koncepcja new work

checklist-1266989_1280

Zostałam zaproszona na konferencję na temat new work. Termin zabrzmiał dla mnie enigmatycznie, bo przecież nie mogło chodzić o tłumaczenie tak banalne, że aż boli. Nie szukam pracy, nie myślę o zmianie zawodu. Ostatecznie na konferencję nie pojechałam, ale dostałam z niej materiały i okazało się, że to naprawdę coś nowego! Przynajmniej dla mnie.

New work to cała nowa koncepcja, trochę kolejny krok po osławionym work life balance, które powoli odchodzić będzie do lamusa. W sumie zawsze byłam dość zachowawcza wobec tego work life balance. Jeżeli kalendarz zapełniony jest terminami zaznaczonymi na czerwono, to nie mam przycisku w głowie, żeby myśli o tych terminach o 18-stej wyłączyć i poświęcać swoją uwagę tylko prywatnym sprawom. Z zastrzeżeniem oczywiście, że musi to być od razu quality time, bo inaczej  się nie liczy.  Przynajmniej mi się to tak nie przestawiało.

New work jest za to odpowiedzią na wkraczającą wielkimi krokami do naszego życia digitalizację. Raczej nie powstrzymamy tego procesu.  Wszelkim protestom przed przejmowaniem kolejnych czynności przez komputery, automaty i roboty wróżę taką samą szansę na powodzenie jak protestom tkaczek ręcznych w XIX w., gdy wprowadzano mechaniczne krosna.   New work uwzględnia także inne czynniki, jak np. globalizacja czy starzenie się społeczeństwa, digitalizacja i automatyzacja są jednak tymi najważniejszymi czynnikami. Zawierają się tu też takie terminy jak przemysł 4.0, pojazdy autonomiczne, sztuczna inteligencja itd.

O ile o wyzwaniach, jakie niesie ze sobą digitalizacja, słyszałam głównie w kontekście  bezwarunkowego dochodu gwarantowanego, to nie bardzo słyszałam/ czytałam dyskusje o tym, jak będzie wyglądało życie tych, którzy na rynku pracy pozostaną.

No bo właśnie, jak już całą naszą pracę przejmą komputery i automaty – to co będziemy robić? Jak wytłumaczyć dzieciom, że zawodów o wykonywaniu których marzą, najprawdopodobniej nie będzie, gdy skończą one szkołę? A idąc dalej – po co w ogóle chodzić do szkoły?! Ja chciałam być ekspedientką, a mój brat kombajnistą. I mimo że nie zrealizowaliśmy naszych dziecięcych planów, to można było sobie siebie wyobrazić, można było się w te przyszłe role bawić! A teraz? Jak przekazać dzieciom, że tak w zasadzie nic nie wiadomo?  To w kogo one mają się bawić? 😉 Biedactwa 😉

New work przynajmniej podejmuje próbę odpowiedzi na pytania, na czym to zawodowe życie będzie w przyszłości polegało. Ponieważ digitalizacja jest stopniowym procesem i cała ta zmiana nie dokona się z dziś na jutro, już jest możliwe wprowadzanie niektórych elementów koncepcji. A należą do nich np.:

  • poczucie sensu tj. wykonywanie tylko takiej pracy, która ma sens w ogóle i ma sens dla mnie (np. prawdziwe tworzenie czegoś zupełnie nowego, ale też np. pomoc innemu człowiekowi, czy wykonywanie czegoś pięknego – np. muzyki)
  • możliwość elastycznego kształtowania czasu i warunków pracy (czyli trochę to będzie szło w kierunku zbliżonym do freelance – tyle, że dla prawie wszystkich)
  • zarabianie pieniędzy przede wszystkim na realizację własnych celów i marzeń, ponieważ zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych typu jedzenie, ubranie i mieszkanie nie powinno stanowić żadnego problemu
  • inna organizacja pracy – skupiona przede wszystkim na projektach, a nie na czasie pracy do odsiedzenia
  • zniesienie smukłych struktur zarządzania (czyli takich, gdzie pracownik ma team leadera, a ten ma kierownika, ten z kolei ma dyrektora, a dyrektor jeszcze ma kogoś nad sobą)
  • większy szacunek dla osoby wykonującej pracę oraz docenienie jej kwalifikacji i wkładu, czyli autorytarnym szefom mówimy już dziękujemy 😉

Oczywiście, że całe to new work jest trochę taką utopią. Nie mam jednak nic przeciwko temu, żeby praca nie była jedynie obowiązkiem, za to była przede wszystkim polem do samorealizacji. Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyniknie 🙂

Popatrzyłam sobie jeszcze raz na listę tych założeń i stwierdziłam, że według takich kryteriów jak:  poczucie sensu, samorealizacja, zarabianie godziwych pieniędzy, szacunek czy brak autorytarnego zarządzania, praca powinna wyglądać już dzisiaj. Czy wygląda? To może dobrze, że digitalizacja to w końcu wymusi? Czas pokaże …

 

 

 

 

zwierzęta domowe

IMG_0904

To jest Toudi, mój pies. Toudi jest znajdą, biegał w lesie. Nie znalazłam go sama, aż tak tkliwa historia to nie będzie. W pewnym momencie po prostu spotkały się nasze potrzeby – on potrzebował domu, a ja bardzo potrzebowałam kogoś, kim mogłabym się zaopiekować. No i tak jesteśmy ze sobą już sześć lat. Przygarnięcie Toudiego było impulsem, nie myślałam wtedy za dużo. Kocham go bardzo, ale czy po raz drugi zaprosiłabym go pod swój dach?  ….. yyyyyy ….  nie wiem.

Nie wiem, bo jestem bardzo świadoma odpowiedzialności za niego. Często myślę, że mógłby znaleźć lepszy dom. Żal mi go, bo siedzi zamknięty w mieszkaniu 8 godzin. Wiem, jak bardzo lubi biegać luzem, a w mieście jest to niemożliwe. Ponieważ  trafił mi się akurat mały awanturnik, co drze mordę i lubi coś dziabnąć (np. kreta albo jeża!)  – jestem też odpowiedzialna za to, żeby nie dziabnął kogoś. Dodatkowo – ponieważ pies jest z natury zwierzęciem stadnym, behawioryści twierdzą, że jeżeli ktoś decyduje się na posiadanie psa, od razu powinien wziąć przynajmniej dwa. Bo one zupełnie inaczej wtedy funkcjonują, po prostu bardziej są sobą. Ja wiem, że Toudi nigdy nie będzie miał w domu towarzystwa, bo nie mogę sobie na to pozwolić.

Generalnie psiak daje dużo radości – ogonek merdający tak szybko, że prawie go nie widać naprawdę poprawi humor w najbardziej podły dzień. No i gwarantowana porcja codziennego ruchu – to też korzyść nie do przecenienia. Czyli wszystko super 🙂 Czy zawsze? … no nie. Nie jest super, gdy jestem chora i muszę z gorączką wyprowadzać go  przy mroźnej pogodzie. Nie jest super, gdy szantażuje mnie, jeżeli chcę wieczorem wyjść. Łajdak jeden kładzie się wtedy Rejtanem w drzwiach i łypie na mnie szelmowsko 😉 😉 😉  Nie jest super, gdy zrobi w domu coś brzydkiego i trzeba to posprzątać. Że na beżowy dywan to już w ogóle szczegół. Nie jest super, że nie można podjąć spontanicznej decyzji o wyjeździe nawet na dwa dni, bo trzeba taki wyjazd logistycznie dograć, stawiając oczywiście na pierwszym miejscu opiekę nad Toudim 🙂

Czyli łyżka dziegciu w beczce miodu. Pewnie jak ze wszystkim. Może doszukuję się na siłę.  Ja w ogóle uważam jednak, że w Polsce trzyma się za dużo psów. Spokojnie, nie chcę fundować zbiorowej psiej eutanazji. Ale jestem przeciwna hodowlom psów (a już zwłaszcza pseudo-hodowlom) i uczynieniu z tego źródła niemałego zarobku. Czyli zamiast wydawać kilka tysięcy na rasowego szczeniaka można zaadoptować kundelka. (Jak widzicie, Toudi jest małą uroczą pokraką z krótkimi nóżkami  i taki jest dla mnie najpiękniejszy :-)) Zaopiekowany kundelek nie będzie też w niekontrolowany sposób się rozmnażał i ta psia populacja powoli, powoli, ale jednak w sposób całkowicie naturalny zmniejszałaby się i docelowo można by zamknąć schroniska. Ech, marzenie…  Jestem też przeciwna braniu psa dla zaspokojenia tylko własnych potrzeb. Jako maskotkę lub jako … no właśnie, jako co? Zapytałam raz mojego znajomego, który ma bulteriera, po co mu taki pies. Odpowiedź brzmiała: bo jak z nim idę, to nikt mi nie podejdzie. No na pewno, nikt nie podejdzie. Tylko … czego boi się właściciel?  Przecież w Polsce nie jest znowu aż tak niebezpiecznie, żeby konieczne były takie atrybuty! Chyba bardziej chodzi tu jednak o zachwiane wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa, brakujące poczucie własnej wartości i trzeba je sobie dorobić bulterierem.  No to takiemu czemuś też jestem zdecydowanie przeciwna.

Odkąd mam psa, bardziej dotarł do mnie też ten dysonans, polegający na tym, że ludzie personalizują zwierzęta domowe, kochają je i traktują jak członków rodziny, a jednocześnie jedzą mięso (ja akurat ograniczam się do kilku razy w roku, no ale jednak jem). Jakoś wypiera się ze świadomości to cierpienie fundowane zwierzętom, abyśmy mogli najeść się my i … nasze zwierzęta. Branża pet food to naprawdę spory biznes. Ponieważ jestem mocno eko, odczuwam sporą irytację, widząc  w sklepie zoologicznym np.  karmę z kangura, czy  ze strusia,  które musiały przelecieć pół świata, żeby zaspokoić podniebienie czyjegoś pupila. Czy pupil to doceni? Wątpię.  Sama zresztą nie jestem święta. Wiedząc jak bardzo  szkodliwa dla środowiska jest hodowla bydła mięsnego, sama nie jem wołowiny, ale  Toudiemu kupuję puszki … z wołowiną. Bo lubi. No i takie właśnie sprzeczności mną targają. Chyba zawsze są dwie strony medalu.

 

 

 

Zatoki

Widzę, że mój ubiegłoroczny tekst o zatokach cieszy się dużą poczytnością. I to wcale nie tu na wordpressie, ale jako wynik wyszukiwania w wyszukiwarkach. Nie dziwi mnie to specjalnie, bo temat za chwilkę, gdy mocniej się oziębi,  będzie bardzo na czasie.  A skoro już jest wyszukiwany, widocznie ktoś już we wrześniu/październiku zmaga się z zatokowymi dolegliwościami. Ja stoczyłam prawie czteroletnią batalię o zdrowe zatoki. Wygraną! Dlatego chętnie podzielę się wskazówkami, jak można sobie trochę w tej bardzo dyskomfortowej sytuacji pomóc. Tekst jest dość mocno „fizjologiczny”,  jeżeli ktoś nie ma akurat problemów z zatokami, a jest wrażliwy – to może lepiej niech nie czyta 😉

Poniżej link:

https://ecolessstress.wordpress.com/2017/12/04/zatoki-bolesna-zimowa-dolegliwosc

 

Kobieta i praca

american-3644081_1920

Oczywiście, że jestem za równouprawnieniem kobiet i mężczyzn oraz za umiarkowanym gender. Umiarkowanym, bo z „genderowaniem” – jak ze wszystkim – można się zagalopować za daleko. W ostatniej firmie, w której pracowałam, odbywało się wszystko zgodnie z zasadami gender, a polegało  to m.in.  na tym, że żaden facet nie pomógł kobiecie przynieść krzesła 😉  Do tego jeden z kolegów z uśmieszkiem konstatował – same o to walczyłyście! Owszem, inne rzeczy też były przyznawane raczej sprawiedliwie. Nie mogłyśmy narzekać na dyskryminację ze względu na płeć. Dostawałyśmy równie ambitne zadania i siedziałyśmy równo z kolegami do 19-stej lub później.

Oczywiście, że za równą pracę powinna przysługiwać równa zapłata. Ale no właśnie – za taką samą pracę. Jestem kobietą, a śmieszą mnie roszczenia kobiet o przyznanie parytetów w zarządach spółek giełdowych. Dlaczego jakoś nie słyszę żądań o ustanowienie parytetów w rzeźniach, kopalniach, czy na budowach. Jak równo – to równo. Bardzo fajne jest też powiedzenie, że równouprawnienie kończy się, gdy trzeba wnieść lodówkę na czwarte piętro. Jest w nim zawarte w zasadzie wszystko. Tak w sumie to jestem za tym, żeby te najbardziej roszczeniowe kobiety postawić na tych wysokich stanowiskach, do których aspirują. Tak na próbę. Ale po pół roku rzetelnie i bez taryfy ulgowej  rozliczyć z efektów. Bardzo ciekawe, co by wyszło z takiego eksperymentu …

Patrząc na to z drugiej strony   – obecnie stworzony jest taki wzorzec osoby profesjonalnej – czyli takiej, która wykonuje swoje obowiązki na wysokim poziomie, a to czy jest kobietą, czy mężczyzną,  nie ma przy tym najmniejszego znaczenia. Nie macie jednak wrażenia, że te wszystkie korpo działają według jednej matrycy – stworzonej przez mężczyzn i dla mężczyzn?  Te wszystkie procedury, targety, plany, schedule itd.  a potem sprawdzanie ich wykonania  – to jest takie „twarde”,  no męskie po prostu. A my, kobiety, chcąc spełnić stawiane wobec nas oczekiwania, musimy się do tego męskiego wzorca po prostu dostosować. Jest troszkę … jak w wojsku?  Trzeba wykonywać polecenia i słuchać przełożonych. Czy tylko mi się tak wydaje?

Ja w ogóle przez długi czas uważałam coś takiego za normalną sprawę, myślałam, że tak musi być i bardzo starałam się być taka profesjonalna, taka fachowa, taka zostawiająca emocje i moje prywatne sprawy za progiem firmy.  I jako ta profesjonalistka właśnie uczestniczyłam pewnego razu w spotkaniu, na którym byłam obecna ja i pięciu mężczyzn. Czyli żadnej innej kobiety. Nie, nie będę szła w tę stronę, że oni  mnie gorzej traktowali, uważali za nierówną sobie. Nie, ponieważ tak nie było. Nie było też żadnych seksistowskich uwag, też nie w tym rzecz. To raczej ja poczyniłam wtedy bardzo ważną dla mnie obserwację. Na tym spotkaniu musiało być znalezione rozwiązanie pewnego problemu i każdy poproszony został o swoją propozycję rozwiązania. Ostatecznie zostały wybrane dwie koncepcje, reprezentowane przez dwóch panów. Spotkanie przedłużało się, była już 19-sta, potem 20- sta, potem 21-sza. Przez ten czas panowie spierali się, która z tych koncepcji powinna zostać wdrożona. Tak sobie siedziałam i patrzyłam na ten ich pojedynek – werbalny i pozawerbalny. Bo te ich pozy, te miny, te gesty – to był po prostu niezły teatr. Tu już nie chodziło o znalezienie najlepszego rozwiązania, ale wyłącznie o przeforsowanie MOJEGO rozwiązania – czyli koncepcji jednego lub drugiego z panów. Chodziło o  pokonanie rywala, do tego się to wszystko sprowadzało. To właśnie wtedy pomyślałam sobie, że my, kobiety nie do końca do takiego wzorca pasujemy. Bo o tej 21-szej mi już naprawdę było wszystko jedno, która koncepcja zostanie wybrana. Ja chciałam już tylko iść do domu. A gdybym miała np. chore dziecko w tym czasie? To już w ogóle o niczym innym nie potrafiłabym myśleć. Ci faceci za to byli zaangażowani w tę rozgrywkę na 200 % mimo późnej pory. Inne sprawy dla nich na ten moment nie istniały. No i rywalizacja – oni to mają po prostu we krwi, a my niekoniecznie.  Mamy za to wrażliwość, a oni niekoniecznie 😦 To na pewno nie jest cecha specjalnie pożądana w korpo.

Krótko po tym spotkaniu stwierdziłam, że nie chcę dłużej tam pracować. Że tam po prostu nie pasuję. Nie śmiem twierdzić oczywiście, że kobiety w ogóle nie powinny pracować korpo. To zależy od indywidualnych predyspozycji, uwarunkowań, własnych oczekiwań. Sama uważam czas spędzony w korpo za ważny  etap, podczas którego bardzo dużo się nauczyłam. Ale właśnie – etap. Przez 15 czy 20 lat na pewno bym tam nie wytrzymała, bo się do tego psychicznie nie nadaję.

Teraz jestem wolnym strzelcem i dobrze mi z tym. Nie brakuje oczywiście sytuacji, gdy z kolei klienci stawiają twarde (czytaj męskie) wymagania i próbują to wyegzekwować.  Dotyczy to zwłaszcza terminów wykonania. Zawsze mówię, że są terminy i terminy. Te pierwsze to tzw. terminy zawite, których przekraczać absolutnie nie wolno, ponieważ czynność dokonana po tym terminie byłaby bezskuteczna. Te drugie terminy dotyczą sytuacji, kiedy ON (tzn. klient) coś chce, a ja mam to robić, bo on mi płaci. Miałam raz taką sytuację, że klient nakrzyczał na mnie, bo nie przesłałam mu opracowania obiecanego trzy dni wcześniej. To nie tak, że nie chciałam tego zrobić. Nie dałam rady, miałam gorszy dzień, bolała mnie głowa, nie miałam koncepcji, żeby to napisać itd. – cokolwiek. No cóż, to co wtedy odpowiedziałam temu panu dalekie było od profesjonalnych standardów. A powiedziałam mniej więcej coś takiego: proszę na mnie nie krzyczeć, tylko proszę wziąć pod uwagę, że jestem kobietą, w związku z czym – jeżeli Pan będzie na mnie krzyczał – zaraz się tu Panu rozhisteryzuję jak baba i w rezultacie w ogóle tego nie zrobię.

Podziałało. Uspokoił się. A może się przestraszył, bo wiedział, co oznacza babska histeria 😉 Od tego momentu relacja z tym klientem uległa zdecydowanemu … polepszeniu. Ostatecznie powstało dobre opracowanie, a klient oprócz zapłaty faktury przyniósł jeszcze kwiaty i przeprosił za swoje zachowanie.

Dziewczyny – nie dajmy się! I proszę – nie pozwólmy, aby profesjonalizm przysłonił kobiecość. U mnie tak było przez jakiś czas. Naprawdę nie warto. Na szczęście się ocknęłam 🙂

 

 

 

od słoika do stoika

poznan-1670738_1920

Jestem poznańskim słoikiem.  Niewątpliwie najwięcej słoików jest w Warszawie  – zarówno liczbowo, jak i procentowo i to do warszawskich przyjezdnych określenie słoik jakoś najbardziej przylgnęło.  Ale przecież nie tylko Warszawa jest dużym miastem w Polsce i schemat funkcjonowania takich osób w Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu jest pewnie podobny. Dlaczego nie wybrałam Warszawy? Bo nie wybrałam.

Samo określenie słoik jest trochę pejoratywnie zabarwione, ale spoko luz.  Nie, nie wożę co tydzień jedzenia od mamusi, pępowina już dawno jest odcięta. Na pewno jednak nas wszystkich, przyjezdnych – no cóż muszę tego słowa użyć – z prowincji do dużego miasta coś łączy. Np. to, że trzeba sobie poradzić. Że funkcjonujemy w innym środowisku niż to, w którym dorastaliśmy.  Że stykamy się z inną mentalnością i nie możemy czasami zrozumieć niektórych zachowań. Że najczęstszym powodem, dla którego postanowiliśmy osiąść w danym miejscu była jednak praca, a cała reszta miała się dopiero ułożyć. Że duże miasto kusiło swoimi atrakcjami. Że trochę  (nawet podświadomie) tęsknimy, niezależnie od tego ile już lat upłynęło.

Za czym ja tęsknię? Wychowałam się na Pomorzu, które jest bardzo mocno zalesione i dlatego najbardziej w Wielkopolsce brakuje mi porządnych wielohektarowych  iglastych lasów.  Tego tu nie ma. Są pola, bo ziemia jest żyzna.  I miejscami występuje coś, co może zasługuje na miano  lasku, ale nie lasu.  Jak wielkie było moje zdziwienie na początku, gdy chciałam wybrać się na spacer do  – oczywista oczywistość –  lasu. A tu  pszenica, kartofle i rzepak  😦  Podobno  najlepiej czujemy się w scenerii, którą nasza podświadomość pamięta z dzieciństwa …  W  moim przypadku akurat  powiedzenie ciągnie wilka do lasu można interpretować dosłownie, nie wchodząc w metafory.

Brakuje mi czystego powietrza. Bardzo.

Skoro najlepiej czuję się blisko natury,  to dlaczego mieszkam w dużym mieście? Bo wykonuję zawód, który tylko w dużym mieście mogę sensownie wykonywać. Bo uczyłam się dobrze w podstawówce, a potem  zostałam ambicjonalnie nakręcona.  Po co mi to tak w zasadzie było?  Sama do dzisiaj się zastanawiam.

Trochę lat tego mojego słoikowania już minęło i oczywiście wiele się w tym czasie wydarzyło. Zarówno na płaszczyźnie zawodowej, jak i prywatnej, w tym miłosnej i niestety (a może stety) rozwodowej. Ponieważ na początku byłam młodym wilczkiem nastawionym na karierę, reprezentowałam sobą całe spektrum charakterystyczne dla takich osób – intensywna praca, stres, rywalizacja, presja na wynik, nakręcone ego  i przeświadczenie, że czego to ja nie mogę. Że towarzyszyły temu emocje – jasna sprawa. Czy te emocje oraz ich nasilenie były dobre? – Nie. Czy adekwatne do zaistniałej sytuacji? – na pewno nie.

Aż w końcu przyszło bardzo trudne osobiste doświadczenie, które zmieniło wszystko. Nie będę w szczegółach o nim pisać, bo nie o to chodzi. (Nie, to nie rozwód).  Stanęłam jednak wtedy z boku i zobaczyłam, jaka w sumie śmieszna byłam do tej pory. Może  tragikomiczna – to lepsze określenie. Jak teraz patrzę na trzydziesto- i czterdziestoletnie kobiety tupiące nóżką, to widzę właśnie, że są bardzo śmieszne. Faceci, dający  ponieść się emocjom, wywindowanym do ostatniego piętra wieżowców,  też są zabawni. Nie zdają sobie nawet sprawy jak bardzo.

Pewnie każdemu z nas wydaje się, że jesteśmy tacy wyjątkowi, że to, co nas spotkało, to było coś naprawdę nadzwyczajnie trudnego. Długo szukałam odpowiedzi na pytanie dlaczego, jak również uparcie szukałam głębszego sensu tego, co się stało. Czy znalazłam? Nie.

Ale pewnego dnia natknęłam się na cytat Marka Aureliusza (cesarz rzymski, filozof, stoik):

„Każde zdarzenie jest tak zwykłe jak róża na wiosnę i owoc w jesieni. Czymś takim jest bowiem i choroba, i śmierć, i potwarz, i zasadzka, i wszystko to, co głupców cieszy lub smuci” 

A potem jeszcze jeden:

„Nie należy się gniewać na bieg wypadków. Nic ich to bowiem nie obchodzi”.

To była moja Eureka. Zrozumiałam, że bunt nie ma sensu. Że trzeba brać życie takie, jakim ono jest. Że dając się ponieść, a raczej posiąść  emocjom niszczę jedynie samą siebie. Moje negatywne emocje niczego nie zmienią, a już na pewno nie cofną zdarzeń, które już nastąpiły.

I tak właśnie ze słoika zmieniłam się w  stoika 😉 Oczywiście – każdy może zostać stoikiem,  nie trzeba być wcześniej słoikiem. Ach, język polski jest piękny 😉  inaczej ułożona kreseczka a całkowicie zmienia znaczenie.

Potem jeszcze ten nurt zgłębiałam, czytając zwłaszcza Rozmyślania Marka Aureliusza, ale też innych stoików – Senekę, Epikteta. Oni kurde mądrzy byli. Dwa tysiące lat przed nami.

Tak mnie zastanawia –  oczywiście  słyszałam gdzieś tam po drodze o stoicyzmie, głównie w kontekście powiedzenia przyjąć coś ze stoickim spokojem. Ale ja wręcz  trochę  gardziłam taką postawą!  Gardziłam osobami pokrytymi teflonem, po których wszystko spływa, których nic nie rusza. Jesteśmy przecież ludźmi zrobionymi z krwi i kości, a nie z kamienia, mamy nasze emocje,  mamy prawo do ich okazywania, a czasem nawet do dania upustu tym emocjom. Tłumienie ich w sobie jest przecież  jeszcze gorsze. Ale to nie do końca o to chodzi. Chodzi o głębsze zrozumienie. O to, że zwłaszcza nakręcona spirala emocji oraz przekonań myślowych jest bardzo destruktywna – dla nas i dla naszego otoczenia.   Że właśnie wytworzenie takiej teflonowej powłoczki naprawdę pomaga. Pomaga chronić nas i inne osoby, którym oszczędzamy  obdarowania ich naszą złością, frustracją, rozczarowaniem. Także dlatego, że niesieni na fali emocji robimy czasem głupie rzeczy, których później żałujemy.  Albo wypowiadamy słowa, których tak w zasadzie nie chcieliśmy powiedzieć. Przed tym stoicyzm też chroni…

 

 

 

 

 

 

 

Workation

piwko_309

Zrobiłam sobie  pierwsze w życiu workation, czyli work + vacation = praca połączona z odpoczynkiem. Było spontanicznie, dlatego krótko, jedynie od poniedziałku do środy. Nie, nie piłam alkoholu w tzw. godzinach pracy,  proszę się nie sugerować obrazkiem 😉 Ale wieczorkiem czemu nie. Chyba m.in. tym różni się workation od normalnego urlopu, podczas którego możemy robić co chcemy i kiedy chcemy.  Różnica polega jeszcze na tym, że nikogo z moich zawodowych kontaktów nie informowalam z wyprzedzeniem o wyjeździe (tzn. większości w ogóle informowalam), nie było ustawionego  disclaimera w skrzynce pocztowej  – bo maile i telefony odbierałam. Pomyślałam sobie, że  przez 3 dni świat się nie zawali, jeżeli nie będzie mnie w stałym miejscu pracy.  No i się nie zawalił! Tzn. jeden klient trochę pomarudził, że nie może przyjść, a akurat jest w pobliżu, ale zaprosiłam go grzecznie na piątek. Piątek też dzień.

Myślę, że wiele/ wielu z nas ma ten problem – przyzwyczajenie przełożonych, współpracowników i/ lub klientów  (w zależności od konstelacji, w jakiej funkcjonujemy) do stałej dostępności i gotowości do robienia czegoś dla nich. Bo on/ona chce. Bo jemu/jej pasuje, a ja przecież i tak  jestem na stanowisku. Jestem do dyspozycji. Nawet maile standardowo się tak kończą: W razie pytań i wątpliwości jesteśmy do Państwa dyspozycji. bla bla bla …

Takie spontaniczne workation służy chyba właśnie temu, żeby pokazać innym, ale też sobie (sic!), że wcale do dyspozycji na każdy gwizdek być nie musimy.  I nie oznacza to zaniedbywania obowiązków. Wręcz przeciwnie – workation  pozwala zmienić tapetę,  czyli patrzeć na coś innego niż na co dzień,  pomaga złapać dystans, zaczerpnąć oddech, nabrać energii po to właśnie, żeby dobrze pracować.  No OK, u każdego w pracy są na tyle intensywne okresy, że żadne spontaniczne wyjazdy nie wchodzą w rachubę. Ale jeżeli intensywnie jest non stop i oprócz urlopu wpisanego do grafiku z półrocznym wyprzedzeniem już nic nie da się wcisnąć – to trzeba się zastanowić, czy naprawdę chcemy długofalowo funkcjonować w takim modelu. Ja wiem, że duże organizacje rządzą się swoimi zasadami, że za bardzo podskoczyć to tam nie można. Dopóki się tam jest – trzeba się stosować do panujących reguł. Ale można pomyśleć, czy w długim horyzoncie czasowym coś takiego, jak mamy, nam odpowiada.

Połączenie pracy z wypoczynkiem to naprawdę nie musi być przywilej wyłącznie freelancerów, czy tzw. cyfrowych nomadów. Tak jak przyjmuje się praca z domu przez jeden lub dwa dni w tygodniu, tak niektóre firmy, którym zależy na utrzymaniu dobrych pracowników – zaczynają stosować, a raczej wypróbowywać workation. Powiedziałabym, że w Polsce trwa właśnie dopiero taka faza testowa workation, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Wypoczęty pracownik, to dobry pracownik. Lepiej mieć zadowolonych pracowników niż sfrustrowanych, wypalonych maruderów. Na szczęście coraz więcej pracodawców to rozumie. Co ważne – workation nie zmniejsza wymiaru urlopu, ale za to jest się pod telefonem i  mailem,  można też być w pilnej sytuacji  wezwanym z  powrotem do biura na następny dzień. Obie strony muszą poczuć, o co w tym chodzi i się na to zgadzać.  Potrzebne jest też zaufanie pracodawcy do pracownika, że nie zrobi sobie w tym czasie urlopu sensu stricte. Dlatego – no przykro mi – bardziej jest to chyba rozwiązanie skierowane do trzydziestopięciolatków niż do ich młodszych o 10 lat koleżanek i kolegów. Workation jest dobrą wolą pracodawcy i powinno się to docenić, a przynajmniej zachowywać fair.

Jeżeli o chodzi o efektywność pracy? Nie oszukujmy się,  high performance to to nie będzie. Mi udało się przepracować każdego dnia po ok. 4 godziny w hotelowym pokoju. Czyli połowę standardowego czasu pracy. No i ważne są jeszcze kwestie bezpieczeństwa. Na workation nie zabieramy żadnych ważnych dokumentów. Ja używam też mojego podróżnego laptopa, w którym nie ma żadnych ważnych danych, nie ma nawet outlooka. Mogę za to zbierać zanonimizowane materiały, w sensie informacje, do tego, co mam do opracowania po powrocie (akurat ten research w mojej pracy jest bardzo ważny, to nie jest żadna zapchajdziura), mogę pisać maile logując się przez serwer. Mogę też przemyśleć sobie to i owo, mogę robić plany, notatki i listy to do. Jak ktoś przepracował 10 lub więcej lat, sam najlepiej wie, co może zrobić.

Podsumowując – polecam.

sopot_310

 

 

 

 

 

 

Czym dla Ciebie jest sukces

personal-3410782_1920

Kilka lat temu oglądałam wywiad z Martinem Scorsese. Na pytanie:  co jest Twoim największym osiągnięciem, odpowiedział: surviving- przetrwanie Wywiad był przeprowadzany akurat krótko po zrobieniu przez Scorsese świetnego dokumentu filmowego Surviving Progress  (w polskiej wersji Pułapki rozwoju), stawiającego pytania, dokąd my wszyscy w zasadzie zmierzamy. Zwiastun dokumentu można zobaczyć tu:

 

Odpowiedź  Scorsese oczywiście automatycznie kojarzy się z tytułem tego dokumentu, ale akurat rozmowa poszła raczej w takim kierunku, że już samo przetrwanie jest sukcesem …  No i tak sobie wtedy pomyślałam, że chyba ma rację.

Ale gdyby zapytać kogoś na ulicy, czy samo przetrwanie tj. np. dożycie późnej starości w spokoju i w miarę dobrym zdrowiu jest synonimem sukcesu, to nie spodziewałabym się raczej zbyt wielu twierdzących odpowiedzi.

Bo sukces musi być przecież  z efektem wow,  inaczej to nie sukces. Sukces musi być taki, żeby mamusia była dumna. I żeby znajomi zazdrościli. Oczywiście – ilu ludzi, tyle może być definicji sukcesu, różne są punkty odniesienia i różne  priorytety. Taką sztampą jednak, w którą zdają się wierzyć przedstawiciele klasy średniej lub aspirujący do niej,  jest chyba coś takiego: dom z ogrodem lub luksusowo urządzone mieszkanie, przystojny mąż/ atrakcyjna żona,  udane dzieci + prywatne szkoły dla nich, dwa fajne auta, do tego odjechane wakacje i  kilka gadżetów pozwalających poczuć się lepiej. Że te materialne  składniki z tych wymienionych są na kredyt, a także to, że zdobycie tego wszystkiego okupione jest często ogromnym wysiłkiem i  zjadającym nas stresem –   to takie małe nieistotne szczegóły. Najważniejsze, że mogliśmy to wszystko kupić, no i mamy.  Yes, yes, yes – można obtrąbić sukces wszem i wobec.

Tylko dlaczego, gdy już wszystko mamy,  bardzo często coś musi się porządnie zrypać. I np. jest rozwód albo naprawdę poważne problemy finansowe z powodu przeinwestowania czy też omsknięcia się w szacowaniu swoich sił na zamiary. Myślę, że często dlatego, że byliśmy przestymulowani, że musimy to i to i to.  Ten wysiłek włożony, aby doskoczyć do wysoko ustawionej poprzeczki był za duży.  Zupełnie jak byśmy zapomnieli zasadę, że wyżej d..y  nie podskoczysz. No może czasem komuś się uda podskoczyć trochę wyżej, ale to nie jest tak, że nie ma za to ceny.  I tak dla równowagi musi w końcu coś się załamać. Jak się okazuje, ten sukces nie miał wystarczająco solidnych fundamentów. Domek z kart się rozlatuje. Bach, i lezy.

A nawet jeżeli żaden spektakularny krach nie następuje, to z kolei często realizuje się scenariusz (zwłaszcza gdy trzeba spłacać kredyty):

„Powoli umiera ten, kto staje się niewolnikiem przyzwyczajenia, ten kto odtwarza codziennie te same ścieżki, ten kto nigdy nie zmienia punktów odniesienia, ten kto nigdy nie zmienia koloru swojego ubioru. (…) Powoli umiera ten, kto nie opuszcza swojego przylądka gdy jest nieszczęśliwy w miłości lub pracy, ten kto nie podejmuje ryzyka spełnienia swoich marzeń, ten kto chociaż raz w życiu nie odłożył na bok racjonalności” – Pablo Neruda. Poezje wybrane.

Coś podobnego, za to bardziej lapidarnie dobrze oddał też  Jan Sztaudynger: Stabilizacja motylka to szpilka.

W zasadzie nie wiem, który z tych scenariuszy – porządne tąpnięcie czy powolne umieranie- jest lepszy, a raczej gorszy.

Bo sukces w takim  powszechnym rozumieniu oznacza chyba właśnie tę stabilizację, zdobycie wszystkiego najlepiej w jak najkrótszym czasie. Sukces ma jednak materialne atrybuty.

Gdy już wszystko mamy, możemy zostać motylkiem. Nawet pięknym, nawet barwnym … ale na szpilce. I nie chodzi tu o buty.

A ja chciałabym jeszcze trochę polatać. I przetrwać bez zaliczenia spektakularnej porażki. I to mi wystarczy. To będzie mój sukces.