – ty żydku.” Te słowa dobrze obrazują ogromną determinację, dlaczego oni tak bardzo się starali coś osiągnąć. I dlaczego w przedwojennej Warszawie zdecydowana większość prawników i lekarzy to byli Żydzi. Bardzo chcieli dzięki wykształceniu się wywindować, osiągnąć inny status, przestać być nikim. Te starania i przykładanie dużej wagi do nauki pokazuje też nasza wspaniała noblistka Olga Tokarczuk w „Księgach Jakubowych” (właśnie czytam :-))

Czyli wyłazi na wierzch problem niskiego poczucia własnej wartości. Czy w naszym społeczeństwie jest inaczej? Chyba nie za bardzo. Jeżeli ktoś  nie czuje się niedowartościowany, to nie będzie wywierał presji, żeby zdobywać jakieś Mount Everesty. Ani na siebie, ani na swoje dzieci. A wszędzie widać, że presja jest ogromna.

To, jaki zawód ktoś wykonuje, nie jest najważniejsze. Miarą człowieka powinien być jednak stosunek do innych ludzi. Jak ktoś traktuje innych, jak się do nich odnosi. Zaryzykuję też stwierdzenie, że określanie się przez pryzmat pracy jest bez sensu. Przecież w pracy i po pracy – to jestem ta sama JA. Nie ma dwóch różnych kobiet. I nawet takie spojrzenie – ta sama osoba pełniąca dwie różne role – zawodowo i prywatnie – też nie jest zbyt fortunne. Najlepiej byłoby, żeby to wszystko było połączone i  spójne, przy czym na pierwszym miejscu powinien być człowiek, a nie jego PRACA. Może dlatego ten osławiony work life balance jest coraz częściej wypierany przez work life integration, chyba zaczynam rozumieć 😉  Widać też, że w ludziach coś pęka. Dziwnym trafem bardzo często ma to miejsce w przedziale wiekowym 35-40 😉 Oczywiście z jakimś tam marginesem. Może rzeczywiście jest to ostatni  moment, kiedy można jeszcze coś zmienić. Aby w końcu zająć się czymś, co przynosi może nawet mniej pieniędzy (chociaż wcale nie zawsze musi tak być), daje za to radość i prawdziwe spełnienie.  Później może być już trudniej i trudniej, aż w końcu snucie planów na prawdziwą zmianę stanie się bezprzedmiotowe.

No i trzeba pamiętać słowa Oscara Wilde’a: Bądź sobą. Wszyscy inni są już zajęci.

Wciskanie  się na siłę w jakieś wyznaczone rynkowo i społecznie role, trzymanie fasonu za wszelką cenę, kupowanie kolejnych atrybutów podkreślających przynależność do jakiejś grupy  – wcześniej czy później odbije się czkawką, jeżeli to wszystko tak naprawdę nie jest takie MOJE.

 

A wszyscy niby tacy mądrzy

Żeby było jasne – ten tekst jest też o mnie. Popełniłam całe mnóstwo życiowych błędów. Dobre stopnie w podstawówce absolutnie mnie przed nimi nie uchroniły. A być może nawet do popełnienia niektórych z nich popchnęły. Zresztą – żaden ze mnie geniusz, nie grozi mi takie określenie.  Tak się jednak zastanawiam – dlaczego nie wyciągamy wniosków z błędów popełnianych przez innych, tylko musimy popełniać swoje. Dlaczego czasami dajemy się  w codziennym życiu zmanipulować i oszukać jak małe dzieci, mimo że w swojej dziedzinie możemy być cenionymi specjalistami. Dlaczego ignorujemy wnioski, do których doszła już jakaś mądra głowa i zostawiła je nam w swojej spuściźnie. (mam jednak na myśli naprawdę mądre głowy – np. antycznych filozofów, a nie wszechobecnych teraz pseudo-coachów) Albo nie słuchamy naprawdę autentycznego przesłania, które jest pokłosiem czyichś doświadczeń. Czyli ktoś już coś przerobił i naprawdę szczerze chce się z nami swoimi odczuciami podzielić.  Wydaje się, że dużo życiowych mądrości jest podanych na tacy, a mimo to gdy ktoś nas nimi częstuje – mówimy: nie, dziękuję, przecież ja wiem lepiej. Z naciskiem na JA i na WIEM.

No właśnie …

1. Stosowanie zasad logiki w codziennym życiu

Już jakiś czas temu doszłam do tego, że szkoła przygotowuje do pracy, a nie do życia. I wcale nie mam tu na myśli, że powinno być w szkole więcej lekcji z przygotowania do życia w rodzinie! 😉 Ale szkoła na pewno nie uczy, jak radzić sobie z trudnymi sytuacjami, z emocjami, z innymi ludźmi i … ze sobą. A to jest na pewno ważniejsze niż te wszystkie trudne rzeczy, które dzieciakom i młodym ludziom ładuje się do głowy. Ja np. umiałam kiedyś całkiem nieźle liczyć całki. Lubiłam te zadania. Tyle że okazały mi się one – nomen omen – całkowicie  niepotrzebne. Nic z nich już nie pamiętam! No i co z tego, że kiedyś potrafiłam je liczyć. Naprawdę wołałabym nigdy tego nie potrafić  (bo teraz i tak nie potrafię), ale za to rozumieć, dlaczego ktoś coś zrobił czy powiedział. Albo dlaczego ja coś zrobiłam  – bo często po fakcie sami nie wiemy, dlaczego coś się stało. Jakoś tak samo się stało, prawda? A w rzeczywistości najczęściej  gdzieś tkwi głęboko ukryta przyczyna takiego a nie innego zachowania …

„dobrze widzi się tylko sercem, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” – Antoine de Saint-Exupery, Mały Książę

„czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko” – Adam Mickiewicz, Romantyczność

I tak sobie myślę, że szkoła robi nam jednak dużą ałkę.  Bo logiczne myślenie jest bardzo premiowane. Bo uczniowie osiągający dobre wyniki z przedmiotów ścisłych są jednak uważani za tych trochę „lepszych”.  Bo przecież ta matematyka taka trudna, więc jak ktoś ją rozumie to jest kurcze gość! Zresztą nie chodzi  tylko o  matematykę,  wszechobecne testy też rozwiązuje się teraz głównie na logikę. Tylko że … stajemy się tym, co robimy. To tylko kwestia czasu – nie ma na to mocnych.  I jeżeli podczas całej edukacji a potem w pracy skupiamy się głównie na tym,  co z czego wynika, co da lepszy rezultat – krok w lewo czy krok w prawo –  to siłą rzeczy przenosimy te zasady na prywatne życie. I potem też kalkulujemy   – czy mi się to opłaca, co ja z tego będę miała. Przykre to, ale niestety tak jest.

A gdybyśmy zamiast rozumu o wiele częściej słuchali intuicji? Pewnie nie opłacałoby się to aż tak bardzo w rozrachunku finansowym, majątkowym czy nawet społecznym – ale na koniec życia stwierdzilibyśmy, że jednak jesteśmy na plusie. Tylko niekoniecznie tak łatwo kwantyfikowalnym.

„Intuicyjny umysł jest świętym darem, umysł racjonalny jest jego wiernym sługą. Stworzyliśmy społeczeństwo, które szanuje sługę, a zapomina o darze” – Albert Einstein

2. Dążenie do osiągnięcia stabilizacji

Czy ktoś potrafi mi wytłumaczyć, dlaczego tak bardzo pragniemy stabilizacji i chcielibyśmy ją osiągnąć jak najszybciej?

A gdzieś po drodze słyszeliśmy przecież te cytaty:

„Większość ludzi umiera w wieku  dwudziestu pięciu lat tylko z pochówkiem czekają do siedemdziesiątki”  – Benjamin Franklin

„Stabilizacja motylka to szpilka” – Jan Sztaudynger

A to już zasłyszane w jakimś filmie:  Zapisem życia jest elektrokardiogram. Dosłownie, ale też w przenośni. Jeżeli linia przypomina zygzak – oznacza to, że żyjemy. A jeżeli linia jest prosta, jeżeli mamy constant – to jesteśmy martwi.

I co? I pstro. A może dotyczy to innych, ale nie mnie? Oczywiście. Jak zawsze 😉

No ja domyślam się, że z tą stabilizacją tak naprawdę chodzi o zapewnienie sobie poczucia bezpieczeństwa. Bo bezpieczeństwo to jedna z podstawowych potrzeb człowieka. Tylko że starając się za bardzo – jesteśmy już tak stabilni i bezpieczni, że nie czujemy już nawet, że żyjemy. I to prawda, co mówią te cytaty, że stabilizacja uśmierca. W wielu aspektach, z wyjątkiem fizycznego.

3.  Ciągły pośpiech

I tutaj też niby wszystko wiemy:

„Spiesz się powoli” – Oktawian August

„Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy” – to powiedzenie nie wiem skąd się wzięło, ale trzeba przyznać, że jest niezłe!

„W życiu jest coś więcej do zrobienia niż tylko zwiększać jego tempo”  – Mahatma Ghandi

No i co z tego, że znamy te cytaty? NIC. Miliony ludzi pędzą co rano do pracy i skupiają się na osiąganiu celów- wyznaczonych przez siebie i/lub przez innych, celów ważnych lub tak niekoniecznie. Gdy uda się ten cel osiągnąć, są z siebie dumni i oczywiście mogą sobie wyznaczyć kolejny. Tylko trochę trzeba podbiec do niego. Jeszcze tylko troszkę, jeszcze tylko ten jeden cel …

Do mnie przemówił jednak inny cytat:

„Kiedy się spieszysz, nic nie widzisz, nic nie przeżywasz, niczego nie doświadczasz, nie myślisz! Szybkie tempo wysusza najgłębsze warstwy twojej duszy, stępia twoją wrażliwość, wyjaławia cię i odczłowiecza.” Ryszard Kapuściński

No i oczywiście ten:

„Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą.”  Jan Twardowski

To chyba jedyny przypadek, kiedy spieszyć się trzeba! To ważniejsze niż spieszyć się na autobus. Gdy autobus ucieknie  – przyjedzie następny. Naprawdę! A człowiek już nie.

Tak naprawdę wszyscy dążymy do jednego miejsca i akurat tam to mi się za bardzo nie spieszy. Kiedyś tam oczywiście dotrę, ale przynajmniej nie chciałabym przeoczyć wielu ważnych i pięknych rzeczy po drodze.

Jeżeli mogę powiedzieć, że w którymś punkcie zmądrzałam – to chyba właśnie w tym. Udało mi się znacznie zwolnić. Ale tak poza tym to … cały czas się uczę 😉

Ponieważ od jakiegoś czasu odczuwałam bardzo dużą potrzebę zagłębienia się w tę tematykę – dlaczego jest taka rozbieżność pomiędzy mądrością książkową a życiową – zapisałam się teraz od października nawet na studia podyplomowe na Uniwersytecie SWPS – psychologia w biznesie. Bardzo się na ten rozdział w moim życiu cieszę! Przede wszystkim mam nadzieję, że poznam ciekawych ludzi, z którymi będzie można sobie intrygująco porozmawiać. Rozmawiam też dużo z moimi klientami i tak jakoś ostatnio wspólnie z nimi przy kawce zauważyłam, że podczas ich służbowych przecież  wizyt u mnie coraz mniej rozmawiamy o podatkach (a jestem ciągle jednak jeszcze doradcą podatkowym), a coraz więcej o życiu. I że dobrze nam się rozmawia. A kiedyś tak nie było, bo załatwialiśmy sprawy formalnie i do widzenia. Ale widzę, że oni też mają potrzebę porozmawiać. Po iluś latach odhumanizowanej pracy, ten człowieczy pierwiastek, który przecież w nas siedzi – bardzo chce wyjść na zewnątrz. I tak jest dobrze chyba?

 

 

 

 

 

 

odspawaj się od krzesła

 

Napisałam już jeden chyba nie najgorszy tekst na ten temat:

https://ecolessstress.wordpress.com/2018/04/22/40-lat-za-biurkiem-jak-to-wytrzymac/

No ale zawsze można coś dodać. Siedzenie to nowe palenie – tak stwierdzili amerykańscy naukowcy, a oni wiedzą przecież zawsze najlepiej 😉 W tym przypadku trzeba się jednak z nimi zgodzić, ponieważ siedzenie po prostu skraca nasze życie.  Najszybciej negatywne skutki siedzenia odczuwa kręgosłup,  w pewnym momencie zaczyna po prostu boleć. Boli – czyli ostrzega. Ostrzega, że coś jest nie tak, że powinniśmy coś zmienić, że powinniśmy chociażby wstać albo trochę się przejść. A co robimy? Siedzimy w pracy dalej, bo trzeba dokończyć raport, opinię czy pismo. Niestety  długotrwałe siedzenie może wywołać naprawdę poważne skutki:

– przyczynia się do spowolnienia metabolizmu, co przekłada się oczywiście na wzrost wagi

– upośledza krążenie krwi i limfy. Przez to komórki nie są dostatecznie dotlenione i odżywione, ale również nie działa w należyty sposób detoksykacja całego organizmu

– długotrwałe siedzenie jest jednym z czynników łączonych ze wzrostem zachorowań na cukrzycę  a także niestety na nowotwory

Zresztą nie będę tu medykować, bo to nie moja działka. Każdy może sobie sprawdzić w google, co mu grozi, jeżeli będzie spędzał na siedząco 9-10 godzin dziennie, a do tego nie będzie się ruszał, żeby skutki siedzenia przynajmniej w części zniwelować. Wydaje mi się, że kiedy powstaje w nas dyskomfort z powodu siedzenia – to już jest dobrze. Czy można odczuwać dyskomfort z powodu siedzenia w komfortowym- jak zapewniają producenci-  fotelu? Można. Dyskomfort w głowie. Bo każdy sposób spędzenia czasu w inny, tj. aktywny sposób będzie dla nas lepszy.  Te biurowe krzesła czy fotele – no one zbyt wygodne nie są i raczej każdy po ośmiu czy dziewięciu godzinach marzy o ich opuszczeniu. Ale fotele samochodowe czy niektóre kinowe – już tak. I tu można zadać sobie pytanie – czy z pełną świadomością wybieram taką właśnie formę spędzenia czasu. Mam na myśli takie sytuacje, kiedy nie wiemy za bardzo co ze sobą  zrobić i wtedy przychodzi do głowy pomysł – a może do kina? Świetnie! Jeżeli wartościowy film – oczywiście proszę bardzo. Ale czasem naprawdę w repertuarze kinowym nie ma nic specjalnego (no są takie tygodnie, gdy wieje nudą) i wybieranie takiej rozrywki tylko i wyłącznie dla zabicia czasu jest trochę słabe. Nie wyjdziemy z sali kinowej jakoś szczególnie ubogaceni, a przede wszystkim będą to kolejne w naszym życiu godziny spędzone na siedząco. Do kina czy na film? Zdecydowanie na film!  A jeżeli żadna pozycja z repertuaru nam nie odpowiada, a jednocześnie odczuwamy ogromną potrzebę wyściubienia nosa z domu? Jest dostatecznie wiele innych możliwości: spacer, rolki, fitness, rower, ścianka wspinaczkowa, basen, a nawet wybranie się po zakupy na piechotę. Co tam komu pasuje.

Akurat moje problemy z motywacją, żeby ruszyć się  z domu rozwiązuje pies. Jemu nie mogę powiedzieć, że mi się nie chce i najchętniej to bym sobie posiedziała przed telewizorem albo przed komputerem. Po prostu nic go to nie obchodzi i egzekwuje swoje niepodważalne prawo do spaceru. Dlatego  zrobienie tych zalecanych 10 000 kroków latem, a 5000 kroków zimą naprawdę nie jest dla nas specjalnym wyzwaniem. (Kroki oczywiście moje, a nie psa. Dla niego jeszcze nie mam appki 😉 ) Zdecydowanie polecam takie rozwiązanie – zwłaszcza osobom, którym wydaje się, że te 10 czy nawet 5 tysięcy kroków dziennie to dużo. Naprawdę tak się tylko wydaje. Oczywiście – decyzja o przygarnięciu psiaka musi być zawsze bardzo świadoma, ponieważ wiąże się z dużą odpowiedzialnością, a także z dopasowaniem swojego rytmu dnia do zwierzaka (takie 9,5 godziny to już naprawdę maksimum, kiedy pies może być zamknięty w domu. Staram się nie przekraczać ośmiu). Generalnie jednak plusy na pewno przeważają nad minusami.

A kiedy pada intensywny deszcz i już w tym domu siedzimy? Też naprawdę nie trzeba wyłącznie zalegać na kanapie przed telewizorem lub zgłębiać zakamarków Internetu. Mata do ćwiczeń czeka zrolowana w kącie i prosi, żeby ją rozłożyć 😉

Jest też bardzo ciekawe,  że kiedy zapytano mieszkańców Okinawy (to taka japońska „wyspa stulatków”) jaka jest ich recepta na długowieczność, to oni odpowiadają, że :   1. nie najadają się do syta,  2.  zachowują pogodę ducha  3. nie zaprzestają aktywności w zasadzie do samego końca. Bardzo wielu z nich w ogóle nie przechodzi na emeryturę! Jakoś nie posądzam tych stuletnich Japończyków o regularne odwiedzanie klubów fitness. Oni po prostu są umiarkowanie aktywni na co dzień przez  całe życie, wykonują proste fizyczne prace zamiast siedzieć za biurkiem.  I tak jest na pewno zdecydowanie zdrowiej, niż spędzać połowę każdego dnia (w pracy i po pracy) na siedząco, ale za to dwa razy w tygodniu forsować się na siłowni. Oczywiście – ta siłownia jako równowaga dla siedzącego trybu życia  i tak jest dużo lepsza niż nierobienie nic.

Generalnie chodzi mi o to, że gdy tylko możemy – powinniśmy tego siedzenia unikać. Że lepiej jest nawet chwilę sobie postać zamiast od razu robić siup na krzesło czy fotel. Takich sytuacji jest całkiem sporo: w urzędzie, w autobusie i tramwaju, w kolejce do lekarza czy w każdej innej recepcji. Jasne, że to wolne miejsce kusi, zwłaszcza gdy jesteśmy zmęczeni. Ale trzeba mieć świadomość, że siedzimy i tak dużo za dużo.

A nawet w biurze, w którym wydaje się, że siedzimy już w nim jak śliwka w kompocie, też można coś zrobić. Można np. ustawić drukarkę na tyle daleko od biurka, żeby za każdym razem trzeba było podnieść tyłek z krzesła, aby wziąć wydruk. Można przejść się do pokoju obok i omówić sprawę z kolegą/ koleżanką zamiast telefonować lub wysyłać e-mail. Można zaproponować zorganizowanie wewnętrznego szkolenia i zgłosić się do jego przeprowadzenia (osoba prowadząca szkolenia zazwyczaj stoi i trochę chodzi, w przeciwieństwie do słuchaczy, którzy dalej po prostu siedzą). Czyli można pisać się na takie inicjatywy, które akurat z tym siedzeniem związane nie są. To wszystko jest kwestią nastawienia i świadomego wdrożenia pewnych działań.

Tak sobie myślę, że np. osoby które mają już trochę wyższą pozycję w firmie często robią sobie dużą krzywdę prosząc pracowników o przyjście do siebie do gabinetu, zamiast samemu do nich się pofatygować. To wzywanie na tzw. dywanik jest pokazaniem miejsca w hierarchii, na pewno karmi ego takiego przełożonego, ale za to szkodzi jego zdrowiu. Gdyby wstał i przeszedł się kilka kroków – jego organizm na pewno by mu podziękował. Czy jest szansa, żeby to zmienić w polskich przedsiębiorstwach?

Gdy już jesteśmy przy biurze – do tematu można by podejść oczywiście systemowo i wymienić np. wszystkie biurka na takie z regulowaną wysokością. Czyli takie, które można ustawić tak, aby można było wykonywać przy nim pracę raz na siedząco, a raz na stojąco. No tylko, że … takie biurko jest ok. 4 razy droższe niż zwykłe. Czy pracodawcy przyjmą entuzjastycznie propozycję zakupu regulowanych biurek dla wszystkich pracowników?  No trochę wątpię, niestety.

Jeżeli ktoś sam ustala swoje warunki pracy, oczywiście może pomyśleć nad zakupem takiego biurka (koszt ok. 2.500 zł). I ja nawet nosiłam się z myślą, żeby takie cudo sobie sprawić, ale u mnie problem jest akurat innego rodzaju 😉 W kwestii biurka jestem trochę jak Albert Einstein, któremu zarzucano nieuporządkowanie. Jego odpowiedź była oczywiście bezcenna:    „Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko?”  No właśnie – żeby to biurko zgrabnie podnieść i przy okazji nic z niego nie pospadało – powinno być w miarę puste, a do tego odpowiednio muszą być zainstalowane wszystkie kable. I tak jakoś odpuściłam sobie ten pomysł. Jest jednak skromniejsza i tańsza alternatywa dla biurka z regulowaną wysokością, a mianowicie pulpity do pracy na laptopie. Oczywiście na stojąco. Przy takim pulpicie pracuje się na WiFi i bez żadnych kabli. Chociażby z tego powodu nie jest to rozwiązanie do pracy przez cały czas, a jedynie dorywczo – właśnie wtedy, gdy ktoś będzie chciał zmienić pozycję. Oznacza to też, że nie musi być tych pulpitów tyle, ilu jest pracowników. I to może być argument dla pracodawcy, żeby chociaż kilka takich pulpitów kupić. Czuję, że sama też się skuszę 🙂    

Dobrą radę typu: zmień pracę a najlepiej ją rzuć i wyjedź,  jakoś sobie darowałam, bo wiem, co z taką radą najczęściej można zrobić 😉

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

zadowolony Syzyf? Nie, dziękuję

Jestem typową Zosią – samosią. Gdy byliśmy w przedszkolu, wówczas może i marzyliśmy, żeby być taką dzielną dziewczynką lub dzielnym chłopcem. Byliśmy wtedy chwaleni, że tak dobrze sobie poradziliśmy. Ale teraz? Dalej chcesz być taka dzielna/ taki dzielny? Nie zmęczyłaś/ nie zmęczyłeś się jeszcze? A może musisz być dzielna/ dzielny, bo nie masz innego wyjścia? Kredyt sam się nie spłaci, dzieci same się nie ubiorą i nie nakarmią, trzeba na ten cały majdan jakoś zarobić.

Nie jeden raz miałam poczucie, że jestem Syzyfem. Gdy tylko skończyłam pracę nad jakimś zleceniem, od razu bez żadnej przerwy musiałam zabierać się za następne. Albo po prostu – zamykał się jeden miesiąc, zaczynał drugi. Miesiąc, kwartał, rok. Następny i następny i następny. I tylko ja coraz starsza. Bywało też gorzej – projekty zazębiały się, zadania do zrobienia lądowały jedno na drugim. I ja temu wszystkiemu dawałam dzielnie radę. Nie sprostałam jedynie temu, żeby do tego wszystkiego, do tej ciężkiej pracy być jeszcze szczęśliwa. A przecież tak się jakoś porobiło, że nie być szczęśliwym to dzisiaj obciach.

Że byłam Syzyfem już wiedziałam. Ale żeby być szczęśliwym Syzyfem – to dopiero wyzwanie! Czy można? Odpowiem – to zależy. Pewnie są ludzie, którzy tak potrafią. Przyjmują na siebie tę rolę Syzyfa i są przy tym relatywnie zadowoleni. Rosjanie mają takie powiedzenie: Wot takaja sud’ba – ot, taki los. I przestają nawet narzekać. Jest duża doza pacyfikacji w tym zdaniu. No cóż, historia zrobiła swoje. Myślę, że my, Polacy też moglibyśmy się z tym zdaniem identyfikować, bo historia nas też nie rozpieszczała. Co więcej – taka spacyfikowana postawa jest bardzo pożądana dla całego społeczno- kulturowego systemu. Taka osoba wstaje co rano do pracy, nie wychyla się przy tym za bardzo, bo nie chce tej pracy stracić, nie buntuje się, woli nie ryzykować. Pod skórą zawsze czułam jednak, że do tej grupy osób nie należę. No nie chcę być Syzyfem i koniec. Nie chcę być nawet zadowolonym Syzyfem! (tak na marginesie – termin „zadowolony Syzyf” bardzo mi się podoba. W sensie brzmienia tego zlepka słownego, a nie tego co oddaje. Nie ja jednak ukułam ten termin, tylko amerykańska filozofka Susan Wolf, której artykuły sobie poczytałam).

Na pewno jednak dzisiaj tak się uważa, że jeżeli ktoś nie jest szczęśliwy to jest to jego wina. Jesteśmy przecież kowalami swojego losu i to szczęście również możemy samodzielnie wykreować. W rezultacie takiej postawy – nawet jeżeli nie jesteśmy zadowoleni z własnego życia, zachowujemy się tak, jak byśmy byli. Tak bardzo skupiamy się na wypracowaniu sztucznego uśmiechu, że zapominamy o uczestniczeniu w tym, co mogłoby wywołać na naszej twarzy autentyczny uśmiech. To sprawia, że całe nasze życie jest zafałszowane. Tak też nie chcę żyć. Chcę się uśmiechać po prostu, uśmiechać się szczerze, uśmiechać się jak dziecko.

Jednocześnie – no coś w życiu robić trzeba. Jeżeli ktoś ma minimalne pokłady ambicji, nie marzy o tym żeby zostać jedynie beneficjentem systemu socjalnego. Gdy ktoś nas zapyta – czym się zajmujesz, naprawdę chcemy odpowiedzieć: niczym? Potrzebujemy realnego zajęcia i chcemy je wykonywać, chcemy sami na siebie zarobić. Patrząc na sprawę z drugiej strony – kuszący jest wprawdzie styl życia influencerów publikujących dwa posty miesięcznie, wycenionych po kilkanaście/kilkadziesiąt tysięcy każdy. Ale czy to nie jest jednak taka trochę zabawa w życie? Czy na pewno tak właśnie byśmy chcieli? To takie ustawienie się w komfortowej pozycji, podczas gdy frajerzy muszą pracować. Po co nam studia, po co niełatwe zdobywanie kwalifikacji, uprawnień zawodowych, skoro tak naprawdę naszym celem jest przeprowadzenie się na Majorkę i dolce far niente pod palmami z drinkiem w ręku. Ten drink pod palemką czy też z palemką stał się już takim synonimem najprzyjemniejszej formy życia.

Jeżeli ktoś potrzebuje jednak poczucia sensu w życiu – sama Majorka mu nie wystarczy. Wcześniej czy później dojdzie do wniosku, że to za mało. Że to jest takie płytkie, powierzchowne, miałkie, nieprawdziwe…

Na pewno nie ma na jednej uniwersalnej recepty na życie, każdy musi znaleźć swoją. Tym bardziej uważam, że wkręcanie młodych ludzi w system (przy czym uwaga – ważna kolejność!): studia, stała umowa o pracę, ślub, kredyt hipoteczny, dzieci, duży samochód albo lepiej dwa – jest po prostu bardzo krzywdzące. Sama zostałam zresztą w taki system wkręcona. Ale powoli się wykręcam 😉 Miłej niedzieli 🙂