szkoda zdrowia na smog

Gdy przyszłam wczoraj wieczorem do domu, moje włosy miały wyraźny zapach węgla. Mieszkam w Poznaniu, mieście w którym problem smogu jest bagatelizowany, bo przecież smog to w Krakowie i na Śląsku, ale nie u nas. Tymczasem jest naprawdę bardzo źle. Tzn. może nie mamy aż tylu dni w ciągu roku z przekroczonymi normami jak na południu Polski, ale za to jak już dowali to konkretnie. Dzisiaj o 2-giej w nocy było np. tak:

smog

Prawie koniec skali. I było to naprawdę najgorzej z dużych miast w Polsce, w których podawane są pomiary. W sumie trudno, żeby było gorzej, skoro skala się kończy. A zresztą co tam w Polsce. 22. stycznia tego roku byliśmy trzeci na świecie, czyli brązowy medal, podium. Brawo? No wolałabym jednak w jakiejś innej kategorii. Towarzystwo mieliśmy zacne, bo wyprzedziły nas tylko Kalkuta w Indiach i Katmandu w Nepalu. W tym co piszę jest dużo rozżalenia, ale tego smogu nie robią krasnoludki tylko mieszkańcy mieszkańcom. I tak – będę jednak zarzucać właścicielom domów jednorodzinnych, że do takiego stanu doprowadzają (nie wszystkim, ale tym, którzy rzeczywiście to robią). Czy to przypadek, że poziom zanieczyszczenia rośnie skokowo po 22-giej? Czy raczej efekt tego, że kontrola tego co wkłada się do pieca może być przeprowadzana tylko w godzinach 6-22. Taka specyficzna poznańska przezorność. Czy samochody powodują ten ekstremalny poziom o drugiej w nocy? Chyba jednak nie. Mam dość, ponieważ w dużych miastach większość mieszkańców mieszka w blokach (myślę, że nawet dwie trzecie), a bloki podłączone są przecież do ciepła systemowego. Nikt w blokach sam nie pali.  Elektrociepłownia znajduje się z reguły poza centrum miasta i przede wszystkim są tam zainstalowane dobre i nowoczesne filtry. Czyli to ta pozostała jedna trzecia (tak około) robi krzywdę sobie i wszystkim innym. Jasne – część domów jednorodzinnych ma ogrzewanie gazowe, a w części z nich pali się dobrej jakości opałem.  Właściciele tych domów są oczywiście w porządku. Ale niestety reszta pali tym, co jest najtańsze. A zalicza się tu także najgorszej jakości węgiel, w tym ten importowany, którego z roku na rok przywozi się do Polski coraz więcej. Wydaje mi się, że tu właśnie może być piesek pogrzebany, dlaczego w niektóre dni jest u nas znacznie gorzej niż w Katowicach. Na pewno na Śląsku lepiej się na węglu znają. W to nie wątpimy. I mają dzięki temu orientację  w cenie węgla, jaka może być, a jaka nie powinna. Że jak węgiel jest nieprzyzwoicie tani, to widocznie jest z nim coś nie w porządku. I po prostu takiego węgla nie kupią. A w Poznaniu kupią, bo oszczędność to przecież taka poznańska cnota. Efekty zastosowania tej cnoty w praktyce możemy poczuć każdego wieczoru w swoim nosie. Mam dość. Ktoś może powiedzieć, że jestem przewrażliwiona. Tak, jestem, bo mam akurat poważne problemy z układem oddechowym. Mój laryngolog zapisując mi kolejne dawki wziewnych sterydów mówi: ale wie Pani, że to jest tylko leczenie objawowe. Tak, wiem. Wcześniej myślałam, że to ze mną jest coś nie tak, że jestem nienormalna, bo przecież nie wszyscy reagują na silny smog nieinfekcyjnym stanem zapalnym. Ale odkąd zaczęłam śledzić te wszystkie PM2,5, PM10 dotarło do mnie, że to te ekstremalne stany zanieczyszczeń nie są normalne. (ekstremum siłą rzeczy nie będzie nigdy normalne; jeżeli ktoś liznął odrobinę statystyki to wie o co chodzi ;-)) Ale nawet, jeżeli ktoś nie ma nadwrażliwych dróg oddechowych i z powodu smogu poza lekkim dyskomfortem nie odczuwa bieżących dolegliwości – nie znaczy to, że smog jemu nie szkodzi. Cząsteczki PM 2,5 są tak malutkie, że mają zdolność przenikania z pęcherzyków płucnych do krwi, a wraz z nią mogą swobodnie dotrzeć do każdej komórki organizmu. Czyli to, że ktoś nie cierpi specjalnie z powodu smogu od razu, nie jest równoznaczne z tym, że nie ucierpi w ogóle. Skutki mogą być odroczone i niestety bardzo poważne. Śmieję się trochę przez łzy, że to właśnie ta moja nadwrażliwość może mnie uratować. Bo ja przynajmniej próbuję coś robić, staram się chronić.  Np. dwa tygodnie temu, gdy ze smogiem i z moimi objawami też było bardzo źle, tak się wkurzyłam, że spakowałam walizkę i … uciekłam. Do Sopotu. Było tam tak:

Sopot

Czyli pięknie. Powietrze oczywiście dzięki morzu też jest czyste. Gdy tak sobie chodziłam brzegiem morza to się zastanawiałam – jaki to ma sens. Jestem w dobrym zawodowym momencie, dopiero teraz mogę powiedzieć, że czuję się pewnie w tym, co robię (bo wcześniej to było jednak czasami takie  fake it till you make it  ;-)), a przy tym jestem na tyle głupia, że daję się w miejscu mojego stałego zamieszkania po prostu truć. Bo ktoś chce sobie zaoszczędzić trochę pieniążków i myśli że jest sprytny, a jeszcze ktoś inny, kto handluje tym najgorszym węglem, sobie na tym zarabia. I naprawdę nie obwiniam tu tych naj-najuboższych osób, które nie mają za co kupić lepszego opału. Ta grupka nie spowodowałaby aż takiego zanieczyszczenia, jakie jest. Nie wiem, czy wyprowadzę się z Poznania raz na zawsze, bo to miasto- mimo całego negatywnego wydźwięku tego, co napisałam-  ma również swoje plusy. Ale na pewno będę z niego wyjeżdżać, gdy tylko będę mogła. Brak umowy o pracę bardzo w tym pomaga. Eskapizm smogowy. Smutne. Coś czuję, że moim celem będzie stworzenie sobie takiego modelu pracy, żeby móc ją wykonywać  prawie niezależnie od miejsca. Smog jest przy tym jedną z najważniejszych determinant tej decyzji!  To też pokazuje absurdalność całej sytuacji – smog dyktuje nam warunki życia – gdzie będę żyła, jak będę żyła, czy mogę wyjść na dwór, czy muszę siedzieć w domu. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdy może podjąć natychmiastową decyzję o wyjeździe z miasta, wynika to po prostu ze specyfiki danej pracy. Dlatego dawanie mądrych rad typu „wyjedź” można sobie czasami … no.  Np. nauczyciel czy lekarz musi być przecież w wyznaczonym miejscu o wyznaczonej godzinie, nie może się wkurzyć, spakować walizki i wyjechać.  Poza tym jeżeli ktoś ma dzieci, to one muszą przecież chodzić do szkoły i nie powinny za dużo dni opuszczać. Inna sprawa, że przez smog chorują, więc i tak opuszczają. Napisałam ten tekst o Poznaniu, bo tu mieszkam, ale wiadomo, że w innych miejscach w Polsce jest podobnie. To bardzo przykre, że tak niewiele się zmienia w świadomości mimo trąbienia wszem i wobec o fatalnym stanie powietrza.  A najgorsze jest dla mnie to, że to właśnie mniejszość tych „spryciulków” wyrządza tak ogromną krzywdę całej reszcie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak zaoszczędzić trochę pieniędzy

dollar-3289367_1920

Też macie wrażenie, że ostatnio wszystko bardzo zdrożało? Nie chodzi tu zresztą o wrażenie, bo wskaźniki inflacji mówią same za siebie.  Tyle tylko, że wskaźnik inflacji też może być nieco mylący, ponieważ opiera się na uśrednionym koszyku dóbr i usług, a akurat ja nie muszę niektórych artykułów z tego koszyka nabywać. Tzn.  mogła np. potanieć stal, a ja ze stali mogłam nie kupić nic lub prawie nic, a pośrednio też korzystam z niej raczej w ograniczonym zakresie (tzn. z tych nowych inwestycji, do których stal została użyta- bo tylko na te może mieć wpływ spadek ceny stali; stal to przy tym tylko przykład). Subiektywne odczucie jest na pewno takie, że uciekają mi pieniądze. Wzrost cen w ostatnim czasie (2-3 lata) nie powinien w ogóle dziwić nikogo za bardzo, bo z wiadomego powodu na rynek trafiło więcej pieniędzy, a jedno z elementarnych praw ekonomii mówi, że wpuszczenie dodatkowych pieniędzy do obiegu powoduje, że ceny idą w górę.  Ja naprawdę nie jestem jakimś centusiem, obracającym dwa razy każdą złotówkę przed jej wydaniem. Ale wkurza mnie, że przy takiej samej pracy jak  wcześniej stać mnie na mniej. I nie chodzi mi o to, że nie mam co włożyć do garnka, zgrzeszyłabym, gdybym zaczęła na swoją sytuację bardzo narzekać. A jednak muszę jakoś bardziej uważać.

Czytaj dalej „Jak zaoszczędzić trochę pieniędzy”

„dobre rady” dla początkujących przedsiębiorców

business-2987962_1280

Dobre rady to określenie, które zawsze mnie śmieszyło. Wybitnymi specjalistami od ich udzielania są zwłaszcza ciocie i wujkowie, których tak w zasadzie nikt o radę nie prosił. A jednak czują się oni upoważnieni do instruowania innych, jak powinno wyglądać ich życie.

W moim przypadku – czy to już? 😉 Czy czuję się taką ciocią, która chce innych pouczać, mówić – bo Ty powinieneś/ powinnaś zrobić to i to?  No to odpowiem, że ciocią wolę pozostać dla moich bratanków. Ale ich też nie pouczam, bo od tego – jeżeli w ogóle-  są rodzice. Dlatego absolutnie nie będę się tutaj dzielić własnymi doświadczeniami, mimo że prowadzę działalność od kilku dobrych lat. Po pierwsze dlatego, że moja działalność jest mikro-mikro (mimo, że kiedyś była większa i zatrudniała pracowników), po drugie  – trochę wiadomo jak to jest – szewc bez butów, sama też nie wystrzegłam się pewnych błędów. Nie zamierzam się tu mądrować, skoro jakiegoś przyprawiającego o zawrót głowy biznesowego sukcesu nie osiągnęłam i dziwnym trafem Forbes do mnie do tej pory nie zadzwonił, żeby umówić się na wywiad.

Czytaj dalej „„dobre rady” dla początkujących przedsiębiorców”

będzie dobrze vs. jest mi dobrze

reflection-3357352_1920

pixabay.com

Koniec roku zawsze jest refleksyjny. Te dni między Świętami a Sylwestrem są dla mnie zawsze takie nijakie, leniwe, rozlazłe. Skoro ten grudzień musi się skończyć,  to niech się już skończy!  Nie umiem w te dni ani pracować, ani w ogóle robić niczego produktywnego. Chociaż … zaraz, zaraz – może ten czas jest jednak do czegoś potrzebny?  Takie wyciszenie, lekka nuda i  nicnierobienie? Przecież nie ma sensu teraz niczego zaczynać. Jeżeli w ogóle to po Nowym Roku.  Też macie takie odczucie? Co niby stoi na przeszkodzie, żeby powiedzieć sobie np. od dzisiaj,  28.12.2018 r. rzucam palenie (o ile ktoś pali oczywiście). A jednak wszyscy wyznaczają sobie za początek wyzwań 1. stycznia. Może te postanowienia noworoczne zakodowały się już tak mocno w naszej kulturze, a może rzeczywiście jest jakaś magia tych liczb, skorelowana np. z  astrologią? Coś się kończy, coś się zaczyna. I chyba ta energia starego roku rzeczywiście musi się wyczerpać do dna, ten rozdział musi się zamknąć. Te dni wyjątkowo nadają się za to na wykonanie wszelkiego rodzaju podsumowań, może one właśnie po to są! Dzisiaj, gdy zajarzyła mi się w głowie ta myśl, sama pokusiłam się o sporządzenie takiej listy – co mi się w tym roku 2018 udało, a co nie, co było dobre, a co złe. Nie będę pisać, co i tym bardziej po której stronie listy się znalazło. Dla każdego są to osobiste sprawy. Niezmiernie cieszę się jednak, że tych „plusów dodatnich” wymieniłam więcej niż negatywnych rzeczy, które mnie spotkały. Co mi się jeszcze rzuciło w oczy – po tej dobrej stronie było dużo małych rzeczy, ktoś mógłby powiedzieć, że nieistotnych, takich bagateli. A jednak ja je dostrzegam i cieszę się z nich. Naprawdę polecam każdemu zrobienie takiej listy, macie jeszcze trzy dni 🙂 To jest takie naturalne, jeżeli wszystko odbywa się we właściwym dla siebie czasie.

Czytaj dalej „będzie dobrze vs. jest mi dobrze”

koncepcja new work

checklist-1266989_1280

Zostałam zaproszona na konferencję na temat new work. Termin zabrzmiał dla mnie enigmatycznie, bo przecież nie mogło chodzić o tłumaczenie tak banalne, że aż boli. Nie szukam pracy, nie myślę o zmianie zawodu. Ostatecznie na konferencję nie pojechałam, ale dostałam z niej materiały i okazało się, że to naprawdę coś nowego! Przynajmniej dla mnie.

New work to cała nowa koncepcja, trochę kolejny krok po osławionym work life balance, które powoli odchodzić będzie do lamusa. W sumie zawsze byłam dość zachowawcza wobec tego work life balance. Jeżeli kalendarz zapełniony jest terminami zaznaczonymi na czerwono, to nie mam przycisku w głowie, żeby myśli o tych terminach o 18-stej wyłączyć i poświęcać swoją uwagę tylko prywatnym sprawom. Z zastrzeżeniem oczywiście, że musi to być od razu quality time, bo inaczej  się nie liczy.  Przynajmniej mi się to tak nie przestawiało.

New work jest za to odpowiedzią na wkraczającą wielkimi krokami do naszego życia digitalizację. Raczej nie powstrzymamy tego procesu.  Wszelkim protestom przed przejmowaniem kolejnych czynności przez komputery, automaty i roboty wróżę taką samą szansę na powodzenie jak protestom tkaczek ręcznych w XIX w., gdy wprowadzano mechaniczne krosna.  New work uwzględnia także inne czynniki, jak globalizacja czy starzenie się społeczeństwa, digitalizacja i automatyzacja są jednak tymi najważniejszymi czynnikami. Zawierają się tu też takie terminy jak przemysł 4.0, pojazdy autonomiczne, sztuczna inteligencja itd.

O ile o wyzwaniach, jakie niesie ze sobą digitalizacja, słyszałam głównie w kontekście  bezwarunkowego dochodu gwarantowanego, to nie bardzo słyszałam/ czytałam dyskusje o tym, jak będzie wyglądało życie tych, którzy na rynku pracy pozostaną.

No bo właśnie, jak już całą naszą pracę przejmą komputery i automaty – to co będziemy robić? Jak wytłumaczyć dzieciom, że zawodów o wykonywaniu których marzą, najprawdopodobniej nie będzie, gdy skończą one szkołę? A idąc dalej – po co w ogóle mają chodzić do szkoły?! Ja chciałam być ekspedientką, a mój brat kombajnistą. I mimo że nie zrealizowaliśmy naszych dziecięcych planów, to co się w ten sklep i kombajn nabawiliśmy – to nasze 🙂 A teraz? Jak przekazać dzieciom, że tak w zasadzie nic nie wiadomo?  To w kogo one mają się bawić? 😉 Biedactwa 😉

New work przynajmniej podejmuje próbę odpowiedzi na pytania, na czym to zawodowe życie będzie w przyszłości polegało. Jednym z założeń tej koncepcji jest to, że praca powinna być przyjemnością, zaś środkiem do osiągnięcia tego celu ma być zmniejszenie wymiaru tej pracy.  Czyli docelowo pracować będziemy mniej niż teraz. Chyba jest coś na rzeczy, ponieważ duża ilość pracy i spiętrzenie zadań wywołują stres i powodują czasami tak duże zmęczenie, że praca, którą generalnie lubimy nie daje nam już żadnej radości.  Poza tym – rutyna zabija, wiadomo.  Z racji tego, że digitalizacja jest stopniowym procesem i cała ta zmiana nie dokona się z dziś na jutro, już jest możliwe wprowadzanie niektórych elementów koncepcji. A należą do nich np.:

  • poczucie sensu tj. wykonywanie tylko takiej pracy, która ma sens w ogóle i ma sens dla mnie (np. prawdziwe tworzenie czegoś  nowego, ale też np. pomoc drugiemu człowiekowi, czy wykonywanie czegoś pięknego – np. muzyki)
  • możliwość elastycznego kształtowania czasu i warunków pracy (czyli trochę to będzie szło w kierunku zbliżonym do freelance – tyle, że dla prawie wszystkich)
  • zarabianie pieniędzy przede wszystkim na realizację własnych celów i marzeń, ponieważ podstawowe potrzeby życiowe typu jedzenie, ubranie i niewielkie  mieszkanie pokryte będą przez bezwarunkowy dochód gwarantowany! (No zobaczymy)
  • inna organizacja pracy – skupiona przede wszystkim na projektach, a nie na czasie pracy do odsiedzenia
  • zniesienie smukłych struktur zarządzania (czyli takich, gdzie pracownik ma team leadera, a ten ma kierownika, ten z kolei ma dyrektora, a dyrektor jeszcze ma kogoś nad sobą)
  • większy szacunek dla osoby wykonującej pracę oraz docenienie jej kwalifikacji i wkładu, czyli autorytarnym szefom mówimy już dziękujemy 😉

Oczywiście, że całe to new work jest trochę taką utopią. Nie mam jednak nic przeciwko temu, żeby praca nie była jedynie obowiązkiem, za to była przede wszystkim polem do samorealizacji. Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyniknie.

Popatrzyłam sobie jeszcze raz na listę tych założeń i stwierdziłam, że według takich kryteriów jak:  poczucie sensu, samorealizacja, zarabianie godziwych pieniędzy, szacunek do drugiego człowieka czy brak autorytarnego zarządzania, praca powinna wyglądać już dzisiaj. Czy wygląda? To może dobrze, że digitalizacja to w końcu wymusi? Czas pokaże …

Za to na pewno w new work nie chodzi tylko o ładne biura, karnet na siłownię czy do lekarza. Niektórzy myślą, że na tym ta koncepcja ma polegać, ale to zdecydowanie za mało. Najważniejszy element new work znajduje się w głowie.

 

 

 

 

 

zwierzęta domowe

IMG_0904

To jest Toudi, mój pies. Toudi jest znajdą, biegał w lesie. Nie znalazłam go sama, aż tak tkliwa historia to nie będzie. W pewnym momencie po prostu spotkały się nasze potrzeby – on potrzebował domu, a ja bardzo potrzebowałam kogoś, kim mogłabym się zaopiekować. No i tak jesteśmy ze sobą już sześć lat. Przygarnięcie Toudiego było impulsem, nie myślałam wtedy za dużo. Kocham go bardzo, ale czy po raz drugi zaprosiłabym go pod swój dach?  ….. yyyyyy ….  nie wiem.

Nie wiem, bo jestem bardzo świadoma odpowiedzialności za niego. Często myślę, że mógłby znaleźć lepszy dom. Żal mi go, bo siedzi zamknięty w mieszkaniu 8 godzin. Wiem, jak bardzo lubi biegać luzem, a w mieście jest to niemożliwe. Ponieważ  trafił mi się akurat mały awanturnik, co drze mordę i lubi coś dziabnąć (np. kreta albo jeża!)  – jestem też odpowiedzialna za to, żeby nie dziabnął kogoś. Dodatkowo – ponieważ pies jest z natury zwierzęciem stadnym, behawioryści twierdzą, że jeżeli ktoś decyduje się na posiadanie psa, od razu powinien wziąć przynajmniej dwa. Bo one zupełnie inaczej wtedy funkcjonują, po prostu bardziej są sobą. Ja wiem, że Toudi nigdy nie będzie miał w domu towarzystwa, bo nie mogę sobie na to pozwolić.

Generalnie psiak daje dużo radości – ogonek merdający tak szybko, że prawie go nie widać naprawdę poprawi humor w najbardziej podły dzień. No i gwarantowana porcja codziennego ruchu – to też korzyść nie do przecenienia. Czyli wszystko super 🙂 Czy zawsze? … no nie. Nie jest super, gdy jestem chora i muszę z gorączką wyprowadzać go  przy mroźnej pogodzie. Nie jest super, gdy szantażuje mnie, jeżeli chcę wieczorem wyjść. Łajdak jeden kładzie się wtedy Rejtanem w drzwiach i łypie na mnie szelmowsko 😉 😉 😉  Nie jest super, gdy zrobi w domu coś brzydkiego i trzeba to posprzątać. Że na beżowy dywan to już w ogóle szczegół. Nie jest super, że nie można podjąć spontanicznej decyzji o wyjeździe nawet na dwa dni, bo trzeba taki wyjazd logistycznie dograć, stawiając oczywiście na pierwszym miejscu opiekę nad Toudim 🙂

Czyli łyżka dziegciu w beczce miodu. Pewnie jak ze wszystkim. Może doszukuję się na siłę.  Ja w ogóle uważam jednak, że w Polsce trzyma się za dużo psów. Spokojnie, nie chcę fundować zbiorowej psiej eutanazji. Ale jestem przeciwna hodowlom psów (a już zwłaszcza pseudo-hodowlom) i uczynieniu z tego źródła niemałego zarobku. Czyli zamiast wydawać kilka tysięcy na rasowego szczeniaka można zaadoptować kundelka. (Jak widzicie, Toudi jest małą uroczą pokraką z krótkimi nóżkami  i taki jest dla mnie najpiękniejszy :-)) Zaopiekowany kundelek nie będzie też w niekontrolowany sposób się rozmnażał i ta psia populacja powoli, powoli, ale jednak w sposób całkowicie naturalny zmniejszałaby się i docelowo można by zamknąć schroniska. Ech, marzenie…  Jestem też przeciwna braniu psa dla zaspokojenia tylko własnych potrzeb. Jako maskotkę lub jako … no właśnie, jako co? Zapytałam raz mojego znajomego, który ma bulteriera, po co mu taki pies. Odpowiedź brzmiała: bo jak z nim idę, to nikt mi nie podejdzie. No na pewno, nikt nie podejdzie. Tylko … czego boi się właściciel?  Przecież w Polsce nie jest znowu aż tak niebezpiecznie, żeby konieczne były takie atrybuty! Chyba bardziej chodzi tu jednak o zachwiane wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa, brakujące poczucie własnej wartości i trzeba je sobie dorobić bulterierem.  No to takiemu czemuś też jestem zdecydowanie przeciwna.

Odkąd mam psa, bardziej dotarł do mnie też ten dysonans, polegający na tym, że ludzie personalizują zwierzęta domowe, kochają je i traktują jak członków rodziny, a jednocześnie jedzą mięso (ja akurat ograniczam się do kilku razy w roku, no ale jednak jem). Jakoś wypiera się ze świadomości to cierpienie fundowane zwierzętom, abyśmy mogli najeść się my i … nasze zwierzęta. Branża pet food to naprawdę spory biznes. Ponieważ jestem mocno eko, odczuwam sporą irytację, widząc  w sklepie zoologicznym np.  karmę z kangura, czy  ze strusia,  które musiały przelecieć pół świata, żeby zaspokoić podniebienie czyjegoś pupila. Czy pupil to doceni? Wątpię.  Sama zresztą nie jestem święta. Wiedząc jak bardzo  szkodliwa dla środowiska jest hodowla bydła mięsnego, sama nie jem wołowiny, ale  Toudiemu kupuję puszki … z wołowiną. Bo lubi. No i takie właśnie sprzeczności mną targają. Chyba zawsze są dwie strony medalu.

 

 

 

Zatoki

Widzę, że mój ubiegłoroczny tekst o zatokach cieszy się dużą poczytnością. I to wcale nie tu na wordpressie, ale jako wynik wyszukiwania w wyszukiwarkach. Nie dziwi mnie to specjalnie, bo temat za chwilkę, gdy mocniej się oziębi,  będzie bardzo na czasie.  A skoro już jest wyszukiwany, widocznie ktoś już we wrześniu/październiku zmaga się z zatokowymi dolegliwościami. Ja stoczyłam prawie czteroletnią batalię o zdrowe zatoki. Wygraną! Dlatego chętnie podzielę się wskazówkami, jak można sobie trochę w tej bardzo dyskomfortowej sytuacji pomóc. Tekst jest dość mocno „fizjologiczny”,  jeżeli ktoś nie ma akurat problemów z zatokami, a jest wrażliwy – to może lepiej niech nie czyta 😉

Poniżej link:

https://ecolessstress.wordpress.com/2017/12/04/zatoki-bolesna-zimowa-dolegliwosc