odspawaj się od krzesła

 

Napisałam już jeden chyba nie najgorszy tekst na ten temat:

https://ecolessstress.wordpress.com/2018/04/22/40-lat-za-biurkiem-jak-to-wytrzymac/

No ale zawsze można coś dodać. Siedzenie to nowe palenie – tak stwierdzili amerykańscy naukowcy, a oni wiedzą przecież zawsze najlepiej 😉 W tym przypadku trzeba się jednak z nimi zgodzić, ponieważ siedzenie po prostu skraca nasze życie.  Najszybciej negatywne skutki siedzenia odczuwa kręgosłup, ponieważ w pewnym momencie zaczyna boleć. Boli – czyli ostrzega. Ostrzega, że coś jest nie tak, że powinniśmy coś zmienić, że powinniśmy chociażby wstać albo trochę się przejść. A co robimy? Siedzimy w pracy dalej, bo trzeba dokończyć raport, opinię czy pismo. Niestety  długotrwałe siedzenie może wywołać naprawdę poważne skutki:

– przyczynia się do spowolnienia metabolizmu, co przekłada się oczywiście na wzrost wagi

– upośledza krążenie krwi i limfy. Przez to komórki nie są dostatecznie dotlenione i odżywione, ale również nie działa w należyty sposób detoksykacja całego organizmu

– długotrwałe siedzenie jest jednym z czynników łączonych ze wzrostem zachorowań na cukrzycę  a także niestety na nowotwory

Zresztą nie będę tu medykować, bo to nie moja działka. Każdy może sobie sprawdzić w google, co mu grozi, jeżeli będzie spędzał na siedząco 9-10 godzin dziennie a do tego nie będzie się ruszał, żeby skutki siedzenia przynajmniej w części zniwelować. Wydaje mi się, że kiedy powstaje w nas dyskomfort z powodu siedzenia – to już jest dobrze. Czy można odczuwać dyskomfort z powodu siedzenia w komfortowym- jak zapewniają producenci-  fotelu? Można. Dyskomfort w głowie. Bo każdy sposób spędzenia czasu w inny, tj. aktywny sposób będzie dla nas lepszy.  Te biurowe krzesła czy fotele – no one zbyt wygodne nie są i raczej każdy po ośmiu czy dziewięciu godzinach marzy o ich opuszczeniu. Ale fotele samochodowe czy niektóre kinowe – już tak. I tu można zadać sobie pytanie – czy z pełną świadomością wybieram taką właśnie formę spędzenia czasu. Mam na myśli takie sytuacje, kiedy nie wiemy za bardzo co ze sobą  zrobić i wtedy przychodzi do głowy pomysł – a może do kina? Świetnie! Jeżeli wartościowy film – oczywiście proszę bardzo. Ale czasem naprawdę w repertuarze kinowym nie ma nic specjalnego (no są takie tygodnie, gdy wieje nudą) i wybieranie takiej rozrywki tylko i wyłącznie dla zabicia czasu jest trochę słabe. Nie wyjdziemy z sali kinowej jakoś szczególnie ubogaceni, a przede wszystkim będą to kolejne w naszym życiu godziny spędzone na siedząco. Do kina czy na film? Zdecydowanie na film!  A jeżeli żadna pozycja z repertuaru nam nie odpowiada, a jednocześnie odczuwamy ogromną potrzebę wyściubienia nosa z domu? Jest dostatecznie wiele innych możliwości: spacer, rolki, fitness, rower, ścianka wspinaczkowa, basen, a nawet wybranie się po zakupy na piechotę. Co tam komu pasuje.

Akurat moje problemy z motywacją, żeby ruszyć się  z domu rozwiązuje pies. Jemu nie mogę powiedzieć, że mi się nie chce i najchętniej to bym sobie posiedziała przed telewizorem albo przed komputerem. Po prostu nic go to nie obchodzi i egzekwuje swoje niepodważalne prawo do spaceru. Dlatego  zrobienie tych zalecanych 10 000 kroków latem, a 5000 kroków zimą naprawdę nie jest dla nas specjalnym wyzwaniem. (Kroki oczywiście moje, a nie psa. Dla niego jeszcze nie mam appki 😉 ) Zdecydowanie polecam takie rozwiązanie – zwłaszcza osobom, którym wydaje się, że te 10 czy nawet 5 tysięcy kroków dziennie to dużo. Naprawdę tak się tylko wydaje. Oczywiście – decyzja o przygarnięciu psiaka musi być zawsze bardzo świadoma, ponieważ wiąże się z dużą odpowiedzialnością, a także z dopasowaniem swojego rytmu dnia do zwierzaka (takie 9,5 godziny to już naprawdę maksimum, kiedy pies może być zamknięty w domu. Staram się nie przekraczać ośmiu). Generalnie jednak plusy na pewno przeważają nad minusami.

A kiedy pada intensywny deszcz i już w tym domu siedzimy? Też naprawdę nie trzeba wyłącznie zalegać na kanapie przed telewizorem lub zgłębiać zakamarków Internetu. Mata do ćwiczeń czeka zrolowana w kącie i prosi, żeby ją rozłożyć 😉

Jest też bardzo ciekawe,  że kiedy zapytano mieszkańców Okinawy (to taka japońska „wyspa stulatków”) jaka jest ich recepta na długowieczność, to oni odpowiadają, że :   1. nie najadają się do syta,  2.  zachowują pogodę ducha  3. nie zaprzestają aktywności w zasadzie do samego końca. Bardzo wielu z nich w ogóle nie przechodzi na emeryturę! Jakoś nie posądzam tych stuletnich Japończyków o regularne odwiedzanie klubów fitness. Oni po prostu są umiarkowanie aktywni na co dzień przez  całe życie, wykonują proste fizyczne prace zamiast siedzieć za biurkiem.  I tak jest na pewno zdecydowanie zdrowiej, niż spędzać połowę każdego dnia (w pracy i po pracy) na siedząco, ale za to dwa razy w tygodniu forsować się na siłowni. Oczywiście – ta siłownia jako równowaga dla siedzącego trybu życia  i tak jest dużo lepsza niż nierobienie nic.

Generalnie chodzi mi o to, że gdy tylko możemy – powinniśmy tego siedzenia unikać. Że lepiej jest nawet chwilę sobie postać zamiast od razu robić siup na krzesło czy fotel. Takich sytuacji jest całkiem sporo: w urzędzie, w autobusie i tramwaju, w kolejce do lekarza czy w każdej innej recepcji. Jasne, że to wolne miejsce kusi, zwłaszcza gdy jesteśmy zmęczeni. Ale trzeba mieć świadomość, że siedzimy i tak dużo za dużo.

A nawet w biurze, w którym wydaje się, że siedzimy już w nim jak śliwka w kompocie, też można coś zrobić. Można np. ustawić drukarkę na tyle daleko od biurka, żeby za każdym razem trzeba było podnieść tyłek z krzesła, aby wziąć wydruk. Można przejść się do pokoju obok i omówić sprawę z kolegą/ koleżanką zamiast telefonować lub wysyłać e-mail. Można zaproponować zorganizowanie wewnętrznego szkolenia i zgłosić się do jego przeprowadzenia (osoba prowadząca szkolenia zazwyczaj stoi i trochę chodzi, w przeciwieństwie do słuchaczy, którzy dalej po prostu siedzą). To wszystko jest kwestią nastawienia i świadomego wdrożenia pewnych działań. Czy można pisać się na takie inicjatywy, które akurat z tym siedzeniem związane nie są.

Tak sobie myślę, że np. osoby które mają już trochę wyższą pozycję w firmie często robią sobie dużą krzywdę prosząc pracowników o przyjście do siebie do gabinetu, zamiast samemu do nich się pofatygować. To wzywanie na tzw. dywanik jest pokazaniem miejsca w hierarchii, na pewno karmi ego takiego przełożonego, ale za to szkodzi jego zdrowiu. Gdyby wstał i przeszedł się kilka kroków – jego organizm na pewno by mu podziękował. Czy jest szansa, żeby to zmienić w polskich przedsiębiorstwach?

Gdy już jesteśmy przy biurze – do tematu można by podejść oczywiście systemowo i wymienić np. wszystkie biurka na takie z regulowaną wysokością. Czyli takie, które można ustawić tak, aby można było wykonywać przy nim pracę raz na siedząco, a raz na stojąco. No tylko, że … takie biurko jest ok. 4 razy droższe niż zwykłe. Czy pracodawcy przyjmą entuzjastycznie propozycję zakupu regulowanych biurek dla wszystkich pracowników?  No trochę wątpię, niestety.

Jeżeli ktoś sam ustala swoje warunki pracy, oczywiście może pomyśleć nad zakupem takiego biurka (koszt ok. 2.500 zł). I ja nawet nosiłam się z myślą, żeby takie cudo sobie sprawić, ale u mnie problem jest akurat innego rodzaju 😉 W kwestii biurka jestem trochę jak Albert Einstein, któremu zarzucano bałagan na biurku. Jego odpowiedź była oczywiście bezcenna:    „Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko?”  No właśnie – żeby to biurko zgrabnie podnieść i przy okazji nic z niego nie pospadało – powinno być w miarę puste, a do tego odpowiednio muszą być zainstalowane wszystkie kable. I tak jakoś odpuściłam sobie ten pomysł. Jest jednak skromniejsza i tańsza alternatywa dla biurka z regulowaną wysokością, a mianowicie pulpity do pracy na laptopie. Oczywiście na stojąco. Przy takim pulpicie pracuje się na WiFi i bez żadnych kabli. Chociażby z tego powodu nie jest to rozwiązanie do pracy przez cały czas, a jedynie dorywczo – właśnie wtedy, gdy ktoś będzie chciał zmienić pozycję. Oznacza to też, że nie musi być tych pulpitów tyle, ilu jest pracowników. I to może być argument dla pracodawcy, żeby chociaż kilka takich pulpitów kupić. Czuję, że sama też się skuszę 🙂    

Dobrą radę typu: zmień pracę a najlepiej ją rzuć i wyjedź,  jakoś sobie darowałam, bo wiem, co z taką radą najczęściej można zrobić 😉

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

zadowolony Syzyf? Nie, dziękuję

Jestem typową Zosią – samosią. Gdy byliśmy w przedszkolu, wówczas może i marzyliśmy, żeby być taką dzielną dziewczynką lub dzielnym chłopcem. Byliśmy wtedy chwaleni, że tak dobrze sobie poradziliśmy. Ale teraz? Dalej chcesz być taka dzielna/ taki dzielny? Nie zmęczyłaś/ nie zmęczyłeś się jeszcze? A może musisz być dzielna/ dzielny, bo nie masz innego wyjścia? Kredyt sam się nie spłaci, dzieci same się nie ubiorą i nie nakarmią, trzeba na ten cały majdan jakoś zarobić.

Nie jeden raz miałam poczucie, że jestem Syzyfem. Gdy tylko skończyłam pracę nad jakimś zleceniem, od razu bez żadnej przerwy musiałam zabierać się za następne. Albo po prostu – zamykał się jeden miesiąc, zaczynał drugi. Miesiąc, kwartał, rok. Następny i następny i następny. I tylko ja coraz starsza. Bywało też gorzej – projekty zazębiały się, zadania do zrobienia lądowały jedno na drugim. I ja temu wszystkiemu dawałam dzielnie radę. Nie sprostałam jedynie temu, żeby do tego wszystkiego, do tej ciężkiej pracy być jeszcze szczęśliwa. A przecież tak się jakoś porobiło, że nie być szczęśliwym to dzisiaj obciach.

Że byłam Syzyfem już wiedziałam. Ale żeby być szczęśliwym Syzyfem – to dopiero wyzwanie! Czy można? Odpowiem – to zależy. Pewnie są ludzie, którzy tak potrafią. Przyjmują na siebie tę rolę Syzyfa i są przy tym relatywnie zadowoleni. Rosjanie mają takie powiedzenie: Wot takaja sudz’ba – ot, taki los. I przestają nawet narzekać. Jest duża doza pacyfikacji w tym zdaniu. No cóż, historia zrobiła swoje. Myślę, że my, Polacy też moglibyśmy się z tym zdaniem identyfikować, bo historia nas też nie rozpieszczała. Co więcej – taka spacyfikowana postawa jest bardzo pożądana dla całego społeczno- kulturowego systemu. Taka osoba wstaje co rano do pracy, nie wychyla się przy tym za bardzo, bo nie chce tej pracy stracić, nie buntuje się, woli nie ryzykować. Pod skórą zawsze czułam jednak, że do tej grupy osób nie należę. No nie chcę być Syzyfem i koniec. Nie chcę być nawet zadowolonym Syzyfem! (tak na marginesie – termin „zadowolony Syzyf” bardzo mi się podoba. W sensie brzmienia tego zlepka słownego, a nie tego co oddaje. Nie ja jednak ukułam ten termin, tylko amerykańska filozofka Susan Wolf, której artykuły sobie poczytałam).

Na pewno jednak dzisiaj tak się uważa, że jeżeli ktoś nie jest szczęśliwy to jest to jego wina. Jesteśmy przecież kowalami swojego losu i to szczęście również możemy samodzielnie wykreować. W rezultacie takiej postawy – nawet jeżeli nie jesteśmy zadowoleni z własnego życia, zachowujemy się tak, jak byśmy byli. Tak bardzo skupiamy się na wypracowaniu sztucznego uśmiechu, że zapominamy o uczestniczeniu w tym, co mogłoby wywołać na naszej twarzy autentyczny uśmiech. To sprawia, że całe nasze życie jest zafałszowane. Tak też nie chcę żyć. Chcę się uśmiechać po prostu, uśmiechać się szczerze, uśmiechać się jak dziecko.

Jednocześnie – no coś w życiu robić trzeba. Jeżeli ktoś ma minimalne pokłady ambicji, nie marzy o tym żeby zostać jedynie beneficjentem systemu socjalnego. Gdy ktoś nas zapyta – czym się zajmujesz, naprawdę chcemy odpowiedzieć: niczym? Potrzebujemy realnego zajęcia i chcemy je wykonywać, chcemy sami na siebie zarobić. Patrząc na sprawę z drugiej strony – kuszący jest wprawdzie styl życia influencerów publikujących dwa posty miesięcznie, wycenionych po kilkanaście/kilkadziesiąt tysięcy każdy. Ale czy to nie jest jednak taka trochę zabawa w życie? Czy na pewno tak właśnie byśmy chcieli? To takie ustawienie się w komfortowej pozycji, podczas gdy frajerzy muszą pracować. Po co nam studia, po co niełatwe zdobywanie kwalifikacji, uprawnień zawodowych, skoro tak naprawdę naszym celem jest przeprowadzenie się na Majorkę i dolce far niente pod palmami z drinkiem w ręku. Ten drink pod palemką czy też z palemką stał się już takim synonimem najprzyjemniejszej formy życia.

Jeżeli ktoś potrzebuje jednak poczucia sensu w życiu – sama Majorka mu nie wystarczy. Wcześniej czy później dojdzie do wniosku, że to za mało. Że to jest takie płytkie, powierzchowne, miałkie, nieprawdziwe…

Na pewno nie ma na jednej uniwersalnej recepty na życie, każdy musi znaleźć swoją. Tym bardziej uważam, że wkręcanie młodych ludzi w system (przy czym uwaga – ważna kolejność!): studia, stała umowa o pracę, ślub, kredyt hipoteczny, dzieci, duży samochód albo lepiej dwa – jest po prostu bardzo krzywdzące. Sama zostałam zresztą w taki system wkręcona. Ale powoli się wykręcam 😉 Miłej niedzieli 🙂

Dlaczego nie „chodzę” do pracy, choć lubię pracować

 

laptop-2557571_1920

pixabay.com

Nie musisz chodzić do pracy, możesz jeździć 😉  Kiedyś takie cwaniackie odpowiedzi bardzo mnie irytowały, a teraz już tylko śmieszą. A raczej śmieszą mnie osoby stosujące taką formę komunikacji. Takie odwracanie kota ogonem i uciekanie od sedna problemu.

„Chodzenie” do pracy to dla mnie regularne pojawianie się w określonym miejscu i w określonych godzinach w celu wykonywania wyznaczonych czynności. Czyli klasyczna praca na etacie w godzinach 9-17.

Oczywiście, że pracowałam na etacie. Byłam zatrudniona na podstawie umowy o pracę przez  kilka lat po studiach, to taki etap, który chyba każdy/prawie każdy musi przejść. Ten etap jest ważny, ponieważ można sobie wtedy wiele poobserwować i dużo się nauczyć.  Ja jednak na tym etacie dość mocno się męczyłam, za dużo rzeczy mnie uwierało. Gdy teraz słyszę narzekania młodych ludzi, pracujących na umowach zlecenie i umowach o dzieło (czyli na tzw. śmieciówkach),  że brak stabilizacji, że mało kasy, że nie mogą nic zaplanować, że nie dostaną kredytu itd.  – z jednej strony ich rozumiem. Z drugiej strony jednak myślę sobie, że zawsze jest pięknie tam, gdzie nas nie ma. Że ta stabilizacja, jaką daje umowa o pracę na czas nieokreślony może być błogosławieństwem (chociażby ze względu na płatne chorobowe i macierzyński), jak i przekleństwem zarazem. Bo stała praca jednak mocno ogranicza. Sama jestem freelancerką od dobrych kilku lat. Widzę po sobie, ale też po znajomych, którzy porzucenie etatu mają dawno za sobą, że nigdy – przenigdy na etat byśmy nie wrócili. I aspekt finansowy wcale nie jest tu najważniejszy. Zarabiam porównywalnie, jak osoba z podobnymi kwalifikacjami i doświadczeniem, pracująca na etacie w korpo. Tyle, że pracuję od takiej osoby mniej. I to robi różnicę dla jakości życia. Gdybym bardzo chciała (no albo musiała – życie jest życiem) mogłabym się spiąć, pracować więcej i wtedy zarabiałabym pewnie więcej. Tyle że nie chcę i na szczęście na razie nie muszę. Życzliwym wyjaśniam, że nie, nie mam bogatego męża 😉 Również uprzejmie wyjaśniam, że spłacam kredyt mieszkaniowy w CHF i muszę jakoś dawać sobie z tym radę.  Że wściekłam się dziś znowu, widząc kurs franka 3,96 – to inna sprawa.

A jakie są moje powody, dla których raczej na etat nie wrócę? No chociaż – nigdy nie mów nigdy. Życie lubi płatać figle i zawsze trzeba mieć z tyłu głowy, że tak nie do końca jesteśmy panami czy paniami swojego losu. Człowiek myśli, Pan Bóg kryśli. Bóg, los, przeznaczenie, siła wyższa – niech każdy sobie wybierze, co mu pasuje. Dlatego napisałam, że raczej nie wrócę 😉

No to byłoby tak:

1. nie cierpię wstawać wcześnie rano

Jestem typowym nocnym markiem. Wstawanie o szóstej rano to dla mnie męczarnia. A przecież niektórzy wstają codziennie o czwartej! Naprawdę ukłony dla takich osób, bo dla mnie byłaby  to misja nie do wykonania. Podejmowałam próby wcześniejszego wstawania, ale zawsze kończyły się fiaskiem. Dlatego w dni kiedy pracuję, wstaję ok. 8.30.  Jest to pora do zaakceptowania 🙂 Przestawienie pory wstawania po rzuceniu etatu było dla mnie prawdziwym wybawieniem. Nie, nie jest też tak, że pracuję do drugiej w nocy. Ale zdarza mi się do drugiej coś czytać, niezwiązanego z pracą oczywiście, co to, to nie.

Jeżeli ktoś jest skowronkiem, z pewnością mnie nie rozumie. Ale wszystkie sowy rozumieją mnie bardzo dobrze 🙂

2. Mam problem z procedurami i z szefami

No cóż, jestem niezależna, trochę niesubordynowana, mam własne zdanie i potrafię go bronić. Gardzę naginaniem zasad, jeżeli można za to uzyskać jakieś profity. Po części właśnie dlatego wiedziałam bardzo szybko, że korpo to nie moja bajka. Nie cierpię też tych wszystkich sztywnych ram, poza które nie wolno wychynąć. I nie wyobrażam sobie już mieć szefa/ szefowej. Jeżeli  kiedyś na skutek różnych okoliczności musiałabym jednak wrócić do pracy – zaakceptowanie faktu, że muszę kogoś słuchać byłoby dla mnie chyba najtrudniejsze. Słyszałam argument, że prowadząc działalność nie mam wprawdzie jednego szefa, ale mogę ich mieć kilkudziesięciu, bo takimi „szefami” są klienci. Obsługiwałam kiedyś takiego jegomościa, który bardzo chciał zachowywać się jak mój szef. Różnica w stosunku do etatu jest taka, że to ja mogłam mu powiedzieć:  Do widzenia. Moje poczucie, a jego mina – bezcenne 🙂

3. jestem introwertyczna  

Współczesny świat jest uszyty pod ekstrawertyków. Jest dobrze, gdy dużo się dzieje i gdy jest dużo ludzi wokół. Mi jest to w ogóle niepotrzebne. Przez krótki czas pracowałam na open space i czułam się jak w koszmarze. Pracując sama mogę się skupić i wtedy powstają wartościowe rzeczy. Wszystkich introwertyków serdecznie pozdrawiam i polecam zastanowienie się nad pójściem własną drogą 🙂

4. Pracuję wtedy, gdy najdzie mnie wena, a gdy jej brak to idę na spacer

Bez przesady z tą weną, ale każdy na pewno ma dni/ momenty, kiedy pracuje mu się bardzo dobrze, jak i te, kiedy nie może w ogóle z pracą ujechać. Siedzenie na tyłku w takich momentach i zmuszanie się do wykonywania pracy jest całkowicie bez sensu. Nie mówiąc już o tym, że nie powstanie wtedy nic, co chociaż odrobinę wykraczałoby poza przeciętność (dobrze, jeżeli w ogóle do niej dobije). Naprawdę  lepiej jest  w takich momentach odpuścić i zająć się czymś innym. Polecam porządny spacer, ale każdy wie najlepiej, co jemu pomaga.

To nie tak, że czekam na wenę, jak jakaś poetka. Praca nie zając nie ucieknie i moja podświadomość to wie. Wewnętrzna  motywacja sprawia, że ta praca i tak będzie wykonana. Czasami tylko moment/ dzień jest nieodpowiedni i wtedy trzeba sobie darować. Na szczęście nie muszę nikogo pytać, czy mogę sobie na takie darowanie pracy  pozwolić.

5. Mogę słuchać swojego organizmu

Trochę ciąg dalszy poprzedniego punktu. Czasami po przebudzeniu rano, nie do końca wiemy, czy jesteśmy zdrowi, czy nie za bardzo. Nie chodzi mi o konkretną chorobę, tylko o takie – kiepsko się czuję, trochę boli mnie głowa, chyba się przeziębiłam i mam temperaturę 37. Pracując na etacie było to dla mnie trudne do zaakceptowania, że choroba jest traktowana zero- jedynkowo. Albo  ktoś jest chory i wobec tego jest niezdolny do pracy, albo ktoś jest zdrowy i ma robić wszystko na 100%. No rozumiem, system musi jakoś funkcjonować.  Czasami jednak złe samopoczucie wywoływane jest przez stres. A stres z kolei się nasila, bo coś nas boli i nie wyrabiamy się z całą pracą, którą mamy do zrobienia. Jedno nakręca drugie.  Wiadomo też, że nie można ciągle siedzieć na L4, gdy tylko odrobinę źle się poczujemy, bo wcześniej czy później podziękowano by nam za współpracę. Pracując na swoim mogę odpuścić, gdy czuję się niewyraźnie, nie muszę od razu pędzić do lekarza po zwolnienie, a zimą marznąć w drodze do pracy.  Nie jest też tak, że w takie dni nie mogę robić nic. Po prostu zwalniam tempo i załatwiam jedynie sprawy niecierpiące zwłoki. Inne mogą poczekać. Nam się tak tylko wydaje, że wszystko musi być zrobione ASAP. Najczęściej tak się tylko wydaje. Jeżeli organizm każe nam zwolnić, widocznie tego potrzebuje i powinniśmy go posłuchać. To o wiele lepsze niż kolejne tabletki przeciwbólowe popijane kawą.

6. Mam więcej „urlopu” niż pracując na etacie

26 dni przysługującego urlopu na 365 dni w całym roku to chyba jakieś niedopatrzenie ustawodawcy  😉  Do tego urlop wymaga każdorazowo akceptacji,  bardzo często pracownicy mają też zaległy niewykorzystany urlop. Nawet jeżeli udaje się takiej przepracowanej osobie w końcu gdzieś wyjechać, ona jest już tak zmęczona, że nie może w pełni się zregenerować. Odkąd świadomie ograniczyłam ilość pracy, udaje mi się wygospodarować min. 1 tydzień wolnego w miesiącu – licząc bez weekendów – wychodzi 5 dni x 12 miesięcy = 60 dni wolnych w roku. Nie jest chyba tak źle, prawda?  Ktoś może zapytać, czy to jest prawdziwy urlop, tzn. taki gdy mogę w ogóle o pracy nie myśleć, nie odbierać telefonów i maili. To zależy – jeżeli wyjeżdżam gdzieś dalej na dwa tygodnie, po prostu informuję o tym klientów i oni starają się nie dzwonić. Z drugiej strony – ja wręcz każę im się kontaktować, gdyby coś już naprawdę się waliło i paliło.  Zazwyczaj można zaproponować jakieś prowizoryczne rozwiązanie, a po urlopie zająć się tym porządnie. To naprawdę lepsze niż „zostawić sprawę leżeć” na dwa tygodnie. W pozostałe „urlopy” jestem do dyspozycji pod telefonem i mailem, zdarza mi się pracować w hotelu przez 2-3 godziny. W dni, kiedy robię sobie wolne od pracy, niekoniecznie muszę zresztą gdzieś wyjeżdżać. Mogę pozałatwiać prywatne sprawy, posprzątać w domu, zaprosić gości i coś dla nich ugotować czy oddać się słodkiemu dolce far niente. To ostatnie też jest bardzo ważne! Żeby od czasu do czasu było, po prostu.

7. Nie muszę codziennie trzymać się dress codu

Jak każda kobieta lubię się czasem ładnie ubrać. Rozumiem, że pewne sytuacje wymagają trzymania standardów i podczas biznesowych spotkań trzeba wyglądać raczej formalnie niż frywolnie. Codzienne jednak ubieranie się w korporacyjny mundurek było dla mnie naprawdę męczące. Teraz mam luz. Gdy pracuję z home office – no to wiadomo – luz całkowity. Gdy idę do biura, ale nie spodziewam się raczej nikogo – strój może być półformalny, bo nigdy nie wiadomo, czy jednak ktoś nie wpadnie.  Gdy mam umówione ważne spotkanie – wyglądam jak spod igły. Co więcej – to wystrojenie się od czasu do czasu sprawia mi naprawdę radość. Pamiętam za to, że nienawidziłam wcześniej codziennego prasowania bluzki lub koszuli. Wtedy był przymus, a teraz jest wybór. I tak jest fajnie.

Popatrzyłam sobie jeszcze raz na te punkty, które wypisałam i widzę, że większość jest na NIE. Nie chcę, nie lubię, nie mogłabym. Może to po prostu sposób myślenia, nad którym powinnam popracować – tzn. przestawić się z komunikatów negatywnych na pozytywne. Nie wykluczam tego. No i znowu NIE 😉 Ale może ja uciekłam z tego etatu, bo naprawdę  coś jest z takim systemem pracy nie w porządku. Kultura pracy jaka jest,  bardzo często każe się nie wychylać, a jedynie wykonywać polecenia i odhaczać zadania zrobione zgodnie z procedurami. Gdzie tu jest miejsce na kreatywność, a także na indywidualizm pracowników? Ile potencjału tych pracowników jest marnowane. W Europie już się coś w tej materii zmienia, bo bardzo na topie jest idea new work, o której tutaj już też pisałam. U nas pewnie jeszcze trochę na zmiany poczekamy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

w zasadzie chodzi o to samo/ im Grunde genommen geht es um das Gleiche

 

angel-3244681_1920

Zazwyczaj piszę, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. No cóż, tak zwykle jest. Ale dzisiaj nie chciałabym pieniędzy w ogóle dotykać. Zastanowiło mnie, dlaczego bardzo mądrzy ludzie, żyjący w odległych epokach,  dochodzili niezależnie od siebie do tych samych rezultatów. Co więcej – te ich ostateczne wnioski są – wydawałoby się – bardzo proste. Z naciskiem na wydawałoby się.

Jestem np. wielką fanką „Fausta” Goethego (ach ta niezrealizowana germanistyka ;-)) Tytułowy bohater po zwątpieniu w cały swój dorobek naukowy i życiowy stwierdza: „jestem tak mądry jak i wprzódy”. Faust, aby poznać sens istnienia zawiera pakt z diabłem, zaznaje miłości,  ostatecznie znajduje szczęście w pomaganiu innym ludziom.

Albo jeszcze raz Goethe, ale to już w Cierpieniach młodego Werthera: „To miłość sprawia, że świat jeszcze nie oszalał”. No fakt, po tych wszystkich okropieństwach, które się na przestrzeni dziejów wydarzyły, w zasadzie powinien oszaleć milion razy.

Z kolei taki Dante też musiał sobie mocno zwątpić i na 99,99 % zaliczył coś na kształt kryzysu wieku średniego, skoro napisał coś takiego:

„W życia wędrówce, na połowie czasu
Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,
W głębi ciemnego znalazłem się lasu”

Że co? Że to nie my wynaleźliśmy midlife crisis? No niekoniecznie – zdarzał się już wcześniej (tyle tylko, że pewnie przytrafiał się dwudziestokilkulatkom, biorąc pod uwagę, jak krótko żyli kiedyś ludzie). Chodzi o to, że do pewnego momentu żyjemy życiem, które ktoś nam nakreślił linijką i ołówkiem, ten szkic wydaje się bardzo porządny, czysty,  właściwy i prosty. Jedyny problem polega na tym, że jest … nie nasz. Że to nie my go narysowaliśmy. No to np. Dante podejmuje swoją wędrówkę do piekła, czyśćca i raju. Spotyka … oczywiście znowu miłość, no i to ma znowu sens 🙂 dobrze, że chociaż coś ma!

Myśląc miłość pierwsze co przychodzi do głowy to miłość pomiędzy mężczyzną a kobietą, ale tak naprawdę może też chodzić po prostu o miłość do drugiego człowieka. Może bez chemicznych uniesień, ale przynajmniej w sensie: jesteś mi bardziej przyjacielem niż wrogiem, kimkolwiek jesteś, życzę Ci dobrze, wszyscy jesteśmy w jakiś sposób połączeni …

No właśnie – a o tym, że wszyscy jesteśmy połączeni –  pisał już Marek Aureliusz, który żył w II w. n.e. On w ogóle miał ogromny respekt wobec tzw. Wszechnatury i uważał, że jesteśmy jedynie jej malutką cząstką.  Przecież w czasach kiedy żył Marek Aureliusz,  fizyka w porównaniu z dzisiejszą była naprawdę w powijakach, a to w jego „Rozmyślaniach” przeczytałam, że trzeba szanować każde najmniejsze stworzenie, bo składa się z takich samych atomów jak my. Co za mądry gość!

A to samo co Marek Aureliusz pisze w zasadzie współczesna nam Scilla Elworthy w świetnej książce „Ostatni moment. Jak wspólnie możemy ocalić nasz świat”. Książka traktuje m.in. o ekologii, ale zamiast skupiać się na baby steps typu bambusowa szczoteczka do zębów proponuje o wiele dalej idącą zmianę –  zmianę świadomości. Z konkurencji na współpracę. Z rywalizacji na wzajemny szacunek, na zrozumienie tego, że JA tak w zasadzie jestem trochę TOBĄ, a TY jesteś trochę MNĄ (może brzmieć dziwnie w pierwszej chwili, ale gdy się trochę nad tym pomyśli, dochodzi się do wniosku, że coś jest na rzeczy).

No i z mądrych rzeczy jest oczywiście jeszcze Biblia. Akurat tutaj wolałabym skupić się na Nowym Testamencie bardziej niż na Starym, ponieważ w Starym  jest niestety bardzo dużo okrutności i mam problem z interpretacją tego, co tam jest napisane. (No mam nadzieję, że kamienowania niewiernej żony nie zachce się nikomu dzisiaj praktykować). W Nowym Testamencie znajdziemy za to wiele zadziwiająco aktualnych prawd.

Jest jakaś tajemnica, której Ci wszyscy wielcy ludzie dotknęli. Może tylko musnęli. Zwykły śmiertelnik pewnie też zadaje sobie te wszystkie pytania, ale nie potrafi tego wszystkiego tak zgrabnie ująć w słowa, nie każdy rodzi się Wolfgangiem Goethe.

Taka trochę zbieranina od Sasa do Lasa mi wyszła, ale może właśnie dobrze. Bo to pokazuje, że człowiek od zawsze czegoś szukał, czegoś potrzebował, co miało nadać sens jego życiu. Bardzo często ktoś taki wybiera się w podróż bez określonego z góry celu i to ta podróż miała przynieść odpowiedzi.  Pisząc to ja nie odkrywam jakiejś Ameryki, bynajmniej. Niezależnie jednak od tego, z której strony ugryziemy temat – dochodzimy do mniej więcej tego samego – miłość do drugiego człowieka, pomoc innym, respekt dla natury. That’s it.

Proste? Tak, wydaje się bardzo proste.  A gdzie tu są pieniądze? Nie ma ich. Po prostu ich nie ma. Czy jestem jednak aż taką dyletantką, która twierdzi,  że pieniądze w ogóle nie są ważne?

Nie.

No i nie jest już niestety tak prosto 😦

———————————————————————————————————–

Ich habe hier schon mehrmals geschrieben – wenn niemand weiss, worum es geht, muss es sich ums Geld handeln. Na ja, so ist es auch überwiegend. Heute möchte ich aber das Thema Geld gar nicht anfassen. Ich hab’ mir mal überlegt, warum echt kluge Menschen, die in verschiedenen Zeiten gelebt haben, zu den selben Ergebnissen  gekommen sind. Mehr noch – deren Schlussfolgerungen scheinen sehr einfach zu sein. Mit Druck auf „scheinen”.

Ich bin z.B. ein großer Fan von dem Werk „Faust” (Ach,  dieses nicht realisierte Germanistikstudium 😉 )  Faust als Hauptfigur ist schon sehr an seinem wissenschaftlichen Werdegang  und überhaupt an seinem Leben verzweifelt wenn er feststellt: „da steh’ ich nun, ich armer Tor und bin so klug als wie zuvor„. Der Faust schliesst demnächst einen Vertrag mit dem Teufel ab, er lernt die Liebe kennen, letztendlich findet er sein Glück, indem er anderen Menschen helfen kann.

Vielleicht noch Mal Goethe, aber diesmal in den Leiden des jungen Werthers:  „Es ist Liebe, die es macht, dass die Welt noch nicht verrückt geworden ist”. Ja stimmt, nach so vielen Grausamkeiten, die geschehen sind,  hätte die Welt Million Mal verrückt werden müssen.

So ein Dante Alighieri musste schon auch verzweifelt sein und hat zu 99,99 % ein midlife crisis auf eigener Haut erlebt, wenn er so was geschrieben hat:

„Auf dem halben Weg des Menschenlebens
fand ich mich in einem finstern Wald verschlagen,
weil ich vom graden Weg mich abgewandt”

Wie bitte? Sind es nicht wir, die midlife crisis erfunden haben? Na, nicht unbedingt, offensichtlich hat es auch schon früher gegeben. (Vielleicht erlebten es aber schon  fünfundzwanzigjährige, wenn man in Kauf nimmt, wie kurz früher Menschen gelebt haben). Es geht im Grunde darum – wir fühlen uns sehr oft so, als wenn  jemand anderer unser Leben mit Lineal und Bleistift entworfen hätte. Die Skizze scheint sehr gerade, ordentlich, sauber und einfach zu sein, das einzige Problem liegt daran … es ist nicht unsere Skizze. Da wir unser Leben nicht selber umrissen haben. Der Dante macht dann seine Reise – in die Hölle, Fegefeuer und Himmel. Er trifft natürlich auch die Liebe auf diesem Weg und Liebe ist wieder das, was Sinn macht 🙂 Ja, schon gut, dass mindestens irgendwas macht.

Wenn  wir Liebe denken, ist natürlich Liebe zwischen Mann und Frau das erste was einfällt. So wirklich aber kann auch Liebe zu dem anderen Menschen gemeint werden. Vielleicht ohne die starke Chemie, aber mindestens in dem Sinne: Du bist mir mehr Freund als Feind, egal wer Du bist, wünsche ich Dir gut, wir sind alle auf eine gewisse Weise verbunden …

Tja – darüber dass wir alle verbunden sind  und überhaupt alles in der Welt verbunden ist-  hat schon  Mark Aurel geschrieben, der im II Jahrhundert n.Chr. lebte. Darüber hinaus hatte er Riesenrespekt für die Natur. Man kann es doch gar nicht vergleichen, auf welchem Niveau Physik zu seinen Zeiten war und auf welchem heute ist. Aber ich habe eben in seinen Selbstbetrachtungen gelesen, dass man auf das kleinste Lebewesen achten soll, weil es sich aus gleichen Atomen wie unsere zusammensetzt. Was für ein kluger Kerl!

Und ungefähr das Gleiche wie Mark Aurel schreibt die gegenwärtige  Scilla Elworthy  in ihrem Buch Pioneering the Possible.  Das Buch ist über Umweltschutz, anstatt  aber auf Baby Steps wie Bamboo – Zahnbürste den Focus zu legen, schlägt die Authorin eine viel weiter gehende Änderung vor – Änderung vom Mindset. Umstellung von der Konkurrenz auf die Zusammenarbeit, von der Rivalität auf den gegenseitigen Respekt, aufs Verständnis, dass  ICH ein bisschen DU bin…   und DU bist ICH  (das mag sich schwierig anhören, aber wenn man ein bisschen länger nachdenkt – folgt man schon – es ist was dran).

Aus den klugen Sachen gibt es natürlich noch die Bibel. Hier konzentriere ich mich jedoch lieber auf das Neue Testament. In dem Alten Testament gibt es für mich zu viele Grausamkeiten und da fällt mir die Interpretation schon schwer. Bzw. vielleicht kenne ich es nicht gründlich genug.

Es gibt ein Geheimnis, das die hier erwähnten klugen Menschen angerührt haben. Mindestens versuchten es zu tun. Ein normaler Sterblicher stellt sich doch auch manchmal unterschiedliche Fragen, kann diese aber nicht so geschickt in Worte fassen. Nicht jeder wird als Goethe geboren. Von den „klugen Menschen” hat sich bei mir so ein Mix eingesammelt. Vielleicht ist aber auch gut so, weil es gut zeigt, dass der Mensch immer nach etwas gesucht hat, was seinem Leben Sinn geben sollte. Ganz oft macht sich so jemand auf eine Reise,  ohne vorab bestimmtes Ziel zu haben und es ist die Reise, die Antworte bringen soll. Damit, was ich hier schreibe,  entdecke ich auch bestimmt Amerika nicht.  Abgesehen davon von welcher Seite wir das Thema anfassen – kommen wir jedoch zu den gleichen Ergebnissen – die Liebe zum anderen Menschen, Hilfe an andere, Respekt für die Natur. That’s it.

Einfach? Ja, es scheint sehr einfach zu sein. War hier übers Geld die Rede? Nein, überhaupt nicht. Wage ich mir aber zu sagen, Geld sei mir total unwichtig? Eher nicht.

Dann wird’s leider nicht mehr so einfach 😦

high performer vs. pracoholik

stopwatch-2061851_1920

Stało się popularne takie powiedzonko, a raczej wskazówka – don’t work hard work smart – nie pracuj ciężko, pracuj mądrze. Chociaż to angielskie smart to też takie  sprytnie. Czyli ma chodzić o to, żeby nie napracować się za bardzo, a osiągnąć jak najlepsze efekty (zwłaszcza finansowe, po co inne).  I ja się z tym tak nie do końca zgadzam, bo mam uczulenie na cwaniaków, którzy cieszą się, że ustawili się w uprzywilejowanej pozycji, a innych uważają za frajerów. Zostałam chyba tak wychowana, że pracę powinno się wykonywać nie sprytnie, nie w cwany  sposób, ale … dobrze. Po prostu. A żeby praca była wykonana dobrze, jednak coś trzeba w nią włożyć, nie można chodzić tylko na skróty.  Na pewno nie jest jednak sztuką zaharowywać się od rana do wieczora, bo to skrócona droga na cmentarz, a aż tak bardzo tam mi się nie spieszy. Podobają mi się za to ludzie, którzy są tzw. high performerami, czyli osobami które osiągają świetne efekty, jednak nie dzięki pracy na akord, a o wiele bardziej dzięki temu  kim są i jacy są. Nie znalazłam niestety dobrego tłumaczenia określenia high performer na polski.

Pokusiłam się aż o zrobienie takiej tabelki, w której porównałam sobie high performera z pracoholikem (nie wiem, co mnie naszło, żeby w sobotę robić takie rzeczy, naprawdę). Pracoholik rozumiany jest najczęściej jako osoba uzależniona od pracy, ale przyjmijmy na potrzeby tej tabelki, że to po prostu ktoś, kto bardzo, bardzo dużo pracuje, abstrahując już od przyczyn takiego stanu rzeczy.

Opracowanie własne 🙂

High performer

Pracoholik

Zna swoją wartość – jako profesjonalisty i jako człowieka

Ma niskie poczucie własnej wartości i szuka potwierdzenia tej wartości u innych. Bardzo często to właśnie poprzez pracę próbuje siebie docenić.  

Wtedy, kiedy trzeba pracuje na 100 %. Wartość dodana jego pracy jest bardzo duża, bo przystępując do tej pracy jest wypoczęty, naładowany dobrą energią.

Cały czas zasuwa na 110 % swoich możliwości. Grozi mu szybki burn out, jest ciągle zmęczony i zestresowany, często choruje, wspomaga się kawą i innymi energetykami (oby tylko tym)

Jest fachowcem w swojej dziedzinie, ma opanowany warsztat pracy i posiada merytoryczną bazę. Udokumentowane kwalifikacje rozumieją się same przez się.

Nawet jeżeli ma kwalifikacje na papierze nie czuje się całkiem mocny w tym, co robi. Często stosuje przerost formy nad treścią.

Stosuje pracę interwałową – pracuje intensywnie i w skupieniu, ale potem  wypoczywa, ładuje akumulatory, stawia na re-kreację, pozwala przetwarzać się informacjom w głowie, pozwala, żeby pomysły same do niego przychodziły

Pracuje cały czas

Dba o swoje zdrowie fizyczne. Nie zaniedbuje snu, zdrowo się odżywia, nie ogląda telewizyjnej papki

nie ma czasu” na dostateczne zadbanie o sen, zdrowe odżywianie, aktywność fizyczną, bo przecież musi pracować! Dla relaksu ogląda seriale.

Często łapie flow i wykorzystuje te momenty na najbardziej kreatywną pracę

Wyznacza sobie ściśle określony czas na wykonanie jakiegoś zadania – np. od 13-stej do 15- stej muszę to zrobić

Nigdy nie traci z oczu sedna problemu

Widzi źdźbło nie widzi belki

Potrafi ustalać priorytety

Robi wszystko naraz – małe głupie rzeczy zabierają mu cenny czas i energię. Na te ważne sprawy ich już nie starcza

Ma bogate życie poza pracą- rodzinę, przyjaciół, hobby, sport, książki, podróże

Praktycznie nie ma życia poza pracą, ponieważ ta go całkowicie pochłania. Nawet jeżeli ma rodzinę – jest obecny w domu fizycznie, ale nie mentalnie.

Naturalnie i przyjaźnie się uśmiecha

Ma spięte ciało, uśmiech nawet jeżeli jest na twarzy – to sztuczny

Rozumie, że ten się nie myli, kto nic nie robi. Dlatego wie, że błaha pomyłka absolutnie nie świadczy o braku profesjonalizmu. Np. z powodu literówki raczej się uśmiechnie niż załamie. Za to nigdy nie popełni poważnego zawodowego błędu

Jest perfekcjonistą nie tam gdzie trzeba – uważa, że nie może sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Tak naprawdę nie jest pewien swoich umiejętności a perfekcjonizmem stara się to przykryć. Tak skupia się na wykonaniu rzeczy mniej istotnych- np. na idealnym formatowaniu tekstu, że może przeoczyć ważną sprawę.

Ma wyniki!

Ma pracę do zrobienia

Cieszy się, gdy spotyka profesjonalistę na wysokim poziomie i może sobie z nim porozmawiać jak równy z równym. A jeżeli spotyka kogoś bardziej doświadczonego od siebie – cieszy się, że może się czegoś nauczyć.

Boi się, że zostanie zdemaskowany jego brak wiedzy i doświadczenia. Nie potrafi przyznać się, że czegoś nie wie, w takich sytuacjach zmienia temat albo daje głupią odpowiedź

Jeżeli jest pracownikiem – podejmuje merytoryczną dyskusję z szefem i mówi mu w twarz, jeżeli się z nim nie zgadza

Boi się szefa i wykonuje jego polecenia bez słowa sprzeciwu nawet jeżeli się z nimi nie zgadza

Cieszy się na ciekawe spotkania/ projekty/ zadania/ zlecenia

Wszystko traktuje jak przymus: muszę zrobić to, muszę to, muszę tamto. Te zadania tak go poganiają i wyczerpują, że nie ma już miejsca na żadną radość

Pieniądze wcale nie są głównym motywatorem do pracy, ale high performer ma wysokie stawki za swoją pracę i nie ma oporów przed ich oferowaniem. Klient wie jednak, że płaci za naprawdę wysoką jakość

Główną motywacją do pracy są pieniądze. Niestety ilość pracy często bierze górę nad jakością

Nie będę ukrywać, że mam za sobą okres pracoholizmu. Ale w pewnym momencie coś we mnie zastrajkowało i stwierdziłam, że to bez sensu. Że jest to bardzo destrukcyjne. O tyle dobrze, że przez ten okres wytężonej pracy jednak czegoś się nauczyłam, coś sobie poobserwowałam. I teraz naprawdę mogę powiedzieć, że po pierwsze udało mi się znacznie zwolnić, a po drugie, że coś wychodzi z tego, co robię.Czy jestem high performerką? Nie wiem, chyba nie spełniam wszystkich kryteriów, które sama wymieniłam.  Chciałabym  nią być. Jeżeli jeszcze nie teraz, to kiedyś.

Tak sobie myślę, że młodzi ludzie bardzo często udają, że są wysokiej klasy specjalistami. Za wszelką cenę chcą sprawiać takie właśnie wrażenie.  I po co to. Przecież  w wieku 25 – 29 lat bycie naprawdę, ale tak naprawdę wysokiej klasy fachowcem jest niemożliwe. Nie da się przeskoczyć 10-15-20 lat solidnej, ciężkiej, codziennej pracy. I naprawdę najbardziej tęga mina tu nie pomoże, bo ktoś bardziej doświadczony i  tak w mig rozpozna dyletanta. Dobrze i celnie zadane pytanie – no cóż – wprawia taką młodą osóbkę w lekkie zakłopotanie 😉 Piszę to, bo sama kiedyś dałam się nabrać, myślałam, że ja muszę być taka high professional. I również zdarzyło mi się, że ktoś mnie zdemaskował 😉  Zrobiłam sobie tym udawaniem dużą krzywdę, bo pod skórą czułam, że oszukuję – zarówno klientów, jak i siebie. Z drugiej strony – no takie są realia zawodowego świata – prawie wszyscy udają 😦 Ehhh, cieszę się, że jestem już trochę starsza i przejrzałam na oczy 🙂

 

 

 

 

jak nie spaść z wysokiego konia

mammal-3330882_1920

Aby nie spaść z wysokiego konia – należy na niego nie wsiadać. Brawo, pięć punktów za błyskotliwą odpowiedź 😉 A tak na poważnie to od dzieciństwa jesteśmy stymulowani do osiągnięcia czegoś w przyszłości. W zasadzie w dorosłym życiu  nie jest inaczej. Możliwości rozwoju nie brakuje,  mówcy motywacyjni i coache na brak zajęć raczej nie narzekają.  W każdym bądź razie –  im wyższy ten koń, na którym się siedzi,  tym lepiej, tym bardziej podziwia się taką osobę. Ten koń jest piękny, jazda na takim koniu wydaje się czymś wspaniałym, nie twierdzę, że nie.

Pewnie większość z Was kojarzy przypowieść o talentach (Mt, 25, 14-30). Tak dla przypomnienia w dużym skrócie chodzi tam o to, że właściciel dużego majątku wybierał się w podróż i powierzył swoim sługom majątek w ten sposób, że jednemu słudze wręczył pięć talentów, drugiemu trzy, a ostatniemu jeden. Kiedy wrócił zapytał swoich sług, jak wykorzystali te talenty. Pierwsi dwaj słudzy, którzy pomnożyli otrzymane talenty,  zostali przez Pana bardzo pochwaleni.  Natomiast trzeci  sługa, który z obawy przed utratą swojego jedynego talentu, zakopał go w ziemi a potem ten sam talent oddał swemu Panu – został nazwany sługą złym i gnuśnym 😦  Sługa ten został też wyrzucony z majątku. Przypowieść kończy się  dość „kapitalistyczną” konstatacją –  „każdemu kto ma, będzie dodane tak, że nadmiar mieć będzie. Temu zaś kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma”. Warto też zauważyć, że ten trzeci sługa nie stracił tego jednego talentu, nie przetrwonił go, nie przehulał. On po prostu zachował się asekuracyjnie, ostrożnościowo. W takim kontekście można zapytać – czy przechowując pieniądze na nieoprocentowanej lokacie, ponieważ boimy się ryzyka (a to jest ogromne!) i nie chcemy tych pieniędzy inwestować – jesteśmy sługami złymi i gnuśnymi?

Interpretując przypowieść – jako „talenty” można rozumieć zarówno pieniądze, majątek, jak i własne uzdolnienia, te otrzymane talenty właśnie. W przypowieści talent oznacza tak w ogóle jednostkę wagi, czego dokładnie – tego już nie wiemy, ale możemy zakładać, że było to coś bardzo cennego.

Ja nie chcę tu epatować religią, szanuję  prawo każdego do wyboru zgodnego z własnymi przekonaniami. Na pewno jednak przesłanie tej przypowieści jest bardzo zbieżne z założeniami obecnego (albo po prostu – cały czas jednego i tego samego) systemu. Że talent trzeba rozwijać, nie można go zmarnować/ pieniądze trzeba pomnażać, nie wolno pozwalać im pasywnie leżeć, ponieważ wówczas tracą na wartości.

No to teraz proszę mi powiedzieć – czy rzeczywiście TRZEBA. Czy ktoś uzdolniony np. z matematyki musi kończyć tę politechnikę, a potem MUSI zarabiać pieniądze. Jeżeli ktoś realizuje taki scenariusz – można go pochwalić i stwierdzić, że dobrze wykorzystał swój talent/ swoje talenty.  A tak naprawdę to staje się wówczas idealnym trybikiem w całym systemie. I niewiele ponad to. Czy jeżeli ktoś taki wybierze zupełnie inną drogę  – np. będzie grał na ulicy na gitarze i śpiewał, przy czym uściślijmy  – nie będzie to optymalne wykorzystanie jego kolejnego talentu, lecz raczej chałtura – to będzie on „sługą złym i gnuśnym”? Przecież on nie wyrządzałby nikomu krzywdy. Czy kogoś w ogóle interesuje, co takiej osobie da więcej szczęścia? Jeżeli ambitna praca jako dobry inżynier – super, jest spójność. Ale jeżeli taka praca całkowicie kogoś  wyczerpuje, jeżeli on nie chce siedzieć przez 9 godzin w szklanym biurowcu, tylko – mimo maksymalnego wyniku z matematyki rozszerzonej  na maturze – właśnie chce grać na tej gitarze i ma w tyłku pieniądze?  Gdzie tu jest wolność wyboru? I szacunek dla tego indywidualnego wyboru? Trochę specjalnie przejaskrawiłam ten przykład, ale chciałam pokazać, że ocena społeczna takiego zdolniachy, który dobrowolnie rezygnuje z wykorzystania swojego potencjału byłaby jednak negatywna.

Ponieważ raczej nikt nie chce  być określany mianem sługi złego i gnuśnego – większość ludzi podejmuje ten wysiłek –  intelektualny, emocjonalny i energetyczny – aby dobrze wykorzystać te otrzymane talenty. Czasem jest to wydatek energetyczny ponad siły, ponieważ ktoś chce za bardzo, a zdarza się też, że ktoś  przeszacuje ten swój talent, tzn. nie jest wcale aż tak zdolny jak mu się wydawało.  Ludzie podejmują ryzyko  i jak to z ryzykiem – raz się uda a raz nie. Inaczej nie byłoby to ryzyko. Wychwala się tylko tych, którym się udało. A co z tymi, którym się nie powiodło?  Ktoś się nimi przejmuje w ogóle? Gdzie jest dla nich miejsce?

No i tu dygresja. Nigdy nie myślałam, że będę pisać o Andrzeju Lepperze. Nie będę wchodzić w politykę ani też roztrząsać przyczyny jego śmierci. Kiedyś zrobił jednak na mnie wrażenie artykuł o nim w „Polityce” autorstwa też już nieżyjącej Janiny Paradowskiej. Dziennikarka prześledziła jego drogę i stwierdziła, że w pewnym momencie osiągnął jednak niekwestionowany sukces. Jak wiadomo – chłopak uwierzył w siebie, bo został odpowiednio zmotywowany właśnie przez takich, co to mówią: możesz wszystko. Jak  to się skończyło dla Leppera –  wiadomo. To Paradowska o Lepperze napisała właśnie, że spadł z za wysokiego konia, bo na zbyt wysokiego konia został wsadzony. A na końcu artykułu zamieszczono takie zdjęcie, na którym Lepper patrzy z miłością na dojrzały łan zboża i to zdjęcie było podpisane:   był dobrym rolnikiem …

O co mi tak w zasadzie chodzi? O to, żeby uważać z przestymulowaniem, zarabianiem pieniążków, ambicją itd.  I w ogóle żeby uważać 🙂

Taki trochę manifest lenistwa i głupoty mi tym tekstem wyszedł? Luz 😉

Tak sobie myślę jednak, że chyba jest jeszcze jeden sposób na uniknięcie upadku z wysokiego konia. Oprócz po prostu niedosiadania go. Czasami orientujemy się, że już siedzimy na tym koniu, wtedy na radę „nie wsiadaj” jest już za późno. Jednocześnie czujemy, że ten koń staje się coraz bardziej niespokojny, narowisty, że być może chce nas zrzucić. Albo sami zaraz z niego spadniemy ze zmęczenia. Albo też przymierzamy się do skoku na kolejną przeszkodę, ale ta przeszkoda jest już dla nas za wysoka i możemy się już tylko na niej połamać. W najgorszym przypadku kręgosłup. I to jest chyba ostatni moment, żeby tego konia zatrzymać i spokojnie z niego zsiąść. Wyłapania tego momentu, kiedy można jeszcze wyhamować – wszystkim bardzo mocno życzę.

 

śmieci

Mam wrażenie, że nareszcie coś drgnęło. Coraz więcej osób rozumie, że nie może być dalej tak jak jest, że plastik nie jest fantastic. Wielka jak trzy Francje pacyficzna plama śmieci unaoczniła wielu ludziom, że plastik naprawdę nie znika, czyli że nawet ten recycling jest przereklamowany. Gdyby recycling rzeczywiście rozwiązywał problem – ta plama nie miałaby prawa powstać. A powstała. Mam ogromną nadzieję, że dotarło, że jeżeli będziemy postępować jak dotychczas – zasypiemy się po czubek nosa. Czasami taka szokowa terapia jest potrzebna.

Zawsze musi być coś dla równowagi, więc na przeciwległym biegunie mamy ideę zero waste, która pozostanie jednak raczej w sferze utopii. Można za to starać się wdrażać w życie less waste i tu jest już pole do popisu dla każdego. Tak się składa jednak, że nie jest łatwo zostać less waste’owcem- nie sprzyja temu cały system. On jest tak skonstruowany, żeby po pierwsze kupować, kupować, kupować, a po drugie, żeby było lekko i przyjemnie. Łatwiej jest wyrzucić jednorazowy kubek, niż nosić ze sobą własny i potem jeszcze go myć. Żeby mieć ze sobą kubek czy butelkę, wypadałoby mieć też jakąś torbę lub plecak. A te już nie zawsze idealnie komponują się z całością wizerunku na dany moment. W damskiej torebce jak wiadomo mieści się wszystko, ale na sporych rozmiarów kubek i/lub butelkę może już tego miejsca zabraknąć. A panowie to w ogóle najchętniej chodzą z wolnymi rękami, wygoda przede wszystkim.  Niektóre porady z zakresu ograniczania ilości śmieci są też beznadziejne. Np. napełnianie własnej butelki wodą z kranu w publicznej toalecie nie jest dobrym pomysłem, bo roi się tam od fruwających w powietrzu bakterii, zwłaszcza e.coli. Tak, piję filtrowaną wodę z kranu, ale mogę napełnić butelkę w domu, w kuchni w biurze czy w hotelu. W publicznej toalecie  na lotnisku czy na dworcu kolejowym – nigdy. Pokazuje to, że brakuje po prostu infrastruktury, która sprzyjałaby zachowaniu redukującemu śmieci. Mam tu na myśli np. popularne w USA poidełka, których w Polsce za często niestety nie uświadczysz. (Poidełka są świetne, ponieważ są higieniczne). Również jeżeli  ktoś ma pracę związaną z częstymi podróżami służbowymi – niegenerowanie śmieci też będzie dla niego dużym wyzwaniem. W hotelu raczej nikt nie ugotuje sobie obiadu do lunchboxa. Nie wolno też zabierać nic ze śniadania, co ja akurat uważam za niesprawiedliwe, bo jestem szczupła i w ogóle mało rano jem, więc sponsoruję częściowo śniadanie większym łakomczuszkom. (Z drugiej strony mogę sobie wyobrazić, jak wyglądałoby zaprowiantowanie przez niektórych, gdyby tej zasady nie było, hotele by zbankrutowały).  Wracając jednak do śmieci –  uważam, że w niektórych sytuacjach mamy prawo się rozgrzeszyć. Ekologia powinna się plasować przed wygodą, ale jednak za zdrowiem.

Ze śmieciami większym problemem niż ta przykładowa podróż służbowa jest moim zdaniem codzienny styl życia wielu osób, który jest po prostu stylem „na leniuszka”. Bogata oferta usługowa bardzo w tym pomaga.   Po co mam gotować, skoro mogę zamówić jedzenie na wynos w styropianie. Albo mogę zjeść na mieście – też w styropianie albo czymś podobnym. Mogę też zamówić sobie dostawę diety pudełkowej, która generuje ok. 10 pudełek dziennie.   Można tu zastanawiać  się, czy to popyt wygenerował podaż, czy odwrotnie – wszechobecna reklama pokazuje, że taki sposób postępowania jest OK, że tak jest fajnie. Fastfoody są tanie i szybkie, lokale serwujące swoje dania na tradycyjnych talerzach nie mogą z nimi konkurować  ani ceną ani szybkością przygotowania. Konsument chce mieć tanio  i szybko – no to ma. Ale czy coś może być jednocześnie tanie, szybkie i dobre? (w szerszym kontekście, nie tylko smakowo czy odżywczo, bo tutaj dieta pudełkowa byłaby akurat OK). Raczej nie, dotyczy to zresztą wszystkiego, nie tylko jedzenia.

Żeby było jasne – absolutnie nikogo nie chciałam tym „leniuszkiem” obrazić. Czasami jest tak, że ktoś z pewnością nie jest leniem, może być wręcz jego przeciwieństwem – np. ktoś pracuje tak dużo, że po pracy nie starcza mu już sił na żadne gotowanie ani w ogóle prawie na nic. Kupienie czegoś i zjedzenie na szybko jest w takiej sytuacji jedynym sposobem, żeby w ogóle funkcjonować. Tylko … czy na pewno chcemy tak właśnie funkcjonować?  Czy to normalne, że taki model stał się normą 😉

I tak sobie myślę, że do ograniczenia ilości śmieci bardziej potrzebna jest raczej ogólna zmiana świadomości zamiast promowania w ramach less waste tych bambusowych szczoteczek do zębów. Że tylko odejście od tego dużo, tanio  i szybko może nas uratować. Ale tu akurat musi zmienić się coś od góry, nie można mieć pretensji tylko do zwykłych ludzi, że te śmieci generują.  Ktoś ten plastik produkuje a ktoś inny opakowuje w plastik swoje produkty. Konsumenci korzystają z oferty takiej, jaka jest. Jeżeli ktoś podejmuje decyzję, że chce być less waste, musi iść pod prąd, musi być super hero, a nie można czegoś takiego wymagać od zwykłych ludzi, zresztą to nigdy się nie udaje. Większość ludzi nie jest super hero, bynajmniej.  Inicjatywa UE o zakazie stosowania jednorazowych sztućców i talerzyków jest super, niestety reszta świata cały czas zdaje się nie bardzo przejmować problemem.

Pochwaliłam USA za poidełka, ale tak naprawdę to ta pacyficzna plama śmieci nie przez przypadek powstała u wybrzeży tego kraju. Bo to właśnie tam wszystkiego jest dużo, tanio i szybko. I prawie wszystko kręci się wokół pieniądza. W USA np. w hotelach – i to wcale nie tych naj-najtańszych-  śniadania je się na jednorazowych talerzach, pije kawę (swoją drogą ohydną) z plastikowego kubka i używa plastikowych sztućców. Bo to jest tańsze niż zatrudnienie pracownika do zmywania. Bezsens do kwadratu. Jeżeli nie przestaniemy podejmować decyzji wyłącznie przez pryzmat pieniądza – no to rzeczywiście źle to wygląda. Przykryją nas całkiem te nasze śmieci. Przecież plastik tak na masową skalę zaczął być produkowany dopiero w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. To niecałe siedemdziesiąt lat. Ile jeszcze potrzeba, żeby osiągnąć punkt krytyczny?